poniedziałek, 7 września 2015

LITZMANNSTADT GETTO – wrzesień 1942

1 września
Zaczęły się wywózki ze szpitali do Chełmna nad Nerem.


We wrześniu 1942 roku służba zdrowia w getcie funkcjonowała w miarę normalnie. Było siedem szpitali i siedem aptek, cztery przychodnie, dwie stacje pogotowia, w sumie ponad 2600 łóżek dla chorych. Przeprowadzano badania, nawet prześwietlenia płuc, wypisywano recepty, choć niestety częściej karty zgonu. 


Przy ulicy Łagiewnickiej mieścił się szpital nr 1 (Łagiewnicka 36) i szpital dla dzieci (Łagiewnicka 37).

Szpital przy Łagiewnickiej 36

We wrześniu 1942 roku, podczas tzw. Wielkiej Szpery, wszystkie szpitale zostały zlikwidowane. Odbyło się to w sposób bardzo brutalny. Niemcy wywieźli wszystkich chorych do Chełmna nad Nerem.


Wrzesień 1942 roku, ucieczka ze szpitala podczas tzw. wielkiej szpery.


Na terenie szpitala odbywały się dramatyczne sceny. Próby ucieczki likwidowane były krwawo: kto próbował ratować się ucieczką, a został przez władze spostrzeżony, musiał opłacić to życiem.

Ponieważ akcja odbywała się w tempie niezmiernie szybkim i wozy stale odchodziły i przybywały do szpitala, wydelegowani do punktów zbornych celem spisywania deportantów urzędnicy nie mogli nadążyć spisać przywiezionych i tylko część ujęta została spisem, inni zaś wywiezieni zostali z getta autami, a personalia ich nie zostały i może nigdy nie zostaną już ustalone.
Kronika getta łódzkiego, 1942.




Potem w dawnych budynkach szpitalnych - przy ulicy Łagiewnickiej 36 i 37 - mieściły się zakłady krawieckie, szyto w nich ubrania wojskowe i cywilne.
Poza chorymi mieszkańcami, zdecydowano również o usunięciu z getta wszystkich osób starych, powyżej 65 lat i dzieci do lat 10. 
Zdaniem nazistów był to element zbędny, bo niepracujący, którego należy się pozbyć. 


Sceny pożegnania przy płocie okalającym Centralne Więzienie w getcie, przed deportacją do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem.

3 września
W getcie zmarł na zawał serca prof. Hugo Ditz, deportowany jesienią 1941 roku z Pragi. Przed wojną był wykładowcą w Niemieckiej Wyższej Szkole Technicznej w Pradze, wybitnym chemikiem, autorem podstawowego dzieła encyklopedycznego z dziedziny chemii nieorganicznej, kandydatem do nagrody Nobla. W getcie pracował w labolatorium chemiczno-farmaceutycznym i napisał nowy podręcznik chemii nieorganicznej.


4 września
Na placu strażackim (siedziba Oddziału Strażacko-Kominiarskiego w getcie) przy ulicy Lutomierskiej 13 (Telegrafenstrasse) Przełożony Starszeństwa Żydów, Chaim Mordechaj Rumkowski, wygłosił przemówienie, w którym wezwał mieszkańców getta, aby na żądanie Niemców oddali swoich najbliższych - dzieci i starszych ludzi.


Przemówienie Chaima Rumkowskiego na placu strażackim wzywające mieszkańców getta do oddania dzieci.

 „Na widok starego tłum rozstępuje się jak woda. Prezes (Rumkowski) nie kroczy, jak to ma w zwyczaju, z głową i laską hardo podniesioną, tylko ze skulonymi ramionami, wzrokiem wbitym w ziemię. W mgnieniu oka zapada na dziedzińcu głucha cisza. Jest tak cicho, że można nawet słyszeć świergot ptaków po drugiej stronie muru.
Za podium służy tym razem chwiejny stolik. Na tym stoliku ktoś postawił krzesło, tak aby mówca choć o głowę przewyższał resztę tłumu. Dawid Warszawski wchodzi pierwszy na tę prowizoryczną trybunę. Ponieważ mikrofony zamontowano nieco dalej, musi wychylać się, by ich dosięgnąć, przez co wygląda cały czas, jakby miał zaraz upaść. Jednak za bardzo zbliża się do mikrofonów i z każdym słowem, jakie wypowiada, echo przetacza między głośnikami, tak jakby ciągle próbowało wpaść mu w słowo.
Warszawski mówi o ironii losu, która sprawia, że to właśnie Prezes musi podjąć tę ciężką decyzję. Wszak tyle lat przewodniczący getta poświęcił wychowaniu żydowskich dzieci. (DZIECI! – odbija się echo od ścian). W końcu próbuje apelować do zebranych o zrozumienie:
-Trwa wojna. Nad głowami codziennie wyje nam alarm lotniczy. Wszyscy musimy biec, szukać schronienia. W tej sytuacji dzieci i starcy są tylko zawadą. Dlatego lepiej będzie ich stąd zabrać.

Po tych słowach, które wśród zgromadzonych wywołują tylko niepokój i zdenerwowanie, na stół wchodzi Prezes i nachyla się do mikrofonu. Także po głosie ludzie teraz słyszą, że się zmienił. To już nie ten krzykliwy, lekko histeryczny ton komendy. Zdanie pada po zdaniu powoli, z upartą, głuchą, metaliczną nutą; tak jakby każde słowo sprawiało mu mękę:
-  Na getto spadł ogromny smutek. Żądają od nas, byśmy oddali, co mamy najdroższego – dzieci i ludzi starych. Ja nie miałem tego szczęścia, aby mieć własne dzieci, dlatego poświęciłem najlepsze lata mego życia dzieciom cudzym. Nigdy nie przypuszczałem, że to moje ręce będą składały taką ofiarę na ołtarzu. Przypadło mi w losie, że muszę dziś wyciągnąć do was ramiona i błagać: bracia i siostry, ojcowie i matki – wydajcie mi swoje dzieci…!
(…)
Miałem przeczucie, że nam coś zagraża, oczekiwałem jakiegoś ciosu i stałem dzień i noc na straży, by mu zapobiec. Nie udało mi się to, nie wiedziałem, z której strony on padnie, nie wiedziałem, co nas czeka. Nie przewidywałem, że wyniosą naszych chorych ze szpitali, macie najlepszy dowód, że moi najbliżsi i najdrożsi byli pośród nich i nic dla nich zrobić nie mogłem. Myślałem, że na tym będzie koniec, ze nas potem zostawią w spokoju. Okazuje się, że wyłoniła się nowa groźba. Taki jest żydowski los – coraz to nowe i sroższe cierpienia.
Wczoraj po południu dostaliśmy rozkaz, aby deportować 20 tysięcy ludzi z getta. Jeśli nie – powiedziano nam – „zrobimy to sami”. Stanęliśmy przed dylematem: czy zrobimy to my, czy zostawimy to im. Z myślą o tym – nie ilu zginie, ale ilu potrafimy uratować, ja i moi najbliżsi współpracownicy doszliśmy do wniosku, że jakkolwiek jest to dla nas straszne, musimy wziąć na siebie odpowiedzialność za wypełnienie tego dekretu. Ja muszę przeprowadzać tę krwawą operację. Ja muszę amputować członki, aby ratować ciało. Ja muszę odebrać wam dzieci, bo inaczej inni zgina wraz z nimi.
Nie przyszedłem, by was pocieszać, nie przyszedłem, by wam ulżyć na sercu – jestem tu, by dzielić ogrom wasze żałoby. Przyszedłem jak złodziej, by ukraść, co macie najdroższego. Nie szczędziłem sił, by ten dekret unieważnić. Gdy to okazało się niemożliwe, starałem się go złagodzić. Kazałem zrobić rejestr dzieci dziewięcioletnich i starszych, który je wyjmie spod dekretu.
Nie chcieli na to przystać. Jedyna rzecz tylko mi się udała – dzieci od lat dziesięciu wzwyż nie podlegają dekretowi. Niech to nam będzie jakąś pociechą.
Mamy w getcie wielka ilość chorych na gruźlicę, którym pozostaje tylko parę dni, może tygodni życia. Nie wiem, może ten plan jest diabelski, muszę zwrócić się do was z zawołaniem: wydajcie tych chorych, aby na ich miejsce ratować zdrowych. Ja wiem, jak każda rodzina troszczy się o swych chorych. Ale w obliczu takiej groźby musimy rozważyć i zadecydować: kto może, kto winien być uratowany? Zdrowy rozsądek dyktuje, aby ratować tych, których się da, którzy mają szansę przeżycia, a nie tych, którzy umrą tak czy owak…
Żyjemy w warunkach, gdzie nie ma dosyć środków żywności dla zdrowych, nie mówiąc już o chorych. Każdy z nas utrzymuje chorego przy życiu kosztem własnego zdrowia. Dajemy choremu naszą rację chleba, naszą kostkę cukru, nasz kęs mięsa – w rezultacie jego to nie ratuje, a my sami zapadamy na zdrowiu. Rozumiem, takie ofiary są szlachetne. Ale gdy stoi przede mną wybór, czy ratować chorych, czy zdrowych, nie mogę się długo wahać. Nakazałem lekarzom, aby wydali wszystkich nieuleczalnie chorych, aby w ich miejsce uratować tych, którzy chcą i mogą żyć…
Ja was rozumiem, matki. Widzę wasze łzy. Czuję smutek waszego serca, ojcowie, którzy jutro, gdy wam wasze dzieci zabiorą, pójdziecie jak codziennie do pracy. Wiem to wszystko i serce mi pęka. Od godziny czwartej wczoraj po południu, gdy mi obwieszczono ten dekret, jestem załamany, dzielę wasz ból, nie wiem, skąd wziąć resztki sił, by to przeżyć. Jedną rzecz wam powiem – żądanie było na 24 tysiące ofiar, 3 tysiące dziennie przez osiem dni, ale udało mi się wytargować tę cyfrę do 20 tysięcy, a może i nieco mniej, ale tylko pod warunkiem, że pójdą wszystkie dzieci do dziesiątego roku życia. Dzieci powyżej lat dziesięciu pozostają. Ponieważ dzieci i starców jest tylko 13 tysięcy, musimy dopełnić kwoty, wydając ludzi chorych.
Trudno mi mówić, siły mnie opuszczają. Zwracam się do was z apelem: pomóżcie mi wykonać tę akcję. Drżę na myśl, że broń Boże, inne ręce tę akcję przeprowadzą…
Widzicie przed sobą ruinę człowieka. To jest najtrudniejszy moment mojego życia. Wyciągam do was ramiona i błagam was: oddajcie w me ręce te ofiary, chroniąc nas od większych ofiar, chroniąc społeczność stu tysięcy Żydów… Mam obiecane, że jeśli sami dostarczymy nasze ofiary, będzie spokój. (Okrzyki z tłumu:
„Lepiej idźmy wszyscy” i:
Panie Prezesie, nie bierzcie wszystkich dzieci; weźcie po jednym z tych rodzin, co mają więcej!”)

To puste słowa. Nie mam siły z wami dyskutować. Jak przyjdzie tu ktoś z władz, to nikt z was nawet nie piśnie. Wiem, jak to jest, kiedy się żywcem wyrywa członki z ciała. Wczoraj błagałem na kolanach, ale to się na nic nie zdało. Z miasteczek, gdzie mieszkało siedem, osiem tysięcy Żydów, tutaj przybyło żywych ledwie tysiąc. To co jest lepsze? Co wolicie, żeby przeżyło 80-90 tysięcy Żydów czy żeby wszyscy, nie daj Boże, zostali unicestwieni?... Myślcie, co chcecie. Moim obowiązkiem jest uratować tylu, ilu się da.
Nie mówię teraz do zapalczywych głów – przemawiam do waszego rozsądku i sumienia. Zrobiłem wszystko i nadal będę robić wszystko, żeby nie dopuścić do wyprowadzenia na ulicę i rozlewu krwi… Nie byłem w stanie zapobiec temu nieszczęściu, mogłem je tylko złagodzić.
Trzeba mieć serce złodzieja, żeby żądać tego, czego od was chcę. Ale postawcie się na moim miejscu i myślcie logicznie, a zrozumiecie, że nie mogę postąpić inaczej, bo liczba tych, którzy zostaną ocaleni, jest dużo większa od liczby tych, których trzeba poświęcić…”

(Pełen tekst przemówienia Rumkowskiego przeczytasz  tutaj:

Transport dzieci z łódzkiego getta do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, wrzesień 1942 rok.

Rozpoczął się jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów historii łódzkiego getta, który przeszedł do historii pod nazwą „wielka szpera”. Nazwa szpera pochodzi od niemieckiego określenia Allgemeine Gehsperre, które oznaczało wprowadzony wówczas zakaz opuszczania domów. Mieszkańcy getta nie mogli wychodzić z mieszkań, a żydowscy policjanci pod nadzorem niemieckich żandarmów przeszukiwali dom po domu. Zabierali ludzi starych, chorych, zniedołężniałych, a także dzieci poniżej 10 lat. Niemcy uważali, że są oni w getcie niepotrzebni, bo nie mogą pracować.



W wyniku Wielkiej Szpery do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem (Kulmhof) wywieziono z Litzmannstadt Getto 15.681 osób, w tym 5862 dzieci.


Dzieci z żydowskiego sierocińca na Marysinie udają się w swą ostatnią podróż do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem.

Z pamiętnika Estery Daum, sekretarki Chaima Mordechaja Rumkowskiego:
Wszyscy czuliśmy, że jadą na śmierć. Każda akcja zaczynała się tak samo: policjanci ze Służby porządkowej okrążali kilka ulic, tworząć tzw. blok, żeby nikt się nie wydostał. Gestapowcy chodzili od domu do domu, każąc wszystkim mieszkańcom stawić się na podwórku albo na ulicy. Towarzyszyli im żydowscy policjanci. Następnie segregowali ludzi według ich zewnętrznego wyglądu, z tym, że dzieci kierowano od razu na ciężarówkę. (...) Kobiety rzucały się z pięściami na policjantów, krzycząc, żeby oddali swoje dzieci, a ich zostawili w spokoju. Czasami płakali i policjanci".

Ze wspomnień Inki Milichtajch:
Na ulicy ukazał się młody mężczyzna z dzieckiem na ręku. Był to kilkumiesięczny chłopczyk, czyściutko ubrany. Na śliniaczku widoczne imię i nazwisko dziecka. Ojciec szedł wolno jak ogłuszony i podał je Niemcowi. Tenże chwycił je i z rozmachem wrzucił pod górę do wnętrza ciężarówki. Z samochodu nie doszedł mnie żaden dźwięk. Stałam wstrząśnięta (...)".


Wielka Szpera trwała do 12 września 1942 roku.

7 września
Na placu Bazarowym (obecnie plac Piastowski, w okresie okupacji Basarplatz) za niepodporządkowanie się zarządzeniom władz niemieckich powieszono osiemnastu Żydów z Pabianic. 

Plac Bazarowy (Basarplatz)

15 września
Na Bałucckim Rynku (Baluter Ring) została ostrzelana ludność żydowska. Do setek ludzi stojących w kolejkach po kartofle, przejeżdżający samochodem Niemcy otworzyli ogień z pistoletów maszynowych. Zostało zastrzelonych kilka osób. 


Bałucki Rynek dzisiaj.

źródła:
Joanna Podolska. Litzmannstadt getto. Ślady. Przewodnik po przeszłości.
Andrzej Rukowiecki. Łódź 1939-1945. Kronika okupacji.
Steve Sem-Sandberg. Biedni ludzie z miasta Łodzi.

Fot. współczesne Monika Czechowicz

Fot. archiwalne ze stron:
Yad Vashem
Bundesarchiv
Inne oblicza historii
Wikimedia Commons