czwartek, 6 listopada 2014

Ślepy Maks i... gojka z Chojen




„…Dawno już nie był Maks Borensztajn w tak dobrym nastroju. Czuł, jakby mu skrzydła urosły. Po kolacji, gdzieś o dwunastej, wyszli przed „Grand Hotel” od strony Traugutta, gdzie stały, czekające na gości „Malinowej”, dorożki. Znalazła się wśród nich jedna, dwukonna. Maks dał dorożkarzowi srebrną dziesięciozłotówkę, a ten pognał konie przez Piotrkowską jak przez polną drogę. Było ciepło. Pełnia księżyca ozdabiała domy Piotrkowskiej srebrzystą koronką. Maks objął Tatianę i nie całując jej nawet odczuł coś w rodzaju rozrzewnienia czy tkliwości…



Dorożka zakręciła w Zawadzką. Tuż przed „Casanovą” ruch był większy. Goście opuszczali lokal Szmula i zatrzymywali się na progu urzeczeni nocą, która nawet i tutaj, wśród tych obrzydliwych kamienic, była piękna. Dorożka stanęła. Nagle podbiegła do niej dziewczynka może dziesięcioletnia, o wyraźnie semickiej aparycji, i zaproponowała, kalecząc straszliwie polski język, że zaśpiewa piosenkę. Może być po żydowsku, może być po polsku. Tatiana zażyczyła sobie piosenki polskiej. Dziewczynka  stanęła na stopniach dorożki i na melodię dziadowską zaśpiewała:

Słuchajcie,  Żydzi
Co wam bajka opowie:
Kamienicznik Lewkowicz
Dostał dobrze po głowie.

Zylberową chciał skrzywdzić,
Niech go ziemia pochłonie,
Ślepy Maks jej pomógł
I stanął w jej obronie.

Maks dał dziewczynce dwuzłotówkę i powiedział kilka słów w jidysz. Zachwycona szerokim gestem pana, coś tam bąknęła i zeskoczyła z dorożki.
- Pięknie potrafią śpiewać te nasze żydowskie dzieci – powiedział.
- Żydowskie? Ta mała nie jest Żydówką. To gojka z Chojen. Znają ją wszyscy. Kiedy ma śpiewać w dzielnicy żydowskiej, matka farbuje jej włosy na ciemno. A śpiewać po żydowsku nauczyła ją dawno. Może niesłusznie dałeś jej te dwa złote.
Naburmuszył się i chciał coś odpowiedzieć, ale zamiast tego kazał dorożkarzowi podjechać pod „Scalę”…”


Arnold Mostowicz. Bllada o Ślepym Maksie (fragment).

fot. Monika Czechowicz