wtorek, 22 grudnia 2015

Założyciel TESCO - Jacob, syn łódzkiego krawca.



Firmę TESCO założył Jack Cohen, najstarszy syn pochodzącego z Łodzi, żydowskiego krawca Avroama Kohena.


Urodził się pod koniec XIX wieku – 6 października 1898 roku w Londynie jako Jacob Edward Kohen - jednak jego korzenie sięgają polskiej Łodzi.
Na przełomie XIX i XX wieku Whitechapel - jedna z wschodnich dzielnic Londynu stała się miejscem osiedlania się Żydów. Masowo opuszczali oni wtedy swoje sztetle by chronić się przed falą pogromów, która przetaczała się przez Rosję i teren Rzeczpospolitej, która była objęta jej zaborem. Do Whitechapel przybyli  także rodzice przyszłego twórcy TESCO – Avroam Kohen i jego żona Sima Zamremba. Niewiele wiadomo o dzieciństwie Cohena. Założyciel Tesco w wywiadach, których udzielał, gdy wszedł już na biznesowy szczyt niewiele mówił o pierwszych latach swojego życia. Zwykle zdawkowo podkreślał, że jego rodzina żyła bardzo skromnie.
Jack Cohen początkowo tak jak jego ojciec Avroam Kohen, chciał być krawcem. Rozpoczął pracę w wieku 14 lat.


Był najstarszym z piątki dzieci Avrama Kohena - pochodzącego z Łodzi żydowskiego krawca. Przyznał kiedyś, że prawdopodobnie poszedłby w ślady swojego ojca, jednak jego plany zburzył wybuch I wojny światowej. Niedługo po tym jak Europa zamieniła się w teatr wojennych zmagań późniejszy milioner wstąpił do armii. Niezwykle przydatne były jego umiejętności, które wyniósł z rodzinnego domu. Samoloty z początku XX wieku w dużej mierze składały się z płótna, dlatego młody Cohen mógł wykazywać się zarówno w czasie ich produkcji, jak i naprawy. Wykonywał płócienne pokrycia samolotów i balonów.

Jack Cohen w wojsku, rok 1919.

Jack Cohen nigdy nie był rozrzutny. W 1919 roku, zaraz po demobilizacji otrzymał 30 funtów żołnierskiej odprawy. Kiedy jego koledzy z armii przepijali odprawy z wojska, on postanowił kupić stragan w londyńskim East Endzie, uboższej dzielnicy Londynu położonej we wschodniej części miasta. Często wspominał, że pierwszego dnia jego biznesowej działalności obrót straganu wyniósł zaledwie 4 funty. Udało mu się jednak wypracować wysoki zysk - aż 1 funt. W programie BBC przyznał, że praca pochłaniała go w całości. Wysiłek nie szedł na marne.
Zaczynał od sprzedaży pasty rybnej i syropu z trzciny cukrowej, które pochodziły z wojskowych zapasów. 
Z czasem zarabiał na tyle dobrze, że z otworzył kilka kolejnych straganów. Pracował na nich także z żoną, 7 dni w tygodniu - od świtu do zmierzchu.


W 1924 roku kupił duży ładunek herbaty od firmy T.E. Stockwell. Musiał wymyślić jak ją oznaczyć...

Wpadł na pomysł, by na opakowaniach umieścić trzy pierwsze litery dostawcy i pierwsze dwie litery własnego nazwiska (T.E. Stockwell i Cohen), co w efekcie dało nazwę TES-CO. W ten sposób powstała nazwa TESCO oraz pierwsza własna marka przedsiębiorcy.


Pierwszy sklep pod tym szyldem powstał pięć lat później - w 1929 roku w londyńskiej dzielnicy Edgware. Do wybuchu II wojny światowej Cohen posiadał już w Wielkiej Brytanii sieć 100 sklepów.

Na zdjęciu:
W 1929 roku Cohen uruchomił w londyńskim Edgware pierwszy sklep pod szyldem "Tesco Stores Ltd".
  

Biznes bardzo szybko się rozkręcał, bo po niespełna 10 latach Cohen miał już 100 sklepów. 


Biznesową działalność prowadził w oparciu o jeden fundament: minimalizację kosztów. By ograniczyć zbędne wydatki, Cohen zainwestował w pierwszy na Wyspach Brytyjskich centralny magazyn handlowy. Dzięki temu szybko rozwijająca się sieć handlowa była na bieżąco zaopatrywana. Cohen miał przy okazji pełną kontrolę nad ofertą i cenami, co pozwalało mu precyzyjnie panować nad kosztami prowadzenia działalności.

Po II wojnie Cohen postanowił przeszczepić na brytyjski rynek amerykański wynalazek - samoobsługę. W połowie lat 50. XX wieku w przebudowanym budynku kina otworzył pierwszy w Wielkiej Brytanii supermarket. Pozwolił klientom spacerować między półkami, dotykać i dokładnie oglądać towary i wreszcie samemu decydować, co trafi do sklepowego koszyka.


Z perspektywy czasu pierwsza "świątynia handlu" Cohena w niczym nie przypominała jednak współczesnych marketów. Powierzchnia pierwszego samoobsługowego sklepu Tesco miała zaledwie 200 m kw. powierzchni.

Jack Cohen z rodziną (siedzą w środku) i pracownicy firmy TESCO. Rok 1950. 

Interes Cohena cały czas się rozwijał, biznesmen przejmował kolejne sieci. Pod koniec lat 60. XX wieku miał już 800 sklepów. W 1969 roku brytyjska królowa Elżbieta II wręczyła mu osobiście szlachecki tytuł "sir" w uznaniu jego zasług.


Utworzony w 1961 roku sklep TESCO Leicester był już największym sklepem w Europie. Od mniej więcej tego czasu sklepy wielkopowierzchniowe zrewolucjonizowały sposób w jaki ludzie robią zakupy.
W 1974 roku TESCO otworzyło swoją pierwszą stację benzynową, a w 1996 roku swój pierwszy sklep całodobowy.

Jack Cohen w czasie otwarcia TESCO w Hackney, rok 1978.

Z funkcji prezesa Tesco Jack Cohen zrezygnował dopiero w 1973 roku na rzecz swojego zięcia. Zostawił firmę w nienajlepszej kondycji. Tesco miało również fatalny wizerunek - było zaprzeczeniem wysokiej jakości produktów i obsługi. Jednak dzięki przemyślanym akcjom marketingowym i PR kolejnym prezesom udało się wyprowadzić Tesco na prostą.
Jack Cohen zmarł w 1979 roku, czyli w momencie kiedy roczna sprzedaż Tesco po raz pierwszy przekroczyła 1 mld funtów. Na pozycję lidera w brytyjskim handlu Tesco czekało natomiast jeszcze do 1995 roku.
Założyciel Tesco Jack Cohen przez całe życie stał na czele firmy, dzięki której dorobił się ogromnego majątku. Jego znajomi wspominają, że zawsze żył skromnie i oszczędnie.
O prywatnym życiu Cohena wiadomo niewiele. Z wywiadów i programów wyłania się postać człowieka absolutnie oddanego swojej pracy. Wiadomo, że w nielicznych wolnych chwilach założyciel Tesco interesował się filatelistyką. Jego żona - Sarah Fox - pochodziła z Rosji i też była córką krawca. Mieli dwie córki. Jedna z nich - Shirley - z sukcesami zajmowała się działalnością społeczną oraz polityczną.


W 1995 roku, TESCO weszło do Polski, kupując sklepy trzech sieci: Minor, Madex i Savia zlokalizowanych w okręgu bielskim i wałbrzyskim. Pierwszy hipermarket Tesco w Polsce otworzono we Wrocławiu w 1998 roku. TESCO obecne jest także w Łodzi, skąd pochodzili rodzice założyciela - Avroam Kohen i Sime Zamremba. W naszym mieście znajduje się 16 różnej wielkości sklepów pod szyldem TESCO.


źródła:
http://www.retronauta.pl

 


Fot. archiwalne ze stron:





Przeczytaj jeszcze:


Fot. współczesne Monika Czechowicz

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Kapitan Stefan Pogonowski.

Stefan Pogonowski (1895-1920) – kapitan piechoty Wojska Polskiego.




Urodził się w rodzinie ziemiańskiej, w majątku Domaniewie. Po ukończeniu gimnazjum wybrał karierę wojskową: w 1914 roku wstąpił do Wileńskiej Szkoły Wojskowej, którą ukończył z trzecią lokatą 31 stycznia 1915 roku  i został mianowany chorążym. Następnie służył w Armii Imperium Rosyjskiego. Od stycznia 1918 roku był w I Korpusie Polskim w Rosji, a od września tego roku w 4 Dywizji Strzelców Polskich gen. Żeligowskiego. Od lipca 1919 roku w 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Był autorem wierszy lirycznych.
Poległ 15 sierpnia 1920 roku w Zamostkach Wólczyńskich pod Radzyminem, w czasie bitwy warszawskiej, prowadząc do ataku I batalion 28 Pułku Strzelców Kaniowskich.
Za okazane na polu walki męstwo odznaczony został pośmiertnie Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz awansowany na kapitana. 

"Republika", rok 1925.

"Ilustrowana Republika", rok 1926.

Pochowany na Starym Cmentarzu w Łodzi, w grobowcu z sylwetką rycerza w zbroi husarskiej, wykonanym przez Wacława Konopkę, a ufundowanym przez łodzian.

Pomnik kapitana Pogonowskiego na Starym Cmentarzu przy ulicy Ogrodowej - ze skrzydłami i... bez skrzydeł. Niestety pomnik został zdewastowany, a skrzydła skradzione. Na szczęście dzisiaj pomnik prezentuje się już tak jak dawniej.

"Echo", rok 1928.

"Echo", rok 1929.

Komitet budowy pomnika kapitana Stefana Pogonowskiego otrzymał opinię generała Lucjana Żeligowskiego o znaczeniu nocnego ataku pod Radzyminem w nocy z 14 na 15 sierpnia 1920 roku przez batalion ciężkich karabinów maszynowych pod dowództwem Pogonowskiego:
"Dnia 15 sierpnia o godz. 1-szej w nocy, prowadząc swe dzielne kompanie do zwycięskiego ataku na pozycje nieprzyjacielskie pod Radzyminem padł dowódca 1-go batalionu 28-go pułku piechoty ś. p. kapt. Pogonowski....w chwili kiedy nieprzyjaciel otworzył sobie wejście do stolicy. Pogonowski z batalionem odosobnionym, w miejscu najbardziej zbliżonym do tyłów nieprzyjaciela, uderzył nań w nocy pod Wólką Radzymińską, dzięki czemu nieprzyjaciel, który już doszedł do Kątów Węgierskich, czuł się zagrożony na swoich tyłach...W samorzutnej inicjatywie ś. p. kapt. Pogonowskiego leży wielkość jego czynu. Był to...moment zwrotny w historii tej wojny. Psychologia klęski, cofania się, ciągłych odwrotów została nareszcie przełamana. Odwróciła się karta historii.- W tym przełomie psychologicznym jest wielka treść czynu i śmierci ś. p. kapt. Pogonowskiego.”

Gen. Lucjan Żeligowski przypisuje natarciu kapitana Pogonowskiego doniosłe znaczenie. Rosjanie widzieli ze swoich pozycji ognie i światła Warszawy. Droga do stolicy wydawała się być otwarta. Oto co zapisał gen. Żeligowski w swych wspomnieniach:

Gen. Lucjan Żeligowski

„W tej chwili słaby batalion nie czekając godziny ogólnego natarcia, atakował punkt, który – jak się później okazało – stanowił najczulsze miejsce armii rosyjskiej, centrum głównej arterii nieprzyjacielskiego ruchu naprzód.
      Według mego przekonania – w tym miejscu odwróciła się karta wojny, nastąpił przełom psychiczny u nas i u Rosjan. Od chwili tego natarcia rozpoczęły odwrót trzy zwycięsko i niepowstrzymanie dotąd idące brygady, a także 21. dywizja ze Słupna, odwrotem swym stwarzając chaos i zamieszanie. Pogonowski, wiedziony nadzwyczajnym instynktem, rozpoczął zwycięstwo 10. dywizji i 1.armii na przyczółku warszawskim… i zginął”.

"Praca", rok 1920.

"Rozwój", rok 1920.

Młodzież szkoły rzemieślniczej (salezjańskiej) z ulicy Wodnej, kierownicy odlewni i twórca pomnika, artysta rzeźbiarz Wacław Konopka.


Spiżowy towarzysz pancerny strzegący miejsca wiecznego spoczynku kapitana Stefana Pogonowskiego, dowódcy I batalionu 28 Pułku Strzelców Kaniowskich, zwanego „Dziećmi Łodzi”.

"Rozwój", rok 1920.

"Rozwój", rok 1920.

W 2002 roku powstał dokumentalny film poświęcony kapitanowi Pogonowskiemu – "Stefan Pogonowski" w reżyserii Andrzeja B. Czuldy.

Andrzej Czulda - reżyser dokumentu "Stefan Pogonowski".
źródło: YouTube.pl

źródła:


Wacław Zaborowski, Zarys historii wojennej 28-go Pułku Strzelców Kaniowskich.
Bohdan Olszewski. Łódź moje miasto. Przewodnik po dawnej Łodzi.
Jerzy Pogonowski. Bohater Radzymina.
pl.wikipedia.org



Fot. współczesne Monika Czechowicz
Fot. archiwalne ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi
i inn.
YouTube.pl

niedziela, 20 grudnia 2015

NADCHODZĄ ŚWIĘTA - życie robotników łódzkich w pierwszej połowie XX wieku.


O zbliżaniu się największych świąt zimowych – Bożego Narodzenia  - przypominał adwent. W tym czterotygodniowym okresie w łódzkich rodzinach robotniczych, zgodnie z tradycją, przestrzegano postu tak samo jak przed Wielkanocą, nie urządzano wesel ani zabaw. Niektóre rodziny pościły we wszystkie dni adwentu, inne tylko w środy i piątki. Jedzenie postne – kraszone prawie wyłącznie olejem, rzadziej śmietaną – było na ogół mało urozmaicone. Tylko tam, gdzie kilka osób z domu pracowało, pozwalano sobie na nieco większą rozmaitość potraw:
„[…]  Jadało się wówczas chleb maczany w oleju rzepakowym, zielonym o pysznym zapachu, z podrobioną cebulką i solą do smaku. Obiady postne: śledzie uliki czy królewskie z kartoflami, kluski z serem, zupy rybne, z kaszy jaglanej z zacierką i ziemniakami itd. W przeddzień Wigilii ojciec z matką suszyli, tzn. nie jedli nic, prócz popijania wody” (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

Na tydzień przed Wigilią przynosił kościelny lub organista opłatki: „białe dla ludzi, a różowe i niebieskie dla zwierząt”. Były opłatki droższe – „z ładną dekoracją” i tańsze, przepasane kolorową tasiemką i naklejoną gwiazdką.


Ostatni tydzień adwentu przeżywano w nastroju przedświątecznym. W sposób szczególny nastrój ten udzielał się dzieciom, które spontanicznie garnęły się do zajęć domowych, co skracało im czas oczekiwania świąt.
Przede wszystkim obowiązywało staranniejsze niż zwykle sprzątanie mieszkań:
„[…]  robiło się generalne porządki. W ruch szły szczotki ryżowe, szare mydło (innego było szkoda, za drogie), ścierki; szorowanie, potem specjalnym grubym papierem wykładanie podłóg i przestrzeganie porządku pod groźbą kontaktów z >kozią nóżką< […] W piwnicy mieliśmy komórkę, gdzie w klatkach strzygły uszami przerażone króliki. W komórce była też olbrzymia beka kiszonej kapusty zakiszonej przez ojca […] I w komórce robiło się generalne porządki, wyścielając świeżą słomą klatki, uprzątając pomieszczenie, a nawet myjąc olbrzymią bekę z kapustą” (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)


Wiele starań wkładano też w przygotowanie świątecznych upominków i zaopatrzenie świątecznego stołu. Upominki i łakocie kupowano przeważnie w tajemnicy, aby były niespodzianką. Dla dorosłych kupowano szale, rękawiczki, krawaty, wstążki, a także chusteczki, pończochy, skarpetki, dla dzieci lalki, koniki, piłki, książki lub przybory szkolne, albo „jakieś drobiazgi w postaci słodyczy”, częściej jednak dzieci otrzymywały prezenty praktyczne, które i tak miały być zakupione…
Zakupy wiktuałów robiono takie, na jakie pozwalała kieszeń – ci, którzy mieli stałą pracę, starali się, by na święta były śledzie, ryby (głównie płocie i leszcze), suszone grzyby i owoce, kupowano też mak, cukier i mąkę, surową kiełbasę, nóżki na galaretę, schab, szynkę z kością, kurę na świąteczny rosół, wódkę i wino.

Na dzień przed Wigilią pieczono w piekarni ciasto. Blachy z ciastem na placki i babki w formach zanosiły do piekarza dzieci:
„[…]  Rodzina nasza była duża – były (też przewidziane) i świąteczne odwiedziny krewnych i zaproszonych gości, szykowało się więc pięć dużych blach plaków z kruszonkami, 3-4 baby pieczone w foremkach. Ciasto się piekło w piekarniach za drobną opłatą za usługę. Blachy z ciastem niosłyśmy do piekarza my dzieci, demonstracyjnie, razem, by wszyscy widzieli, jakie to święta się u nas szykują”  (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

Inna relacja:
„[…]  Dzień przed Wigilią pieczono ciasto, dla dzieci przeżycie do następnych świąt. […] Zanim ciasto zostało upieczone, schodziła cała noc. Czuwało się u piekarza w piekarni na zmianę, aby ktoś nie podmienił ciasta” (z relacji Pani Heleny Szwarc)

Tego dnia i w Wigilię rano przygotowywano też inne jedzenie na wigilijną kolację i na trzy dni świąt.
„Gotowały się grzyby, groch, jagły, kapusta, suszone owoce na kompot, ucierano mak. Musiano wygospodarować czas na ugotowanie szynki i upieczenie mięsa na święta. […] Ostatnią pracą nad rozpoczęciem kolacji było smażenie ryb i tradycyjnego śledzia. Wszystko było przygotowane na czas” (z relacji Pani Heleny Szwarc)

Do przygotowań świątecznych należało też ubieranie choinki, nazywanej przez niektórych gaikiem. Większość ozdób choinkowych wykonywano własnoręcznie, w domu. Robiono łańcuchy z kolorowego papieru i słomek, zabawki z wydmuszek, waty i kolorowej bibułki, gwiazdki i ciastka z pszennej mąki.
„[…]  już wcześniej przygotowywało się stroiki na choinkę. Robiło się różne zabawki z papieru, słomy, wydmuszek z jajek, bibułki itp. Tam, gdzie były dzieci, było to całe misterium” (z relacji Pani Zofii Zakrzewskiej)

Ozdobne ciastka choinkowe kupowano w sklepach. Były to:
„[…]  wielkie ciastka w rodzaju serc, ruprychów (Mikołaje) i gwiazd. To wszystko było robione albo z kawą, to imitowało piernikowe ciasto, albo z wodą, to było białe. Na wierzchu zaś były te ciastka cieniutko ubierane krochmalem: ciemne różowym, lub białym, białe brązowym. Wielkie ciastka, gdy wieszali je na choince, to one długo nie wytrzymywały, gdyż tylko ze dwa dni z górą, urywały się i spadały. Mieszkania rozgrzane, to ciastka się wrzynały, bo były dość ciężkie dla nitki i gałązki” (z relacji Pani Heleny Michalskiej)


Choinkę kupowali rodzice w tajemnicy przed małymi dziećmi. Ubierał je przeważnie ojciec, wieczorem przed Wigilią, gdy dzieci już spały, albo w Wigilię rano, przy pomocy starszych dzieci. W większych mieszkaniach stawiano choinkę „ w rogu izby […] na taborecie, w garnku z piaskiem i wodą”, w małych mieszkaniach zawieszano ją u sufitu, nad stołem.
„Choinkę ubierało się kolorowo. Z powodu małych mieszkań, jakie przeważnie zajmowali robotnicy, choinkę zawieszało się u sufitu, okoloną kolorowym papierowym łańcuchem, ubraną świecidełkami, opłatkami, bibułkami, złoconymi orzechami, piernikami, które wyobrażały różne zwierzątka lub anioły, kolorowymi bombkami, na końcu świeczkami i zimnymi ogniami, a na samym dole czerwonymi jabłuszkami. Taka wisząca choinka miała tą zaletę, że nie została zaraz objedzona przez dzieci, a przez cały czas cieszyła oczy wszystkich. Jeszcze kiedy zapalano świeczki i inne zimne ognie, a zakręcono ją z tym wszystkim i zawirowała, wtedy dopiero była wielka radość dla dzieciarni” (z relacji Pani Zofii Zakrzewskiej)


„Już na kilka dni przed Wigilią Janek i Władek przytaszczyli niedużą, pachnącą lasem i innym światem choinkę, którą z uwagi na brak miejsca, zamocowali przy suficie, w pobliżu stołu. W większości mieszkań robotniczych tak sobie radzono z umieszczeniem choinki, gdyż prawie wszystkie rodziny robotnicze gnieździły się w pojedynczych pokojach. Nasza choinka spływała w dół […], nie cały metr nad wysokością stołu. Drzewko przybrane było różnokolorowymi opłatkami okrągłymi […], gwiazdkami i łańcuchami z papieru, czekoladowymi w kolorowych opakowaniach rybkami, mieniącymi się kolorowymi cukierkami i czerwonymi, wprost uśmiechającymi się jabłuszkami. U samej góry, tuż przy suficie, choinkę wieńczyła srebrzysta gwiazda. Pojaśniało, zapachniało w naszym mieszkaniu. Co chwila wpatrywaliśmy się w cudownie piękny element dekoracyjny naszego szarego gniazdka. Podnosiło to oczywiście ogromnie nastrój oczekiwania na uroczystość wigilijną” (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

W dzień wigilijny od rana panował nastrój podniosły, pełen serdeczności. „Tkwił głęboko zakorzeniony zwyczaj, przechodzący w wiarę, że jaki kto będzie w Wigilię, taki będzie cały rok”.
Zgodzie z tym przeświadczeniem rodzice ostrzegali dzieci, by „były grzeczne i nie dostawały bicia, bo kto dostanie dziś, to cały rok będzie bity”.
Dziewczęta uważały Wigilię za dzień stosowny do wróżb o zamążpójściu. Na dziesięć dni wcześniej „należało ściąć trzy gałązki wiśni i wstawić je w pokoju do wazonu. Jeśli gałązki zakwitły do Wigilii […], to był znak rychłego zamążpójścia”. Tego dnia pisały panny „kilka imion na kartkach i zawinięte w rulon kładły na noc pod poduszkę. Rano w pierwsze święto wyjmowało się rulonik i jakie było wypisane imię, takie miał nosić przyszły mąż”.
Niecodzienny nastrój panował tego dnia w fabrykach:
„Już jako kilkunastoletni chłopiec wiedziałem nie tylko od rodziców, że tak w fabryce Barczyńskiego na Tylnej 6, jak we wszystkich miejscach pracy naszego miasta, istniał głęboko zakorzeniony obyczaj składania sobie życzeń z okazji różnych świąt. W Wigilię świąt Bożego Narodzenia pracowano tylko cztery godziny (i za tyle oczywiście fabrykant płacił). Życzenia składano w czasie pracy, dzieląc się przyniesionym przez jedną z towarzyszek pracy opłatkiem, wymieniając braterskie życzenia, akceptowane u kobiet pocałunkami, zaś u mężczyzn uściskiem spracowanych rąk. Czasem, w korzystnych po temu warunkach, wypijano na pomyślność  >halbkę< wódki, zagryzając śledzikiem i dodając sobie otuchy w tych niełatwych o pracę, jak i jej zachowanie, czasach. Majster nawet gdy zauważył tego rodzaju świętowanie udawał, gdyż tak mu było wygodnie, że tego nie dostrzega” (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

W uzupełnieniu relacji o Wigilii w fabryce Mieczysław Klimecki dodaje:
„W fabryce mojego ojca, podobnie jak w większości fabryk w Łodzi, robotnicy nie otrzymywali upominków czy życzeń od pracodawcy. Nigdy nikt z naszych krewnych bądź znajomych robotników, nie chwalił się wielkodusznością fabrykanta”…

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził
to byś i tutaj też boso chodził,
poszedłbyś do fabryki,
podarłbyś swe buciki
bo i w mieście Łodzi
też się boso chodzi.

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził,
to byś na Bałuty do nas przychodził
wieczerzę wspólnie zjemy,
wszystko ci opowiemy,
będziesz wszystko wiedział,
nie w Betlejem siedział.

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził,
to byś na Chojny do nas przychodził,
byś zobaczył jak żyjemy
i jak ciężko pracujemy,
jak nas okradają
i żyć nam nie dają.

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził,
to byś na Widzew do nas przychodził,
byś zobaczył Maksa Kona
lud bez pracy tam już kona,
jaśnie panów trzeba
wysłać do nieba.

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził,
to byś po mieście z batem w ręku chodził,
byś przepędził tych baranów,
co to bronią jaśniepanów
Konów i Szajblerów, Poznańskich, Gajerów.

(Kolęda ze zbiorów Tadeusza Rosiaka, powstała jakoby w więzieniu na Targowej w 1923 roku)

  
źródło:
Irena Lechowa. Święta zimowe rodzin robotniczych we wspomnieniach starszej generacji mieszkańców Łodzi [w:] Folklor robotniczej Łodzi. Pokłosie konkursu. Praca zbiorowa.

Fotografie ze stron:

BAEDEKER POLECA:

Folklor robotniczej Łodzi. Praca jest zbiorem materiałów, które pochodzą z ogłoszonego w Łodzi w 1972 roku Konkursu na Folklor Robotniczy. Zgromadzone przedmioty i relacje dotyczą niemal wszystkich dziedzin robotniczego życia w pierwszej połowie XX wieku. Przytoczone anegdoty, wierszyki i piosenki dotyczą zabawy, pracy, świąt rodzinnych i najróżniejszych wydarzeń, które odbiły się szerokim echem w społeczności robotniczej Łodzi.
Organizatorzy zdobyte materiały podzieli na grupy tematyczne, a także wzbogacili je wypowiedziami uczestników Konkursu.