środa, 27 sierpnia 2014

Dworzec Fabryczny i... najlepsza meta w PRL-u



Dworzec Fabryczny. Z prawej strony budynku mieściła się restauracja. Ponieważ czynna była całą dobę, szczególnie chętnie odwiedzano ją w środku nocy, gdy inne łódzkie lokale były już zamknięte.








Jerzy Krzywik Kaźmierczyk opowiada w książce "Lorneta z meduzą. Wędrówki łódzką nocą":

"Wprost idealnym przystankiem na szlaku zwolenników knajp był Dworzec Fabryczny. Węzeł kolejowy. Końcowy lub początkowy przystanek dla Polskich Kolei Państwowych, skąd szyny wiodły wprost do prawdziwego dworca kolejowego dla miasta Łodzi, czyli Koluszek. Miłośnicy tego szlaku nie mieli zamiaru gdziekolwiek wyjeżdżać. Wprost przeciwnie. Dla nich to był punkt docelowy. Po prostu meta. Zainteresowani byli tym, co na tym dworcu było dla nich najistotniejsze. Restauracją "Dworcową", i to z dwoma salami konsumpcyjnymi. Tak jest. Pierwsza oznaczona kategorią pierwszą, a druga - oczywiście, kategorią drugą. W tej pierwszej mielony z dorsza był świeższy...

Najczęściej odwiedzany był jednak dworcowy bufet. Od późnych godzin wieczornych aż do białego rana bufet utkany był osobnikami najróżniejszej postury i różnej konduity. Mali, trochę więksi, ubrani różnie, choć najczęściej przyzwoicie i nawet modnie. W tym zestawie barowych gości nie było lumpów, staczy bramowych ani dopijaczy resztek pozostawionych w kuflach. Tu stał trzon ludu pracującego miast i wsi, chociaż tych ostatnich zdecydowanie mniej. Tu stali obywatele nocnych niedokończonych i niedopitych popijaw, obywatele wszelkich klas społecznych, których walkę między sobą wieścił brodaty klasyk panującego ustroju. Tutaj nic z tych rzeczy. Tutaj w bufetowym szeregu stał inteligent pracujący, robotnik, poeta, malarz sztalugowy z pobliskiej uczelni i tajemniczy nieznajomy ukryty za podniesionym kołnierzykiem. Stali murem, ramię w ramię, twarz przy twarzy i myśl była jedna: "Napić się wódki".
Ze stoickim spokojem oczekiwali na przynoszony przez barmana talerzyk. Lorneta z meduzą! (tu wyjaśnienie dla młodszych czytelników: lorneta z meduzą - popularny w PRL-u zestaw: dwie setki czystej w kieliszkach, tzw. setkach, plus galaretka z zimnych nóżek).
Obsługa znała to hasłowe zawołanie i nie dziwiła się na tak złożone zamówienie. W PRL-u wszyscy wiedzieli: wódka była, zakąski - rzadziej. Ten zestaw był obowiązkowy. Wypijało się lornetę, a meduza szła do zwrotu. Niejadalna była, choć obowiązkowa...

Stacja Łódź Fabryczna. Lokomotywa dojeżdżała do masywnej zapory na zakończeniu torów i ani centymetra dalej. Kiedyś inaczej było. Jeszcze w 1945 roku ulica Kilińskiego przecięta była potężną estakadą z szynami kolejowymi, które w prostej linii łączyć miały Dworzec fabryczny z Dworcem Kaliskim. Projektu nie zrealizowano, a wiadukt rozebrano... Podobno na Dworzec Kaliski kiedyś tunel będzie?
W każdym razie tu się przyjeżdżało, wysiadało i stąd szło do domu, ale można było i odwrotnie. Ostatni pociąg odjeżdżał gdzieś tak około dwudziestej trzeciej. Mniej więcej w tym samym czasie inny przyjeżdżał. Pierwszy poranny do Bielska-Białej odjeżdżał około czwartej. Między tymi godzinami dworzec mógłby być spokojnie zamknięty, zresztą takie praktyki stosowano na innych dworcach, i to światowych. W Helsinkach portier zamykał drzwi na klucz już o godzinie dwudziestej pierwszej i otwierał o szóstej.
Na naszym Fabrycznym też tak można by było, ale to jakieś niedorzeczne. Zamykać dworzec kolejowy? Restauracja dworcowa, i to czynna całą dobę, była zrozumiałym ukłonem władzy ludowej w stronę swojego ludu, a że przy okazji załapywali się inni? Nie szkodzi. Bufet dworcowy i jego załoga wyrabiała normy, zdobywając nawet proporczyk brygady pracy socjalistycznej. Zresztą tak po ludzku. Co miał robić pielgrzym pijackiego szlaku ulicy Kilińskiego - i nie tylko - kiedy barmani tamtych szynkwasów wymownym skinieniem głowy wskazywali na zegar, chowali butelki pod ladę i gasili światło?
Oczywiście pozostawał Dworzec Fabryczny.

Oświetlonym wejściem, niby gwiazda zaranna, witał pielgrzymów szlaku, zdążających tu z otchłani złych ludzkich zdarzeń. Przybywali z miasta, które nie spełniło ich marzeń i nadziei. Zawiedzeni przeżytymi dniami i nocami, zdążali tu, na swój dworzec, aby uciec w inną rzeczywistość. Jaką?
Nie było tu filozoficznych dialogów, lecz samotność i wewnętrzny monolog egzystencjalny: być albo nie być... ale wypić trzeba!
Tutaj, na Dworcu Fabrycznym, znajdowali odpowiedź. Być! Nie być? Nie stać przy bufecie jutro i pojutrze? Trzeba być! I oni byli. To los przywodził ich tu na pokuszenie. Podnieść nalane wódką szkło, na wysokość oczu, zajrzeć bestii w ślepie - jedno tylko miała - i... wypić! Giń i przepadnij.
Zaiste. Osobnik z tą bestią w środku wykrzywiał się, otrząsał jak kundel obsikany znienacka przez pijaka. Otwarte usta zionęły niewidocznym grzechem, wyrażając całą ohydę pokuszenia, na które osobnik skazany był przy bufecie dworca kolejowego Łódź Fabryczna. Nic to. Oni, przytuleni do baru, trwali dalej w ordynku bufetowego porządku...

Był nawet pomysł, aby tu urządzić lokal z dancingiem, czyli aby muzyka grała i tańce przytulańce, a jakże, się odbywały. Najbardziej cieszyły się na taką wiadomość "dziewczynki" z pobliskiego parku Moniuszki, gdzie "pracowały". Zamiana miejsca zawierania kontraktów na "robotę", radykalnie poprawiłaby im komfort pracy. Znacznie przyjemniej negocjuje się przecież w objęciach ewentualnego klienta i kiedy gra orkiestra.
Zocha Żelazko - tak nazwana, bo w torebce nosiła duszę od żelazka i w obronie swej dumy zawodowej, odganiając się rzeczoną torebką od niesfornego klienta, pozbawiała go męskiego animuszu w sposób radykalny. Otóż Zocha zarządziła:
- Dosyć kurestwa parkowego. Kupić nowe kiecki i dajemy dupy jak damy.
Najpierw tańce.

Park Moniuszki. Dzisiaj, z powodu prowadzonych prac budowlanych, "pracujące dziewczyny" mają jeszcze gorzej; snują się w okolicach Domu Kultury przy Traugutta, jakieś pogubione...


Z wyjątkiem dwóch godzin w środku nocy, przeznaczonych na sprzątanie, lokal na Dworcu Fabrycznym czynny był całą dobę. Ktoś powie: Ale w pewnych okresach na dworcach kolejowych wódki nie sprzedawano. Oczywiście, były takie nieżyciowe czasy, ale wtedy handlowano informacją, gdzie można było ją kupić. Miejscowi wiedzieli. Szło się za dworzec, mijało budynek o typowej architekturze niemieckiej (zostawili go okupanci hitlerowscy), podchodziło do wagonu kolejowego stojącego na bocznicy i tam kilkoma stuknięciami - znanymi sobie i innym zaufanym - tylko i jedynie w... gaśnicę zawieszoną na wagonie, co wywoływało sprzedającego i można było u niego złożyć zamówienie.
Co na to SOK, czyli strażnicy kolejowi, czy nawet MO? Ci pierwsi pilnowali, żeby tłoku nie było, a ci drudzy pilnowali tych pierwszych, żeby ich nie pobito.
Podróżny, których przecież nie znał miejscowych ścieżek i "klimatów" zakupu alkoholu, całkowicie zdawał się na pomoc obsługi kelnerskiej. Gdy już siedział za stołem, najlepiej w sali kategorii pierwszej, a kelner był zadowolony z konsumenta, który nie grymasił, był miły i nie zerkał kątem oka na rachunek, dostawał uprzejmą informację, gdzie i jak nabyć rzeczony trunek, na ten przykład, na dalszą podróż. Przy bardzo dobrych relacjach, popartych rzecz oczywista dodatkowym załącznikiem w postaci biletu NBP, klient otrzymywał butelkę "na miejscu" i nie musiał się już fatygować do jakiegoś tam martwego wagonu z gaśnicą. Otrzymywał butelkę z etykietą "Cytroneta" lub - o innej, acz dźwięcznej nazwie, na przykład "Ptyś". Zawsze jednak ze spodziewaną zawartością o ustalonej ilości, jak i firmowej procentowości...

Kiedyś, za dobrych czasów (podobno były takie) owiniętych w pelerynę poetów, zjawiał się na dworcu Wielki Pielgrzym Szlaku, sam Leon Schiller, czyli Pan Lulek, jak mawiali czekający na mistrza łódzcy dorożkarze. Nie po to tu przyjeżdżał, aby z miasta
Łodzi wyjechać. Nic z tych rzeczy. Mistrz przybywał tu, aby podtrzymać żagiew swojego talentu. Stawał w szeregu bufetowych gości i sycił Go, ten talent, częściowo utracony w przed chwilą zakończonym przedstawieniu w pobliskim teatrze. Podtrzymywał ów wielki dar bogów licznymi kolejkami boskiego płynu, jak mawiał Mistrz.
Nie On jeden przybywał tu, aby uzupełnić przeciekającą przez sito czasu sławę, wypływającą podstępnie z ciała artysty. Bywali tu wszyscy wielcy i najsławniejsi. Stojąc przy bufecie stacyjnym, nad niejednym z nich widać było aureolę sławy. Jednak już jakby bez wieńca laurowego.
Ona, ta sława, ma wymagania i artysta z należytym szacunkiem musi się jej Leon Schiller              koniecznie podporządkować. Artysta dołżen byt obmyt, obryt i niemnoszko pijan (artysta powinien być umyty, ogolony i trochę pijany). Ta zasada ujawniona przez braci naszych Moskali dobitnie i jednoznacznie porządkuje ten układ. 
Chór Hariana, czyli czterej przystojniaków z miasta Łodzi, wracając z trasy, na cztery głosy pięknie śpiewał: "jeszcze raz, jeszcze raz polej nam, dolej nam...".
Niedokończone spory literackie toczone gdzieś przy stolikach kawiarnianych - tylko tutaj o porannej porze przy kolejowym bufecie mogły być właściwie osądzone, a życie artysty na tym łez padole, w aspekcie słów księcia Danii, szczególnie tutaj nabierało właściwego znaczenia egzystencjalnego...

Bar na Dworcu Fabrycznym bywał też trybuną polityczną. Rozpolitykowany, acz niedopity mówca właśnie tutaj znajdował słuchaczy. Co prawda, o różnym nasączeniu alkoholowym, wprost proporcjonalnym do percepcji słuchaczy. I stąd niektórzy słuchali, nie słysząc, i patrzyli nie widząc. Oparty o bar mówca, trzymając w wyciągniętej ręce "sto gram w szkle", ogłaszał swój manifest polityczny. Dziwna sprawa. Wszystkie były negatywne w treści, a nawet w formie w stosunku do panującego systemu. Nie było ani jednego wystąpienia, w którym jakiś ochlany prelegent chwaliłby aktualnie rządzących. Ci negatywni jednak nigdy nie mogli dokończyć przemówienia. Koledzy w pół zdania, chwytem podpachowym, a nawet podkolanowym, wynosili mówcę, chroniąc go przed konsekwencjami.
Gdyby ktoś zechciał zebrać w jednym miejscu i o określonej godzinie tylu sławnych ludzi, w różnym rozumieniu tego słowa, przenigdy by mu się to nie udało! Nie ma takiej mowy, która przekonałaby ich do bycia tu i teraz.
A jednak Dworzec Fabryczny miał taką moc.
Tutaj, po zamknięciu ostatniej knajpy w mieście, o porannym świcie można było spotkać tych, którym właśnie zabrakło jeszcze tej jednej kropli wypełniającej czarę ich marzeń..."

Łódź Fabryczna – dworzec kolejowy i stacja czołowa w Łodzi na linii do Koluszek, powstała z inicjatywy przemysłowca Karola Scheiblera w 1866 roku.  Według klasyfikacji PKP, przed zamknięciem ze względu na przebudowę, miał kategorię B. 


Budowę linii kolejowej Fabryczno-Łódzkiej, łączącej miasto z Koluszkami, a tym samym z wybudowaną w 1848 roku Drogą Żelazną Warszawsko-Wiedeńską, rozpoczęto 1 września 1865 roku (zgodnie z zezwoleniem cara Aleksandra II z lipca 1865). Szyny zaczęto układać równocześnie od Łodzi i od Koluszek. 18 listopada 1865 roku uruchomiono przewóz towarów. Przewozy pasażerskie zostały zainaugurowane 1 czerwca 1866 roku.

Początkowo tory kolejowe sięgały dalej na zachód niż w chwili obecnej – dochodziły prawie do ulicy H. Sienkiewicza (dawnej Mikołajewskiej, wcześniej Dzikiej), obsługa pasażerów odbywała się w tymczasowym dworcu umiejscowionym przy ul. Krótkiej (w miejscu gdzie obecnie znajduje się Łódzki Dom Kultury). W 1868 roku wybudowano nowy budynek dworca (według projektu warszawskiego architekta Adolfa Schimmelpfenniga), który 1930 roku został przebudowany i istniał do czerwca 2012 roku. Przed zamknięciem dysponował czterema peronami i sześcioma krawędziami peronowymi. Budowa dworca Łódź Fabryczna była początkiem tworzenia łódzkiej kolei obwodowej.

źródło:


Jerzy Krzywik Kaźmierczyk. Lorneta z meduzą. Wędrówki łódzką nocą.

Fot. Monika Czechowicz

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Kocham twą urodę złą, najdroższe miasto na świecie ...

Szkoła Wyższa Przymierza Rodzin w Warszawie, Fundacja Monumentum Iudaicum Lodzense, NIEBOSTAN – kawiarnia antykwariat zapraszają na spotkanie z SALOMEĄ KAPE oraz promocję jej książki:

"Kocham twą urodę złą, najdroższe miasto na świecie - Wspomnienia z getta łódzkiego"

Dnia 27 sierpnia 2014 r. o godz. 17.30
Łódź, Piotrkowska 17.
Spotkanie poprowadzi Mikołaj Mirowski

Od wydawcy:
Książka Salomei Kape jest wspomnieniem młodej dziewczyny, która przeżyła gehennę getta łódzkiego. Uratowała się dzięki wspaniałym ludziom – bohaterskiej matce, rodzinie i przyjaciołom. Tak o nich pisze:
„Mądrość i poświecenie mej Matki wiele razy uratowały nam życie. Jedność rodziny w getcie była bardzo ważna dla przetrwania, ważniejsza niż w normalnych czasach”.
„…w tych beznadziejnych warunkach głodu i niesprawiedliwości znalazłam przyjaciół. Moja nastoletnia przyjaciółka, Stella, miała wewnętrzną siłę ucieczki duchowej od beznadziejności życia w getcie i kreowania fikcyjnego świata poezji i fantazji”.
„…pracowałam w różnych fabrykach i tam poznałam Anię i Felę, które pomagały mi w wykonywaniu trudnych prac. Razem odkryłyśmy siłę muzyki. Nasze śpiewy, żarty i solidarność pomagały nie tylko nam, ale
i naszym współpracownikom. /…/ Fela i Ania wyzwoliły we mnie młodocianą energię i głęboki sens solidarności. Nasza przyjaźń odrzucała odczłowieczenie, zmniejszała strach i solidaryzowała innych pracowników. /…/ Te promienie nadziei, i wiary w naturę ludzką znalazłam w nastoletnich dziewczynkach, w ponurym miejscu zwanym łódzkim gettem”.
Salomea Kape, lekarz anestezjolog, w swoich opowiadaniach
w sposób mistrzowski oddaje klimat przedwojennej Łodzi, szczególnie Bałut – dzielnicy swego dzieciństwa, jak i Łodzi powojennej, czasu swych studiów, a dalej emigracji do Izraela i USA. Na tym tle rysuje
w wyrazisty sposób postacie, które pragnie uchronić od zapomnienia.

Zapraszamy na spotkanie z Salomeą Kape
NIEBOSTAN
27 sierpnia 2014 r. o godz. 17.30
Łódź, Piotrkowska 17.


Książka Salomei Kape pt. "Kocham twą urodę złą, najdroższe miasto na świecie - Wspomnienia z getta łódzkiego" będzie do kupienia podczas wydarzeń obchodów 70. rocznicy likwidacji Litzmannstadt Getto (cena 25 zł).

niedziela, 24 sierpnia 2014

Filmowa kamienica - Łódź, ulica Narutowicza 67.

W kamienicy przy ulicy Narutowicza 67 mieszkali znani reżyserzy, scenografowie, dźwiękowcy. Po jej podwórku biegał chłopiec, który potem zdobył Oscara. To miejsce znaczące w historii polskiego kina... 

W kamienicy przy ulicy Narutowicza przez lata mieszkali znakomici twórcy polskiego kina. Mieszkali tu Passendorfer, Starski i Kawalerowicz. Kamienica znajduje się na rogu ulicy Narutowicza i Lindleya. Jej oficjalny adres brzmi: ul. Narutowicza 67, jednak wchodzi się do niej bramą znajdującą się na ulicy Lindleya 2:


Jej budowę zaczęto w kwietniu 1938 roku. Należała do łodzian niemieckiego pochodzenia, którzy mieszkali przy ulicy Piotrkowskiej. Podczas wojny podpisali volkslistę. Wiele wskazuje na to, że przed wejściem do Łodzi Rosjan zdążyli uciec. W czasie wojny zajmowali ją Niemcy. 


W styczniu 1945 roku kamienica zaczęła nowy rozdział w swoim życiu. Zamieszkali w niej filmowcy. Podobno, gdy się w niej pojawili, to zobaczyli pozostawione na stołach filiżanki z niedopitą jeszcze kawą... Świadczyło to o tym, że jej dawni lokatorzy w pośpiechu opuszczali Łódź... W styczniu 1945 roku kamienicę zajęli filmowcy z Wytwórni Filmowej Wojska Polskiego "Czołówka".
Powstała ona dwa lata wcześniej, w 1943 roku, na terenie Związku Radzieckiego i do kraju dotarła z Ludowym Wojskiem Polskim. To właśnie filmowcy z "Czołówki" zakładali łódzką Wytwórnię Filmów Fabularnych. W Łodzi pojawił się wtedy m.in Aleksander Ford. Dla potrzeb filmowców zajął trzy łódzkie kamienice przy ul. Narutowicza. Mieściły się one pod numerem 69, 67 oraz 86/88. W budynku przy ul. Narutowicza 86/88 były potem przez lata Łódzkie Zakłady Wytwórcze Kopii Filmowych. Kamienicę zasiedlał Józef Koprowicz, znany potem operator dźwięku. Pracował m.in. przy "Zakazanych piosenkach", "Pożegnaniach" czy "Stawce większej niż życie". Pochodził z Lublina. Tam pracował w jednym z kin. Być może był też jego współwłaścicielem, ale jego rodzina już tego dokładnie nie pamięta. 

"Pożegnania" Jerzego Hasa, film z 1958 roku.
(poster.pl)

Po wyzwoleniu Lublina Józef Koprowicz związał się z filmowcami z "Czołówki" i za nimi przyjechał do Łodzi. Sam wprowadził się do kamienicy przy ul. Narutowicza 67. I był jej duszą towarzystwa! W jego mieszkaniu odbywały się codziennie przyjęcia. W kamienicy mieszkali bowiem młodzi ludzie, którzy cieszyli się dopiero co odzyskaną wolnością... Z filmem był związana żona Józefa Koprowicza. Została jednym z pierwszych pracowników łódzkiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Jej biuro mieściło się początkowo w sąsiedniej kamienicy przy ulicy Narutowicza 69:



Z czasem pani Koprowiczowa została główną księgową Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi.
Z filmem związały się też dzieci Koprowiczów. Córka Barbara Uznańska, jako grafik przygotowywała napisy czołówek filmowych. Jej brat Jacek Koprowicz jest reżyserem. Debiutował w 1983 roku filmem "Przeznaczenie", będącym biografią Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Dwa lata później oglądaliśmy jego "Mistyfikację". 
Fragment filmu Jacka Koprowicza "Przeznaczenie", rok 1983.

Lista filmowych lokatorów tej kamienicy jest bardzo długa. Jednym z nich był Jerzy Passendorfer, reżyser między innymi "Janosika" i "Kierunku Berlin". Pochodził z Wilna, gdzie urodził się w 1923 roku. Jego ojciec Władysław był podpułkownikiem Wojska Polskiego. W czasie wojny Jerzy Passendorfer znalazł się w Krakowie. Tam grał w konspiracyjnym teatrze, uczył się aktorstwa w Studium Dramatycznym. W 1946 roku ukończył Kurs Przygotowania Filmowego, był operatorem Polskiej Kroniki Filmowej, studiował reżyserię w Szkole Filmowej w Łodzi, a potem w Pradze. Zmarł w 2003 roku. 

"Kierunek Berlin" w reżyserii  Jerzego Passendorfera. Rok 1968.
(źródło YouTube.pl)

Jerzy Passendorfer nie mieszkał długo w kamienicy przy Narutowicza, podobnie jak Ludwik Hager, jeden ze współtwórców łódzkiej wytwórni filmowej. Ten ostatni wyjechał do Warszawy i tam organizował Wytwórnię Filmów Dokumentalnych. Pod koniec 1968 roku opuścił Polskę i zamieszkał w Monachium. Zmarł w 1985 roku. Do swojej śmierci, w 1954 roku, mieszkał tu za to operator Antoni Wawrzyniak, który filmował Powstanie Warszawskie. 

Fragment Kroniki PAT z 1930 roku, zdjęcia Antoni Wawrzyniak
(źródło YouTube.pl)

Mieszkanie na parterze zajmował Roman Wajdowicz, jeden z pierwszych rektorów łódzkiej "filmówki". Na kilka lat przy ulicy Narutowicza 69 zatrzymał się Ludwik Starski. To jedna z barwniejszych postaci nie tylko powojennego, ale też przedwojennego polskiego filmu. Po wielu latach powrócił do rodzinnego miasta. Urodził się w Łodzi w 1903 roku, w rodzinie pochodzenia żydowskiego. Jego brat Adam Ochocki był popularnym przed laty dziennikarzem łódzkich gazet. Natomiast Ludwik Starski przed wojną pisał scenariusze do takich hitów przedwojennego kina jak "Zapomniana melodia", "Paweł i Gaweł", "Piętro wyżej", "Jadzia" czy "Sportowiec mimo woli". Po wojnie napisał scenariusz m.in. do "Zakazanych piosenek" i "Skarbu". 


Fragment filmu "Zapomniana melodia" z 1938 roku, 
scenariusz: Ludwik Starski
(źródło YouTube.pl)

W kamienicy przy ul. Narutowicza mieszkał Starski z żoną Marią Bargielską i synem Allanem. Mały Allan biegał tu po kamiennym podwórku, grał w piłkę. Po latach odebrał statuetkę Oscara za scenografię do "Listy Schindlera" Stevena Spielberga. 


"Lista Schindlera" (1993 rok), 
reżyseria Steven Spielberg, scenografia Allan Starski
(źródło YouTube.pl)

Sąsiadem Starskich był znany reżyser filmów dokumentalnych, Ludwik Perski. Urodził się w 1912 roku w stolicy. Swoją przygodę z filmem zaczynał na początku lat trzydziestych minionego wieku jako asystent reżysera i operatora. W czasie wojny był asystentem operatora w Kijowskiej i Aszchabadzkiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Potem związał się z "Czołówką". Był nawet jej współorganizatorem. I z nią przyjechał do Łodzi. Jego przygoda z naszym miastem, a także kamienicą przy ul. Narutowicza, nie trwała długo. Jeszcze w latach czterdziestych powrócił do Warszawy. Był między innymi redaktorem naczelnym Polskiej Kroniki Filmowej.

"Ja, komediant" nagłośniejszy dokument o wybitnym aktorze Tadeuszu Łomnickim zrealizowany przez Ludwika Perskiego.
(źródło "Rzeczpospolita")

Na wiele lat z kamienicą przy ul. Narutowicza 67 związał się pochodzący z Lwowa Roman Mann, kuzyn znanego dziennikarza Wojciecha. Był on jednym z najpopularniejszych scenografów polskiego filmu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Przygotowywał scenografię m.in. do "Krzyżaków" i "Matki Joanny od aniołów". Zapamiętano go jako bardzo przystojnego mężczyznę. Miał też bardzo piękną żonę Lidwinę. Była ona kostiumografem. Mieli dwóch synów: Marka i Pawła. W marcu 1960 roku Roman Mann wyjechał na narty do Zakopanego. Nie wrócił z tej podróży. Zginął tragicznie w górach... 

"Matka Joanna od aniołów", 
film Jerzego Kawalerowicza z 1961 roku. 
Scenografia Roman Mann.
(źródło YouTube.pl)

Ważnym lokatorem tej kamienicy był reżyser Jerzy Kawalerowicz. Urodził się na południowych kresach, w okolicach Kołomyi. Był synem kierownika urzędu pocztowego, który pracował też jako zarządca majątku ziemskiego. Według tradycji rodzinnej ojciec jego był z pochodzenia Ormianinem i kilka pokoleń wcześniej nazwisko rodziny brzmiało Kavalarian. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, a także w Instytucie Filmowym. Z czasem trafił do Łodzi. W 1980 roku został wykładowcą w Szkole Filmowej. 
Po latach, w 2001 roku, uczelnia uhonorowała go tytułem doktora honoris causa. Marek Konracki nie miał szczęścia, by mieszkać w kamienicy stojącej na rogu ul. Narutowicza i Lindleya. Razem z siostrą i rodzicami mieli mieszkanie w sąsiadującym z nią bloku, który w 1956 roku przy ul. Lindleya 4 wybudowano dla pracowników Spółdzielni Pracy "Osnowa". Z podziwem patrzył na dziewczyny i chłopaków z "filmowej" kamienicy, bo tak nazywano ją w okolicy. Marek z zazdrością patrzył na Jacka Kawalerowicza, syna reżysera. - Jego ojciec wyjeżdżał często za granicę i przywoził mu zabawki, o których reszta dzieci z podwórka mogła pomarzyć - opowiada Marek Konracki. - Miał piękne kowbojskie kolty, strój kowboja. 

Jerzy Kawalerowicz, reżyser "Austerii", "Faraona" czy "Quo vadis", mieszkał na drugim piętrze. Okna jego mieszkania wychodziły na ul. Narutowicza, a balkon na podwórko. Zajmował je razem z ze swoją pierwszą żoną Marią, synem Jackiem i córką Kingą. Nie mieszkał tu długo. Po rozwodzie wyprowadził się do Warszawy. Żona Maria Gunter, która była plastyczką i uczyła w łódzkim liceum plastycznym, mieszkała tu do śmierci. Jacek Kawalerowicz został grafikiem, projektował plakaty do filmu. Dziś już nie żyje. Kinga Kawalerowicz też jest plastykiem i mieszka w Warszawie. Ważnym lokatorem kamienicy przy ulicy Narutowicza był Janusz Star. Pochodził ze wsi Klonowa koło Sieradza, gimnazjum kończył przed wojną w Piotrkowie Trybunalskim. Nazywał się wtedy Strahler. Ale przyjął artystyczny pseudonim Star. Jako Janusz Star wyreżyserował w 1928 roku niemy film "Przeznaczenie". Jego przedwojenny dorobek to jeszcze reżyseria dwóch filmów fabularnych oraz role aktorskie, m.in. w "Huraganie". 

"Przeznaczenie" z 1928 roku. Reżyseria Janusz Star.

Aktorem był mieszkający od 1930 roku w Niemczech jego brat George, który występował pod pseudonimem Jur Arten. W 1953 roku reżyser zmienił oficjalnie swoje nazwisko na Janusz Star. Wiele lat był związany z Wytwórnią Filmów Oświatowych w Łodzi. Umarł w 1973 roku. Córka Janusza Stara, Gabriela Star-Tyszkiewicz jest kostiumologiem. Projektowała kostiumy między innymi do filmów "Vabank II" "Potop", "Matka Królów" i serialu telewizyjnego "Karino". 
Dziś kamienica nie jest już mekką filmowców, ale zapisała się w historii kina.

Fot. Monika Czechowicz

źródło:
Anna Gronczewska. www.dzienniklodzki.pl
Youtube.pl