poniedziałek, 20 czerwca 2016

PARAMNEZJA

Jak wszystkim ludziom i mnie zdaje się
niekiedy, że już tu byłem, w tym miejscu niespodziewanie znajomym
z jakiejś odległej podróży, że znam
list, który właśnie odbieram i na który nie odpowiem,
bo przyszedł za późno, po ilu to latach, i jego treść nikogo
już nie dotyczy, że
ten mężczyzna, który obojętnie mnie mija,
sam o tym jeszcze nie wiedząc za chwilę powróci,
by mnie spytać o drogę
na Dworzec Fabryczny jego głos coś mi przypomni
zanim go usłyszę, że czyjeś spojrzenie
już raz na mnie spoczęło, równie
ciężko albo
nienawistnie, że sam siebie nagle w czymś powtarzam,
jak lustro.

Ale wszystko to tymczasem zdarza się
po raz pierwszy,
z całą pewnością jedyny, gdyż tylko nieistnienie

przeżywa się po raz wtóry.

Zdzisław Jaskuła, 1981.
Wiersz pochodzi ze zbioru „Dialog z pamięcią. Wiersze z Łodzi”.
(Dialog mit dem Gedächtnis. Gedichte aus Lodz)

Dialog z pamięcią. Wiersze z Łodzi. Dialog mit dem Gedächtnis. Gedichte aus Lodz  - dwujęzyczna antologia przygotowana przez Karla Dedeciusa (tłumaczenie) oraz Lucynę Skompską  – poetkę i autorkę książek dla dzieci, zajmującą się też krytyką sztuki i literatury. 
Wybór prezentuje kilka pokoleń poetyckich współczesnej Łodzi, począwszy od urodzonego w 1905 roku Mariana Piechala, po tych urodzonych w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.  Ale książka powstała dla …przekładów Karla Dedeciusa. Wydana została w 2001 roku z okazji 80 urodzin znakomitego tłumacza. Karl Dedecius napisał o niej: Będzie to moje małe dziękuję i podarunek dla Miasta i Muzeum.
Książka wydana przez Muzeum Miasta Łodzi przy finansowej pomocy Urzędu Miasta Łodzi.

Karl Dedecius (1921- 2016) – niemiecki tłumacz i popularyzator literatury polskiej i rosyjskiej. Zajmował się także eseistyką i teorią przekładu, publikował w prasie oraz wykładał w szkołach wyższych.
Urodził się w Łodzi w rodzinie Niemców, którzy przybyli do Polski z czeskich Sudetów i Szwabii. Skończył łódzkie Gimnazjum im. Stefana Żeromskiego. W czasie II wojny światowej został wcielony do Wehrmachtu we Frankfurcie nad Odrą. Latem 1942 znajdował się na froncie wschodnim pod Stalingradem. W latach 1943–1949 przebywał w sowieckiej niewoli, gdzie nauczył się rosyjskiego. Po wyjściu z niewoli nie wrócił do rodzinnej Łodzi, lecz przeniósł się do narzeczonej w Weimarze, w ówczesnej NRD. W 1952 roku wyemigrował do RFN. Przez ponad 20 lat pracował jako agent ubezpieczeniowy we frankfurckim towarzystwie ubezpieczeniowym Allianz. Wówczas hobbystycznie zaczął zajmować się tłumaczeniem. W 1959 roku ukazał się pierwszy tomik jego przekładów polskiej liryki "Lekcja ciszy". Sensację obudziło jego tłumaczenie "Myśli nieuczesanych", które sprzedano w nakładzie ponad 300 tys. egzemplarzy.
W 1980 roku został założycielem i pierwszym dyrektorem (do 1999) „Deutsches Polen-Institut” (Niemiecki Instytut Kultury Polskiej) w Darmstadt, który zajmuje się popularyzacją polskiej twórczości w Niemczech oraz kontaktami między oboma narodami. Wydał kilkadziesiąt antologii i tomów indywidualnych pisarzy. Jest edytorem 50-tomowej serii Polnische Bibliothek (Biblioteka Polska) obejmującej literaturę polską od średniowiecza po współczesność. Łącznie tłumaczył ponad 300 poetów i prozaików w tym Mickiewicza,Miłosza, Szymborską, Różewicza, Leca, Herberta, Wojtyłę. Za dzieło życia uznawana jest 7-tomowa Panorama der polnischen Literatur des 20. Jahrhunderts (Panorama literatury polskiej XX wieku).
W 1963 roku odnowił i utrzymywał bliski kontakt z rodzinną Łodzią. Po udzieleniu swojej zgody, 19 listopada 2002 Karl Dedecius został patronem Publicznego Gimnazjum nr 43 w Łodzi.
Od 2003 polscy tłumacze literatury niemieckojęzycznej oraz niemieccy tłumacze literatury polskiej, nagradzani są nagrodą imienia Karla Dedeciusa. Laureaci wybierani są przez polsko-niemieckie jury pod patronatem Karla Dedeciusa.

źródła:
Dialog z pamięcią. Wiersze z Łodzi. Dialog mit dem Gedächtnis. Gedichte aus Lodz.
Karl Dedecius. Europejczyk z Łodzi.
pl.wikipedia.org

Przeczytaj jeszcze:

Fot. Monika Czechowicz

czwartek, 16 czerwca 2016

PIEKIELNE MASZYNY, … czyli jak u Scheiblera bies parą dmuchał


iele łódzkich dróg polnych dawniej zabarwiało się czerwoną farbą, 
płynącą niezakrytymi ściekami z powstających farbiarni. Jedna z nich zawdzięcza nawet czerwieni swą nazwę. W fabrykach pracowało już kilka maszyn parowych. Na niebrukowanych ulicach leżało gęste błoto. Powietrze stawało się ciężkie od cuchnących wyziewów z farbiarń i apretur. Dla robotników, przybywających do fabryk do pracy z okolicznych wsi, były to zapachy piekieł. To zetknięcie się dwóch światów – wsi i miasta – musiało w gawędach, pogwarkach ludzi zaowocować baśniami i stworzyć legendy. Ułamki owych historii do dziś jeszcze wśród bardzo starych robotników na Księżym Młynie, w famielijniakach, bywają opowiadane i przekazywane.


Często opowiadano o biesowskich udziałach w tworzeniu fabrykanckich fortun. O pokumaniu się właścicieli z samymi książętami piekieł, o cyrografach na wieży zamku w Łęczycy z diabłem podpisywanych. Ludzie gadali o częstych i tajemniczych nocnych wyjazdach w okolice bagien nad Bzurą, by się fabrykanci mogli z Borutą kumać. A jeden z posiadaczy, mający swe włości na Pfaffendorfie (Księży Młyn), przybył do naszego miasta z Ozorkowa… a Ozorków leży blisko Łęczycy… więc o diabelskie parantele nie było trudno! Opowiadali sobie o tym przędzarze łódzcy w gospodzie czeladnej i w Domu Majstrów przy ulicy Przejazd.

Osiedle robotnicze na Księżym Młynie. W tle fabryka Karola Wilhelma Scheiblera.

Ba… pogadywano także, że diabły pozazdrościły sukcesów fabrykantom i jeden z nich – drobny kuzyn Boruty, zły i przechery Węsad, chciał spróbować pracy u Scheiblera. Ale przybywszy niepoznany do Łodzi, rozejrzał się był po biednych opłotkach, po chałupinach biednych. Uliczki zaśmiecone i cuchnące przypominały mu piekło. Czarne dymy, unoszące się z tysięcy kominów nad miastem, utwierdziły go w przekonaniu, że trafił do jeszcze gorszego piekła niż jego własne.
Jak to diabeł – postanowił nie dać się zapędzić do żadnej uczciwej pracy dla ludzi. Nie odpowiadała mu proponowana praca kuchcika w gościnnym zajeździe, ani bycie furmanem wożącym podróżnych na Foksal kolei żelaznej w Rokicinach czy na wielkich lorach transportować batysty i perkaliki na wywóz za granicę. Nie imponowała mu również praca guwernera przy fabrykanckiej dziatwie w pałacu. Nie chciał też być urzędnikiem magistrackim ani woźnym w trybunale miejskim. Nawet na gospodynię do organistówki go nie ciągnęło. Oparł się nawet możliwości zostania łódzkim burmistrzem! Leniwe było diablisko!
Uparł się, że musi być przyjęty do samego łódzkiego króla bawełny, pana na Księżym Młynie! Podobało mu się w jego fabryce na Wodnym Rynku i czuł się tam lepiej niż w rodzonym piekle. Był tam najwyższy w mieście komin fabryczny. Wielu ludzi uwijających się jak w ukropie, prawie nagich, sprawiło na Węsadzie wrażenie diabelskich pobratymców – dusz potępionych!

Imperium Karola Scheiblera.

A jak się diabeł uprze, to i dokona, co zamyślił. Moment dogodny upatrzył sobie, kiedy to w Łodzi ruchawka się uczyniła straszna, kiedy robotnicy fabryczni, bardzo wyzyskiwani, bunt wszczęli pełni gniewu. Były to lata sześćdziesiąte XIX wieku.
Bieda i bunt kiełkowały w fabrykach od dawna! Rozwijały się z iście diabelską namiętnością i siłą. Ubodzy sukiennicy łódzcy, mniejsi wytwórcy płótna w manufakturach, zbuntowali się przeciw polityce króla bawełny, który jako pierwszy w Łodzi uruchomił u siebie tkalnię mechaniczną. Liczyła ona aż sto krosien, zwanych przez robotników samo tkającymi. Fabrykant zamierzał uruchamiać dalsze. Wziął nawet w tym celu pożyczkę w banku warszawskim. Ulokował w rozwoju mechanizacji nawet cały duży posag żony.
- Ani chybi spółkę z diabłem zawarł – mówili zwalniani z pracy, głodni robotnicy. 


Przypuszczano, że to nawet Węsad ogniem zionie i parą straszliwą z gęby okropnej bucha, pracując w kotłowni, podobnej tej piekielnej, ale w fabryce się znajdującej.
Podejrzenia zdały się uzasadnione, bo przy machinie parowej kręcił się jakiś majster, czarny i chudy, co tylko ślepiami obracał groźnie i wąsiskami pełnymi sadzy poruszał, po niemiecku ludźmi sypiącymi węgiel pod kotły – jak w czeluście piekielne – dyrygował. I słuchali diabła! Ani słowa po naszemu nie rozumiał, ino gardłował coś i seplenił w niemieckiej mowie.
Gorycz ogarniała ludzi. Obawa ich wzięła przemożna, że skoro diabeł u Scheiblera parą z gęby bucha i węgiel ogniem piekielnym pożera, to wszyscy oni bez roboty się ostaną, a dzieciska bez chleba pomrą w tej godzinie straszliwej.
Zebrali się na Wodnym Rynku i uradzili diabła z fabryki przepędzić. Wziąwszy brysztangi, łomy rozmaite, drągi, poszli pod fabrykę na Rynku Wodnym. Ale na diabła najbardziej działają święte obrazy i kościelne, poświęcone chorągwie. Śpiewając pobożne pieśni, w wielkim pochodzie ruszyli.
Huzia na diabła!
Weszli siłą. Tkalnia została całkowicie zdemolowana, maszyny, jako diabelskie wspólniczki, połamane i rozbite…
Co odważniejsi, zrazu nieśmiało, potem z coraz większą zapalczywością, jęli się łomami do maszyny parowej dobierać.
… Nagle nieopatrznie pokręcony jakiś zawór wykonał obrót i… para z sykiem straszliwym, poświstem piekielnym wydobywać się zaczęła na zewnątrz kotła. Ukropem gorącym bryznęło dookoła. Lunął gęsty, piekielny deszcz. Para złowrogą zasłoną spowiła kotłownię. Sunęła potężnymi płatami w kierunku stojącego, oniemiałego z trwogi robociarskiego tłumu! Mało nie nastąpił wybuch kotła!...
Diabła nie udało się zatrzymać ani wygnać go z fabryki, by ludziom pracy nie odbierał. Ocalał z pogromu! Władze rosyjskie poparły diabła Węsada, co robił w kotłowni! Prawie wszystkich, którzy brali udział w organizowaniu pochodu, sąd powiatowy w Łęczycy ukarał za udział w burzeniu maszyn.
Wkrótce w innych fabrykach też wprowadzono maszyny parowe. Wiele lat musiało upłynąć, żeby ludzie przestali wierzyć w ich piekielne pochodzenie.

Według Zdzisława Konickiego
źródło:
Łódź w baśni i legendzie.

Robotnicy przed fabryką Karola Scheiblera. 
Fot. archiwalna ze strony http://www.fabrykancka.pl/

Fot. współczesne Monika Czechowicz

BAEDEKER POLECA:


Zagadka rodowodu Łodzi i jej najdawniejszych lat, gdy była nieznaczną wsią pośród puszczy, nie daje spokoju ludziom obdarzonym wyobraźnią. Literaci wkraczają na miejsce, którego historycy z braku źródeł, nie są w stanie w pełni zagospodarować. Baśnie i legendy zawarte w niniejszym zbiorku obejmują czasy od nadania Łodzi praw miejskich do XIX wieku.



poniedziałek, 6 czerwca 2016

Willa Ludwika Beutnera przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie 18.



Willa została wzniesiona w roku 1912 (data znajduje się na elewacji) na posesji zakupionej w 1911 roku przez Ludwika Beutnera i jego żonę Martę (z domu Brade), pochodzącą z Hamburga. 


Brautner urodził się w Zduńskiej Woli w 1871 roku, był właścicielem fabryki maszyn.
W 1907 roku ożenił się z Martą Brade, niestety niedługo małżonkowie cieszyli się wspólnym życiem - Ludwik zmarł w Łodzi, w roku 1916.
Po jego przedwczesnej śmierci, wdowa po nim, z trójką małoletnich dzieci, w 1919 roku wyjechała do rodzinnego Hamburga, a posesja została wydzierżawiona Hugonowi Frydrychowi, współwłaścicielowi tkalni i farbiarni „Frydrych, Lehman i S-ka”.
W 1923 roku większość udziałów w posesji wykupił Józef Żórkowski, właściciel Fabryki Nici Fantazyjnych.
W głębi posesji w 1921 roku powstały zabudowania przemysłowe autorstwa Pawła Lewego, rozbudowane w 1933 przez Adolfa Goldberga.

Kalendarz Informator z 1923 roku

W 1945 roku zakłady wraz z willą zostały przejęte przez państwo – w willi mieścił się żłobek Zakładów Przemysłu Dziewiarskiego im. T. Rychlińskiego, a następnie biura Centralnego Laboratorium Przemysłu Dziewiarskiego i Pończoszniczego.
Od 1976 roku siedziba ZBOWiD Oddział w Łodzi.



Dzisiaj w willi ma swoją siedzibę Łódzki Zarząd Wojewódzkiego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych w Łodzi.
Oficjalna strona: http://www.kombatantpolski.pl/


Willa reprezentuje formy renesansu północnego z akcentami barokowymi. Zaprojektowana została na planie kwadratu z trójbocznym ryzalitem od strony wschodniej, tu znajduje się główne wejście do budynku, nad nim półkolisty balkon z metalową ażurową balustradą, na osi trójboczny ryzalit zwieńczony zdwojonym daszkiem. Górą wysoki szczyt flankowany wolutami, z dwoma oknami, zwieńczony trójkątnym frontonem z okulusem.


Wnętrza willi poddawane były licznym adaptacjom, ale zachowała się stolarka okienna i drzwiowa.

źródło:
Krzysztof Stefański. Łódzkie wille fabrykanckie.

Przeczytaj jeszcze:


Fot. Monika Czechowicz