sobota, 31 maja 2014

Wódka za wódką w bufecie, czyli picie na pokładzie... Łodzi



27 kwietnia 2007 roku linię produkcyjną łódzkiego Polmosu opuściła ostatnia butelka wódki. Nie wiadomo, kto ją wypił i co to była za butelka: Klubowa, Pieprzówka, Prezydent czy może Pietryna..?
We wrześniu 2005 roku zadłużona firma wypuściła na rynek wódkę Pietryna. Wódka niespecjalnie przypadła do gustu urzędnikom od promocji. No bo jak to? Zwykłą wódą taką reprezentacyjną ulicę promować? Gorzej, że konsumentom też jakoś nie była w smak. Dla wymagających była za tania, dla nie wymagających za droga. W tej Łodzi to nikomu się nie dogodzi...
Ale jeśli ktoś sądzi, że dziś w Łodzi pije się rekordowo dużo, to bardzo się myli. W 1845 roku w całej Łodzi było ponad 80 szynków z piwem i wódką, z czego ponad 30 na samej Piotrkowskiej. Całkiem nieźle jak na kilkunastotysięczne wtedy miasto. Nic dziwnego, że car wydał ukaz o zapobieganiu "nadmiarowemu użyciu trunków", choć nie samą Łódź miał tu na myśli. Jak łatwo się domyślić, największy ruch w szynkach panował w dniu wypłaty. Oprócz piwa, piło się wtedy wódki proste, tak zwane szumówki oraz słodkie o mocy nieprzekraczającej 46,8 procent. Wypłaty były wtedy kiepskie, wybór zakąsek nie zwalał z nóg (kiełbasa z pajdą chleba, ogórek kiszony, precel), więc wódka uderzała do głowy szybko i skutecznie. Osobliwością połowy XIX wieku w Łodzi byli tzw. pisarze browarni. Pili na koszt browaru, aby zachęcić innych do picia. A jak już wyczerpali limit, przepijali to, co zarobili...


"Rozwój", rok 1900.



W drugiej połowie XIX wieku produkcja i handel alkoholem były w Łodzi w stanie rozkwitu. Handlować alkoholem mógł właściwie każdy, pod warunkiem wykupienia patentu i posiadania zezwolenia na drobny handel. Nie trzeba było legitymować się żadnymi umiejętnościami, a popyt na picie w szybko rozwijającym się mieście był potężny. 
I było co pić. Gorzelnia i destylarnia parowa w Łagiewnikach oferowała na przykład wódkę miętową, destylarnia Lipiński i Kędzierzawski gorzałkę zwykłą i owocową, a zakład Meyerów przy ówczesnej ulicy Głównej 59 Cherry Brandy. 
Marcin Łuba produkował w destylarni parowej zwykłą gorzałkę. Takich wytwórni było dużo, a do tego stale obecne na łódzkich stołach były alkohole z fabryk w Zduńskiej Woli oraz z Woli Krzysztoporskiej i Niechcic pod Piotrkowem Trybunalskim.



Charakterystyczne dla Łodzi były piwiarnie, które upowszechniły się wraz z przybyciem licznych Niemców. Nie były co prawda aż tak dochodowe jak podające wódkę szynki, ale zawsze można było nalać wódkę "spod lady". W szynkach i restauracjach wybór alkoholi był ogromny: gorzałka, żytniówka, myśliwska, wioślarska, z gwiazdką, chlebówka, żubrówka, jarzębowa, huzarka, wyborna, stołowa, redlówka... A to dopiero początek listy. Wódkę sprzedawano wówczas w kieliszkach i szklankach po 50, 100 i 200 gramów, choć stosowano i miary rosyjskie.Pod względem wyboru spragniony konsument był więc nie w gorszej sytuacji niż dziś, a lepszej, gdy wybierał się do knajpy. Według przepisów z roku 1866 "jeżeli kto zakładzie, w którym odbywa się sprzedaż trunków upije się tak dalece, że bez oczywistego niebezpieczeństwa nie może być pozostawiony bez dozoru, w takim razie sprzedający wódkę obowiązany jest rozciągnąć potrzebny dozór nad pijanym i okazywać potrzebną pomoc, dopóki się nie wytrzeźwi".
Z wytrzeźwieniem na czas bywało różnie. Kiedy w zakładach w Żyradowie w soboty o 16 płacono tygodniową pensję, zaczynało się wielkie picie, które nie miało końca. Do tego stopnia, że w poniedziałki rano właściciele zakładów Karol Hielle i Karol Dittrich odwiedzali z kijami robotnicze domy, motywując "wczorajszych" robotników do pracy...


Ilustracja z XIX wieku; sklep z napojami alkoholowymi.

W dużo większej Łodzi tym kijem na pijanych byli następni robotnicy, czekający na ich miejsce przy maszynie. Mimo to pijaństwo stało się w Łodzi pod koniec XIX wieku taką plagą, że stopniowo zaczęto wycofywać z obrotu najmniejsze butelki z wódką, zwane półsetkami (faktycznie zawierały nieco więcej, bo 62 gramy), a w przededniu pierwszej wojny światowej także setki. W 1894 roku w Łodzi istniało 620 składów hurtowych i zakładów, mających prawo sprzedaży napojów alkoholowych. 


"Rozwój", rok 1900.


Statystyczny mieszkaniec Łodzi wydawał wówczas na rok na mięso 5 rubli, na pieczywo 12, a na alkohol 14. Władze zareagowały na problem. W roku 1900 w Łodzi przy ulicy Konstantynowskiej 19 utworzono Kuratorium Trzeźwości, które zaczęło otwierać herbaciarnie. Miały one odciągnąć ludność od lokali sprzedających alkohol. Po sześciu latach trzy takie herbaciarnie padły. Inna sprawa, że rosyjskie Ministerstwo Skarbu z czasem zaleciło, aby w herbaciarniach podawać także wino i wódkę, gdyż "prosty lud kupiwszy buteleczkę wódki w sklepie monopolowym nie ma jej gdzie wypić i zmuszony jest robić to na ulicy".



Tam, gdzie dziś u zbiegu ulic Kopcińskiego i Piłsudskiego stoi nowoczesny biurowiec, w 1901 roku uruchomiono zakłady, które były protoplastą łódzkiego Polmosu.


fot: fotopolska.pl

Już w 1896 roku rozpoczęto tu budowę rozlewni wódek czystych i spirytusu butelkowanego. Środki na budowę pochodziły z funduszy państwowych. 



Wtedy nie było wszystko jedno, gdzie się robi wódkę - główny budynek i biurowiec zaprojektował najprawdopodobniej znany architekt Franciszek Chełmiński. Rok później z linii produkcyjnej zeszły pierwsze butelki wódki. Niemal wszystko sprzedawano wtedy w samej Łodzi i okolicy. 



Ciężkie czasy przyszły na Łódź podczas pierwszej wojny światowej, kiedy wkroczyli Niemcy. Konfiskowano mocne alkohole, wódki można się było napić tylko w kilku dobrych restauracjach. Moc wódek ograniczono do 40 procent, a w dodatku wolno było sprzedawać tylko te niemieckie. 
Przy ulicy Rokicińskiej umieszczono jeden z trzech składów alkoholi na ziemiach zdobytych na Rosjanach. Nic dziwnego, że rozwinęła się nielegalna produkcja i handel. Tu i tam ktoś stawiał stolik wprost na ulicy i sprzedawał wódkę na kieliszki na miejscu. Apteki i fabryki, które miały prawo do kupowania alkoholu skażonego, brały, ile się da i sprzedawały na czarnym rynku, który "przystosowywał" spirytus do celów spożywczych.



Po pierwszej wojnie światowej łódzki alkohol nie od razu wrócił do łask. Fabryka u zbiegu Kopcińskiego i Piłsudskiego została przejęta od władz miejskich przez Skarb Państwa i umieszczono tam zakłady tytoniowe. 



Dopiero w 1926 roku znów zaczęto produkować alkohol. W 1927 roku została przekształcona w Państwową Wytwórnię Wódek nr 14, podlegającą Dyrekcji Monopolu Spirytusowego w Warszawie. Rok później dobudowano tu magazyn gotowych wyrobów. 

"Ilustrowana Republika", rok 1932.


Przez okres międzywojenny była to jedna z większych i lepszych fabryk w Polsce. Produkowała rocznie, w przeliczeniu na czysty spirytus, cztery miliony litrów alkoholi. Miała ona konkurencję ze strony prywatnych fabryk alkoholu, wśród których wyróżniała się wytwórnia wódek gatunkowych braci Karola i Mateusza Kalinowskich przy obecnej ulicy Kilińskiego 81. To w skali makro.
W skali mikro popularnością cieszyły się niektóre składy win i wódek, o czym można było się dowiedzieć z kroniki kryminalnej. 14 stycznia 1933 roku "Dziennik Łódzki" informował, że w nocy ze składu win u zbiegu ulic Lipowej i 6 sierpnia dwóch młodych amatorów trunków wyniosło dwa worki alkoholi o wartości 400 zł. 4 marca tegoż roku ze składu wódek Andrzeja Strasielunasa przy Rokicińskiej 100, złodzieje wynieśli alkoholi za 1500 zł. Pić się ludziom chciało, a czasy były ciężkie. Co rusz zwolnienia w zakładach Scheiblera, strajki, protesty. Jednocześnie kwitło życie towarzyskie na różnych poziomach, któremu niekiedy kres kładła interwencja policji. Tak jak 17 stycznia 1933 roku o północy w barze Expres przy Piotrkowskiej 163. Dyskusja przy wódce skończyła się rozbiciem butelki na głowie jednego z uczestników i pocięciem drugiego.
Gazety rzadko informowały, jak piły wtedy nieco wyższe łódzkie sfery. A piły całkiem, całkiem. Ulubieńcem łódzkiej publiczności był na początku lat 30 tenor Józef Moranowicz, występujący w Teatrze Popularnym. Dużo śpiewał, dużo zarabiał i jeszcze więcej pił. Przyjście na próbę pod dobrą datą nie było dla niego niczym nadzwyczajnym. Pewnego dnia stwierdził, że nie jest już w stanie wydobyć z siebie głosu. 18 grudnia 1932 roku "Dziennik Łódzki" poinformował, że Moranowicz, który w tym czasie występował w Wilnie, powiesił się, nie dając sobie rady z nałogiem... 



"Głos Poranny", rok 1935.


Jak świat światem, im więcej władza narzucała ograniczeń w produkcji i handlu alkoholem, tym bardziej kwitł czarny rynek. Zmieniała się tylko cena, jaką trzeba było zapłacić za pędzenie bimbru i handel lewym alkoholem. W 1909 roku Emil Gilbardt, właściciel piwiarni przy ulicy Grabowej 25 w Łodzi, dostał 150 rubli kary, gdy znaleziono u niego spirytus bez banderol i była to wysoka kara.
W Polsce niepodległej można już było pójść do więzienia. Podczas okupacji hitlerowskiej stawką było już życie. Nieżyjący już adwokat Janusz Różycki, który był obrońcą z urzędu Altmana, szefa gestapo w Piotrkowie Trybunalskim, opowiadał kiedyś, jak bardzo gestapowiec był zdziwiony, że czyni mu się zarzut z egzekucji ludzi, pędzących bimber: "Przecież na obwieszczeniach było napisane, że za pędzenie bimbru jest kara śmierci".



Pod znakiem picia i bimbrownictwa zaczęła się Polska Ludowa. Kroniki notują co prawda, że w Łodzi nastąpił w tym czasie znaczny spadek spożycia alkoholu, ale czy kiedykolwiek można się było w Polsce doliczyć, ile naród wypił alkoholu? Jeden z dowódców jednostek przeciwlotniczych w latach 60. opowiadał jak znikały dwustulitrowe beczki spirytusu, przeznaczonego do obsługi rakiet. To nie rakiety go wypiły...



W Łodzi po chudych wojennych latach, gdy Niemcy ograniczyli produkcję alkoholu i w części budynków u zbiegu Kopcińskiego i Piłsudskiego uruchomili magazyn żywności dla wojska, wódka i denaturat znów popłynęły na rynek na wielką skalę. Łódzka wytwórnia ruszyła z produkcją już kilka dni po zajęciu miasta przez Armię Radziecką i zainstalowaniu władz polskich. Później, w 1963 roku, połączono fabryki w Łodzi i Kutnie, tworząc Łódzkie Zakłady Przemysłu Spirytusowego, produkujące różne gatunki wódek, spirytus i denaturat. 



W latach 50. królowała (nie tylko w Łodzi) słynna wódka z czerwoną kartką. Wtedy też w Łodzi oficjalnie powoli zaczęto zauważać, że ludzie piją i to coraz więcej, choć pijących przedstawiano jako element wywrotowy, spadek po kapitalizmie, burzący porządek Polski Ludowej.
W 1948 roku powstała w Łodzi pierwsza poradnia antyalkoholowa. W 1956 roku takie poradnie powstały w każdej dzielnicy, a rok później założono izbę wytrzeźwień.
W 1970 roku przeanalizowano w Łodzi, na co ludzie wydają pieniądze. Wyliczono, że statystyczny łodzianin wydaje na rok na mięso 1.155 zł, na pieczywo i przetwory zbożowe 688 zł, a na wódkę, wino i piwo 354 zł. A trzeba dodać, że półlitrowa butelka wódki z czerwoną kartką kosztowała wtedy 50 zł. Jeśli porównać to do statystyk z końca XIX wieku (na mięso 5 rubli, na pieczywo 12, a na alkohol 14), proporcje wydatków wyraźnie zmieniły się na niekorzyść wódki.



W statystykach Łódź chwaliła się metrami kwadratowymi tkanin z przemysłu lekkiego. Hektolitry wódki z Polmosu były wyraźnie w cieniu, choć też było się czym pochwalić. W 1977 roku w zakładach zainstalowano nowe, holenderskie linie produkcyjne, znacznie wydajniejsze niż dotychczasowe. W swoich najlepszych latach łódzki Polmos produkował milion butelek miesięcznie. I ktoś to wszystko wypijał...


fot. dzienniklodzki.pl

Łódzkie władze zastosowały też ciekawą akcję profilaktyczno-towarzyską. We wrześniu 1980 roku prezydent Łodzi zakazał urządzania bankietów w instytucjach z wyjątkiem jubileuszy na 25-, 50-, 75- i 100-lecie istnienia, a rada narodowa wprowadziła zakaz sprzedaży alkoholu w poniedziałki, który dotyczył nie tylko sklepów ale i lokali. Uderzyło to w miłośników wędrówek międzylokalowych, którzy zwykli rozpoczynać peregrynacje od baru Golonka przy ulicy Wschodniej, a kończyli na Koguciku przy Piotrkowskiej...
Chyba najdziwniejszym okresem w historii wódki i picia w Łodzi były lata 80. Polmos pracował pełną parą, ludziom chciało się pić jak nie wiem, a wódka była na kartki, tak jak mięso, czekolada i inne strategiczne artykuły spożywcze. 
Przydział na dorosłego obywatela wynosił pół litra wódki miesięcznie. Uprzywilejowani byli nowożeńcy. Na wesela dostawało się nadzwyczajny przydział. W stanie wojennym na stołach królowały wódki Bałtycka i Vistula, które z trudem dawało się pić. System kartkowy sprawiał, że nawet jak ktoś nie pił, to pił. Nic dziwnego, że kwitła produkcja domowa. Takim domowym produktom nadawano oryginalne nazwy jak KPN. I tak nielegalna Konfederacja Polski Niepodległej zamieniała się w Koniak Pędzony Nocą...
Niepodległość przyniosła nieograniczone ilości dobrych wódek, można powiedzieć, nie do przepicia, ale źle skończyła się dla łódzkiego Polmosu. Oddzielone zostały wytwórnie w Kutnie i Sieradzu, wcześniej będące częścią łódzkiego zakładu, a w 1991 roku wszystkie Polmosy stały się samodzielnymi przedsiębiorstwami. Inwestycje w sklep przyzakładowy i halę do produkcji kremów pochłonęły wielkie fundusze bez
spodziewanego efektu. W 1999 roku poszczególnym Polmosom przydzielono prawa do gatunków wódek. Według jednego z byłych szefów łódzkiego Polmosu, Łódź dostała te mniej popularne, co okazało się gwoździem do trumny. Delikatesowa i Klubowa Specjalna nie miały takiego wzięcia jak inne popularne alkohole, co z czasem stało się przyczyną likwidacji.Po 2006 roku zaprzestano produkcji, a budynki przeznaczono do innych celów. Jeden z nich, biurowiec Polmos, w 2000 roku odzyskał swoją dawną świetność:



Po rewitalizacji jest siedzibą łódzkiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia.




W 2009 roku w narożniku południowym, po usunięciu współczesnej zabudowy, wzniesiono nowoczesny biurowiec.



Przeczytaj jeszcze:
"Kto do szynku chodzi, biedę swą łagodzi..."
Tak bawiła się Łódź

i o przyszłości Polmosu: TUTAJ



źródła:
Mirosław Jaskulski. Piwo, flaki garnuszkowe, petersburskie bliny i kawior astrachański, czyli z dziejów gastronomii łódzkiej do 1918 roku.
Ewa Niedźwiedzka. Łódź w PRL-u. Opowieść o życiu miasta 1945-1980.
Sławomir Sowa. dziennik.lodz.pl
Jacek Kusiński, Ryszard Bonisławski, Maciej Janik. Księga fabryk Łodzi.

Fot. Monika Czechowicz
Fot. archiwalne ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi
i inn.


piątek, 30 maja 2014

M/W – wystawa Jeremy`ego Millara w Łodzi


ms1, Więckowskiego 36
otwarcie: 30 maja 2014, g. 18.00
30 maja – 24 sierpnia 2014 


Idea wystawy „M/W” nawiązuje do odbytej sto lat temu  podróży Bronisława Malinowskiego i Stanisława Ignacego Witkiewicza na Cejlon i do zachodniej Australii. Wyprawa ta, choć zakończyła się przedwczesnym wyjazdem Witkacego, może być uznana za jedną z podróży współtworzących tradycję modernizmu, podobnie jak wyjazd Paula Gauguina na Tahiti czy włóczęga Paula Verlaine'a i Arthura Rimbauda po Europie. Jeremy Millar w „M/W” zdaje pytanie: co by było, gdyby wspólna podróż trwała dalej?
Właściwym celem podróży była Nowa Gwinea, a ściślej położone blisko niej Wyspy Trobrianda. Tam Malinowski zamierzał zrealizować projekt badawczy, w ramach którego Witkiewicz miał pełnić funkcję fotografa i rysownika. Niezwykle zawiły stan emocjonalny Witkiewicza po śmierci narzeczonej (w lutym tego samego roku), różnice poglądów między nim i Malinowskim, a przede wszystkim wybuch wojny w Europie skłaniają Witkiewicza, po blisko siedmiotygodniowym pobycie w Australii, do wyjazdu do Rosji. Tam pozostał do końca wojny; w Rosji ukształtował się jego dojrzały styl malarski, powstały zręby jego estetyki i ontologii. Malinowski kontynuował zaś podróż do Nowej Gwinei; w latach 1915-16 i 1917-18 prowadził na Wyspach Trobrianda badania, które dały początek nowej dyscyplinie naukowej – antropologii społecznej. 
Witkacy ma 29 lat i nikt nie uważa, że kiedyś zostanie kanoniczną postacią polskiej literatury i malarstwa XX wieku. Teraz jest przede wszystkim wstrząśnięty samobójstwem narzeczonej, do którego być może się przyczynił. By uciec od czarnych myśli, dołącza jako fotograf i rysownik do wyprawy, którą zaplanował jego przyjaciel z młodości. Do września razem odwiedzili Cejlon i zachodnią Australię. Intensywność kształtów i barw, żar lejący się z nieba i kontakt z odmienną kulturą odcisnęły piętno na wrażliwości młodopolskiego dandysa, co widać w dramatach, powieściach i obrazach tworzonych jeszcze wiele lat po powrocie z tropików.
Witkacy zakończył egzotyczną przygodę w australijskiej miejscowości Toowmba. Pokłócił się z przyjacielem, dla którego nauka była ważniejsza od rozpoczętej właśnie pierwszej wojny światowej. I tak Malinowski kontynuował badania, dzięki którym został twórcą antropologii, a Witkiewicz wrócił do Europy, by w carskim wojsku walczyć z Niemcami.
W 2009 roku Jeremy Millar zrealizował cykl prac dotyczących możliwych konsekwencji pozostania Witkiewicza w tropikach i kontynuacji jego współpracy z Malinowskim. Artysta dokonuje swego rodzaju projekcji postaci Witkiewicza na współczesne okoliczności zastane przez siebie w Papui-Nowej Gwinei. Poszukując śladów jego niezrealizowanej obecności, Millar sytuuje samego siebie w roli badacza dostarczającego materialnych dowodów na to, jakie prace tworzyłby Witkacy, gdyby nie przerwał podróży. W projekcie tym Millar proponuje fragmentaryczną narrację dotyczącą niezrealizowanych epizodów z biografii Witkiewicza i zachęca odbiorcę do jej uzupełnienia. Podobnie jak w innych projektach Millara, również i tu inscenizowane przez niego fikcyjne zdarzenia stymulują do rozważań o ich możliwych konsekwencjach estetycznych i filozoficznych.
Wystawa obejmuje trzy składniki. Pierwszy to cykl czarno-białych fotografii opatrzony tytułem Jak Witkiewicz [As Witkiewicz], ukazujący mieszkańców i fragmenty wyspy Kiriwina – miejsca, w którym Malinowski prowadził swoje badania. Fotografie wykonane są tak, jak mógłby wykonać je Witkiewicz, gdyby kontynuował wyprawę z Malinowskim. Sposób oświetlenia i kadrowania twarzy modeli wiąże je z portretami fotograficznymi wykonanymi przez Witkacego przed I Wojną Światową. Podobnie jak pierwowzory, wiążą one wymiar psychologiczny portretu z elementem maskarady. W cyklu tym Millar pyta o aspekt antropologiczny niezrealizowanych fotografii Witkiewicza; prowokuje do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób (fot: archiwum J. Millara)  
różniłyby się one od tych, które wykonał Malinowski, i czy zmieniłyby one sposób rozumienia kultury Melanezji.
Kolejnym składnikiem wystawy są dwa zapisy wideo inscenizacji „Metafizyki dwugłowego cielęcia” – jednej ze „sztuk tropikalnych” Witkiewicza, napisanej w 1921 roku. Jeremy Millar zaprosił do interpretacji dramatu reżyserów i aktorów z Australii i Papui-Nowej Gwinei; przedstawienia te zrealizowane zostały odpowiednio w Adelajdzie i w Goroka. „Metafizyka”, której akcja dzieje się na Nowej Gwinei i w Australii, jest rodzajem polemiki Witkiewicza z Malinowskim. Zawarta w niej narracja podaje w wątpliwość funkcjonalistyczne ujęcie problematyki totemizmu we wczesnej pracy Malinowskiego „Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego”, powstałej jeszcze przed wyjazdem na Nową Gwineę. Inscenizacja „Metafizyki” z udziałem lokalnych wykonawców jest próbą przekazania kulturze tamtego regionu skonstruowanej przez Witkiewicza, całkowicie fantastycznej wizji Nowej Gwinei.
Trzecim składnikiem wystawy jest zmodyfikowany przez Millara naszyjnik ceremonialny soulava z regionu Papui-Nowej Gwinei. Naszyjnik tego rodzaju jest przedmiotem wymiany w opisanym przez Malinowskiego rytuale Kula, charakterystycznym dla plemion zamieszkujących wyspy Zachodniego Pacyfiku. Krążąc w zamkniętym pierścieniu wysp zgodnie z ruchem wskazówek zegara, naszyjnik podawany jest zawsze Lewą ręką [With the Left Hand]. System wymiany określony zasadami rytuału Kula pełni funkcję integrowania życia społecznego, a wartość przekazywanych w jego ramach przedmiotów determinują walory estetyczne. Millar postanowił wpiąć w naszyjnik soulava wybite w Polsce monety z wizerunkiem Bronisława Malinowskiego – w ten sposób zarówno naszyjnik, jak i monety wyłączone zostają z dwóch przynależnych różnym tradycjom systemów wymiany ekonomicznej. Zintegrowane ze sobą, stają się za to częścią systemu wymiany artystycznej.

Jeremy Millar – artysta i kurator brytyjski, wykładowca krytyki sztuki w Royal College of Art  w Londynie. Wystawiał wielokrotnie w Wielkiej Brytanii i zagranicą, m. in. w: Tramway w Glasgow; CCA w Wilnie; Rooseum w Malmö; Vigeland Museum w Oslo; Tate Modern i National Maritime Museum w Londynie; Tate St Ives; Ikon Gallery w Birmingham; Plymouth Arts Centre. Zrealizował projekty poświęcone ważnym postaciom kultury dwudziestowiecznej, takim jak J.G. Ballard, Marcel Duchamp, Bronisław Malinowski, Chris Marker, W.G. Sebald, Robert Smithson, Andriej Tarkowski, Aby Warburg, S.I. Witkiewicz. Był kuratorem głośnych wystaw, m. in. Institute of Cultural Anxiety w ICA w Londynie (1994);Speed w Whitechapel Art Gallery (1998); Every Day is a Good Day – poświęcona Johnowi Cage'owi (2010, w ramach programu Hayward Touring). Opublikował kilka książek oraz wiele tekstów o sztuce współczesnej i nowoczesnej w periodykach i katalogach wystaw.

Kurator: Paweł Polit 
Koordynatorka wystawy: Martyna Gajda
Koordynatorka promocji: Dorota Sztyler
Patronat medialny:


WYDARZENIA TOWARZYSZĄCE:

ms1, ul. Więckowskiego 36
4 czerwca (środa), godz. 18.00
"Żal mi tropików" - wykład Wojciecha Sztaby

ms1, ul. Więckowskiego 36
11 czerwca (środa), godz. 18.00
Jakub i Anna Górniccy - prezentacja materiałów z podróży śladami Bronisława Malinowskiego i Witkacego do Cejlonu i Australii Zachodniej

czwartek, 29 maja 2014

WIELKI FILM O ŁODZI

- Nienawidzę Łodzi - niejednokrotnie podkreślał Andrzej Wajda od czasu ukończenia łódzkiej Szkoły Filmowej. Może dlatego zrobił później najbardziej kojarzący się z Łodzią film w kinematografii polskiej, dla wielu najlepszy w dorobku reżysera - "Ziemię obiecaną" na podstawie głośnej powieści Władysława Stanisława Reymonta.
Filmowa legenda głosi, że na pomysł adaptacji powieści Andrzej Wajda wpadł podczas... strzyżenia przydomowego trawnika. Była wiosna 1973 roku. - Zmęczony i niezadowolony zająłem się pracami domowymi. Krystyna posiała własnie trawnik i, jak nam doradzali znawcy, pierwszy raz należało go przystrzyc nożycami. Na kolanach pokonałem powierzchnię nieco większą od stołu i stwierdziłem, że wolę robić filmy. Natychmiast poczułem się lekki i rześki - wspomina reżyser. To jednak nie Andrzej Wajda miał ponoć pierwszy zainteresować się realizacją "Ziemi obiecanej". Z projektem takim nosił się Andrzej Żuławski, którego zainspirował dokument o doskonale zachowanych w Łodzi pałacach fabrykantów. Uderzyły go bogactwo wnętrz i fakt, że aby przystąpić do zdjęć, nie trzeba było budować dekoracji. - Wszystko jest do wzięcia - mówił podekscytowany.

Pałac Izraela Poznańskiego od strony ogrodów.

Ale Andrzej Wajda działał szybciej i był skuteczniejszy. Zgłosił gdzie trzeba "Ziemię obiecaną" i latem 1973 roku przystąpił do zdjęć. "Zaczęła się wspaniała przygoda z miastem, które każdego dnia odkrywało przed nami coraz to nowe fragmenty swojej niezwykłej przeszłości" - napisał Andrzej Wajda. Napisał tak o Łodzi!

Karol Borowiecki (Daniel Olbrychski), Maks Baum (Andrzej Seweryn) i Moryc Welt (Wojciech Pszoniak)

Pierwsza połowa lat 70. XX wieku była w Polsce dobrym czasem dla filmowych superprodukcji. Państwo wyłożyło pieniądze na "Potop", ale wtedy powstały też chociażby "Noce i dnie" Jerzego Antczaka. Pomysł przeniesienia na ekran "Ziemi obiecanej" wydał się socjalistycznym decydentom znakomity - była to okazja do pokazania bezwzględności krwawego kapitalizmu i uciemiężenia braci robotniczej. Z drugiej strony, ekipa Gierka łudziła społeczeństwo mirażami większej swobody gospodarczej. Wyszło, jak wyszło, inaczej.



- Ci trzej chłopcy nie oglądają się na innych, stawiają wszystko na jedną kartę, by zrealizować swoją ideę. I publiczność nie stanęła po stronie biednych tkaczek i robotników, tylko po stronie tych, którzy walczą o swoje, ryzykują. 

Moryc, Karol i Maks

"Ziemia obiecana" kosztowała ponad 30 ówczesnych milionów złotych, ale w Łodzi sytuacja była szczególna. Tu wszystko, co było potrzebne filmowcom, znajdowało się w zasięgu ręki. Witold Sobociński, główny autor zdjęć do filmu (zdjęcia kręciły jednocześnie dwie ekipy i trzech operatorów, by nadać akcji nerwowego rytmu przemysłowej Łodzi), wspominał, że gdy rozpoczynał pracę, uświadomił sobie, że sceneria Łodzi lat 70. niewiele różniła się od tej z czasów Reymonta.
- Wystarczyły kosmetyczne zabiegi, aby kamera mogła, zgodnie z naszą koncepcją, wykonywać obroty 360 stopni i nie chwytać w obiektyw niepożądanych kadrów. Ulica Moniuszki, na której kręciliśmy scenę pogrzebu niemieckiego fabrykanta Bucholca, wymagała jedynie wyłożenia jej kostką brukową:

W tej scenie bohaterowie idą ulicą Moniuszki, dawnym pasażem Meyera

W jednej z fabryk stały wówczas, wciąż używane, maszyny tkackie z końca XIX wieku! "Zdałem sobie sprawę, że zakonserwowana i zmumifikowana Łódź czeka po prostu na mój film" - podsumował Andrzej Wajda. "Mieliśmy szczęście, bo przecież już w latach 80. te fabryki zaczęły umierać. A wtedy zamykaliśmy ruch na ulicach przyległych do Piotrkowskiej, z nawet na samej Piotrkowskiej, przebieraliśmy się w te piękne stylowe kostiumy z końca XIX wieku i Łódź fantastycznie się adaptowała na potrzeby filmu" - dodawał Daniel Olbrychski.


"Ziemię obiecaną" kręcono szybko - wszystkie zdjęcia powstały w niespełna 90 dni. Na planie nie było więc czasu na wątpliwości i konflikty. One pojawiały się przed rozpoczęciem pracy, podczas dobierania obsady. Rolę Lucy Zuker reżyser zaproponował początkowo Violetcie Villas. Diwa jednak zrezygnowała w swoim stylu - miała nie przybyć na ostatnią przymiarkę kostiumów, informując Wajdę w nagłym telegramie, że wszystkiemu winien jest... czarny kot, który przebiegł jej drogę. Ostatecznie, lubieżną Lucy wyśmienicie zagrała Kalina Jędrusik.

Seksowna Lucy Zuker, czyli Kalina Jędrusik

Aktorka tak mocno wypełniła swoją postać seksem, że Andrzej Wajda zaproponował jej, by wystąpiła przed kamerą całkiem nago. Jędrusik uznała jednak, że to już będzie przesada. Pewnie miała rację.Wystarczyły dwie sceny erotyczne z grającym Karola Borowieckiego Danielem Olbrychskim, by zapadła widzom w pamięć. A domagający się golizny Wajda i tak przygotowując w 2000 roku odnowioną, krótszą, przemontowaną wersję swojego filmu (uzupełnioną o ujęcia z wersji serialowej) usunął smakowitą sekwencję rozgrywającą się w pociągu...
Gdy w 2008 roku miesięcznik "Film" okrzyknął "Ziemię obiecaną" polskim filmem wszech czasów, a kolejowy seks duetu Jędrusik - Olbrychski otrzymał nominację w kategorii "najlepsza scena erotyczna", Wajdę zapytano, dlaczego scenę tę nakręcił.
- Byliśmy młodzi - powiedział.


O sukcesie filmu zadecydowała w dużej mierze trafna obsada trzech głównych bohaterów. Najpóźniej do tego grona dołączył Wojciech Pszoniak, który początkowo miał grać męża Lucy Zuker.
- Przeczytałem scenariusz i przyszedłem zachwycony do Andrzeja - opowiadał aktor. - Mówię mu: świetnie, biorę tę rolę. Tylko trzeba dopisać dużo scen. Widzisz, jak wyglądam, jestem ładnym chłopcem, musisz wytłumaczyć widzom, dlaczego żona zdradza mnie z Olbrychskim...

"Ładny chłopiec" Moryc Welt, czyli Wojciech Pszoniak

Dla Andrzeja Seweryna "Ziemia obiecana" była przełomem w aktorskiej karierze, filmem, który pozwolił mu dołączyć do polskiej czołówki.

"Sentymentalny Niemiec" Maks Baum, czyli Andrzej Seweryn

Daniel Olbrychski zaś był już wtedy gwiazdą, szczególnie po dwóch "sienkiewiczowskich" filmach - "Panu Wołodyjowskim" i świeżo wówczas święcącym triumfy na ekranach "Potopie". To on też miał być najbardziej aktywnym pomysłodawcą pozaplanowych spotkań aktorów... Wie o tym wiele Hotel Grand, gdzie artyści mieszkali. No i Piotrkowska, którą przemierzyli wzdłuż i wszerz. 

Przedsiębiorczy Karol Borowiecki, czyli Daniel Olbrychski


Sam Olbrychski uwielbiał samotne spacery Piotrkowską o poranku, przed śniadaniem, by obserwować, jak ulica budzi się ze snu...
Jeden ze spacerów Daniela Olbrychskiego, Wojciecha Pszoniaka i Andrzeja Seweryna ulicą Piotrkowską został uwieczniony na filmie, który wykorzystano jako materiał promujący produkcję Wajdy. Aktorzy przemierzają Piotrkowską śpiewając piosenkę ze słowami Jonasza Kofty i muzyką Zygmunta Koniecznego. Ładną i łódzką:



Niezwykłemu rytmowi Łodzi poddał się też autor wyśmienitej muzyki do "Ziemi obiecanej", Wojciech Kilar. Jego kompozycje docenił Andrzej Wajda.
- Kiedy kręciliśmy "Ziemię obiecaną" - wspominał reżyser - Wojciech Kilar przyjechał ze swoją orkiestrą z Katowic, ci muzycy byli mu niezwykle oddani. Rozkładali się ze sprzętem, na ekranie fragmenty naszego filmu. Nagle on uruchomił tą orkiestrę. Gdy zagrali, zbiegła się cała ekipa. "Andrzej - mówią - nareszcie wiemy jaki film zrobiliśmy". Taki to był udział Kilara w naszej pracy...


"Ziemia obiecana" to jeden z największych przebojów polskiego kina, znany również na świecie. Sensację wywołał w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie oglądając film Wajdy, który nominowano do Oscara, nie mogli wyjść ze zdumienia: Jak to możliwe, że w tej biednej, komunistycznej Polsce zbudowano tak wspaniałe scenografie?



"Ziemia obiecana" przegrała rywalizację o Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny z głośnym "Dersu Uzała" w reżyserii Akiry Kurosawy. Wstydu nie było. I nie ma wstydu do dziś. Siła tego obrazu podtrzymuje mit i tęsknotę za Łodzią obiecaną...

"Sen o wielkiej Łodzi", fragment filmu Andrzeja Wajdy "Ziemia obiecana"

źródła:
Dziennik Łódzki. Dariusz Pawłowski
Youtube.pl