poniedziałek, 4 maja 2020

Brylantowa afera w Łodzi


"Ilustrowana Republika", rok 1937.


Niespełna pięć minut wystarczyło, by złodziej o nienagannych manierach wzbogacił się o ponad 70 tysięcy złotych. Szczęście uśmiechnęło się do niego w wynajmowanym pokoju przy ulicy Sienkiewicza w Łodzi. W jego ręce trafiło kilkanaście wyjątkowej urody i wielkości diamentów. Choć na nogi postawiono całą policję, ślad po rabusiu i klejnotach zaginął. Kupiec, który stracił dorobek swojego życia, przypłacił to ciężkim rozstrojem nerwowym. 
Nie była to zresztą jedyna afera brylantowa w Łodzi. Nie dalej jak rok wcześniej, w 1936 roku prasa pisała:


"Głos Poranny", rok 1936.


Jednak historia łódzkiego kupca była jeszcze bardziej sensacyjna.
"Ilustrowana Republika", rok 1937.


20 października 1937 roku do Nikodema Ugera, właściciela domu przy ulicy Sienkiewicza 13, przybył młody, elegancki mężczyzna. Miał ze sobą dwie potężne walizki. Powiedział, że jest kupcem i zapytał gospodarza o możliwość wynajęcia pokoju. Zależało mu, by lokal miał własne wejście i aparat telefoniczny. Kiedy Uger zorientował się, że mężczyzna jest zamożny, podał wyższą niż zwykle cenę. Młody człowiek od razu się zgodził i nawet nie próbował się targować. Gość wyznał gospodarzowi, że ma szansę na sfinalizowanie intratnego interesu i dał do zrozumienia, że dysponuje znaczną sumą pieniędzy. 

Kamienica przy ulicy Sienkiewicza 13.

Na pytanie właściciela mieszkania, dlaczego nie brał hotelu z bezpiecznym sejfem, wytworny lokator uśmiechnął się tajemniczo i rzekł: W hotelu człowiek nigdy nie jest tak pewien , jak w uczciwym i spokojnym domu.

Takie stwierdzenie połechtało próżność właściciela budynku. Zostawił więc gościa w wynajętym pokoju, żeby mógł odpocząć i odświeżyć się po podróży.


"Rozwój", rok 1920.

Następnego dnia Nikodem Uger zapukał do pokoju lokatora i poprosił go o dowód tożsamości. Jako uczciwy obywatel postanowił zameldować przybysza w swoim domu na czas pobytu w Łodzi. Mężczyzna, ubrany w elegancką bonżurkę, uchylił drzwi, elegancko ukłonił się gospodarzowi i oświadczył, że jego paszport jest w konsulacie. Właściciel domu, zaskoczony faktem, że dokument gościa trafił aż do konsulatu, wycofał się bez słowa. 
Nieznajomy wydał mu się - jak opisywała "Ilustrowana Republika" z 1937 roku - wytworny i o manierach skończonego światowca, przemawiający z dystynkcją, gentelman w każdym calu. Był wręcz dumny, gdy po mieście lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że przybył kupiec diamentów, który jest gotowy zostawić w Łodzi nawet 100 tysięcy złotych. Kwota, o której mowa, była bajońska, ale czasem do miasta przyjeżdżali kupcy kamieni szlachetnych gotowi wydać fortunę na zakup precjozów. Ledwie rok wcześniej, latem 1936 roku, w Łodzi gościł Amerykanin, który w zamian za brylanty, szmaragdy i szafiry zostawił u łódzkich jubilerów 20 tysięcy dolarów. Nic dziwnego, że kupcy handlujący kamieniami szlachetnymi starali się umówić na spotkanie z tajemniczym gościem Ugera. Mężczyzna jednak nikogo nie przyjmował. Poprosił jedynie gospodarza, by brał bilety wizytowe od potencjalnych kontrahentów.
"Głos Polski", rok 1920.
"Republika", rok 1923.
"Republika", rok 1923.
"Ilustrowana Republika", rok 1926.
Nieoczekiwanie sam się odezwał do Natana Buchbindera, mieszkającego w kamienicy przy placu Wolności. Handlarze złotem i kamieniami szlachetnymi, od dawna wiedzieli, że to właśnie Buchbinder, pod wpływem nacisków żony Ester, wszystkie oszczędności lokował w brylantach. Nie trzymał ich jednak w domu, chętnie oddawał je do komisu. Wówczas był pewny, że nawet w razie rabunku, otrzyma ich równowartość.
 Szczegóły negocjacji tajemniczego przybysza i Natana rozpalały wyobraźnię łódzkich jubilerów. W kantorkach spekulowano, ile wyciągnie z tego stary Buchbinder i czy nadal będzie inwestować w kamienie szlachetne.

"Republika", rok 1923.
"Ilustrowana Republika", rok 1926.
Tymczasem mężczyźni dogadywali szczegóły transakcji. Kupiec wyznał, że znużony polską deszczową pogodą i polityką sprzedał rodzinne włości. Jako człowiek bez zobowiązań postanowił wyjechać z kraju. Miał już wszystkie niezbędne zezwolenia. Kilka dni później było już wiadomo, że Buchbinder finalizuje interes życia i wyprzedaje część drogocennych kamieni. Od kilku jubilerów odebrał oddane im w komis brylanty, wybrał te najokazalsze i najlepiej oszlifowane. Długo oglądał je w domu i układał na aksamitach, których kolory podkreślały urodę cennych kamieni.
"Rozwój", rok 1920.
"Ilustrowana Republika", rok 1923.
Wreszcie nadszedł wielki dzień. Późnym popołudniem 26 października Natan Buchbinder, w eleganckiej pelisie z krytymi kieszeniami, w których ostrożnie umieścił kasetki i puzderka z brylantami, w towarzystwie małżonki przybył do tajemniczego kupca dobić targu. Dystyngowany nabywca zaprosił gości do pokoju. Poprosił, by wygodnie usiedli i zaprezentowali kamienie na blacie. Wszystkie zostały wyłożone na biurko, za którym zasiadł wytworny "właściciel ziemski". Zapalił lampę. Włożył okular. Następnie, z wielką gracją i delikatnością, rozpoczął oglądanie każdego klejnotu. Brylanty, szafiry i rubiny skrzyły się w ostrym świetle lampy. Buchbinderowie patrzyli na nie jak zaczarowani, bo rzadko przyglądali się swemu bogactwu w takim blasku światła. Ich myśli krążyły wokół tysięcy złotych, które zarobią na sprzedaży kamieni...
Kupiec i sprzedawca zaczęli wycenę klejnotów. Szczegółowo omawiali najdrobniejsze skazy i unikatowe cechy każdej sztuki. Buchbinder zorientował się, że ma do czynienia ze znawcą. Postanowił uzyskać jak najlepszą cenę. Jego żona patrzyła jak urzeczona na piękne minerały.
Nagle rozległ się przenikliwy dźwięk telefonu. Przerwał ciszę tak gwałtownie, że wszyscy aż podskoczyli na krzesłach. Jeszcze nie ochłonęli, gdy wściekle zadźwięczał dzwonek u drzwi. Gospodarz wstał z fotela, ale wyraźnie się wahał - biec do drzwi czy podnieś słuchawkę telefonu. Wreszcie zdecydował. Zlekceważył terkot telefonu, nałożył marynarkę i ruszył do drzwi. Zawrócił jednak i szybko uchylił szufladę. Nie chciałbym, żeby ktoś wiedział o tym - wyjaśnił Buchbinderom. Małżeństwo z aprobatą pokiwało głowami. Kupiec ponownie usiadł za biurkiem, jedną ręką zaczął zgarniać kamień po kamieniu do szuflady, którą trzymał drugą ręką, aby - w razie potrzeby - zasunąć ją w każdej chwili. Poprosił Buchbinderów, by zechcieli chwilę zaczekać, aż odprawi tego, kto dzwonił. Wygładził marynarkę i zniknął za drzwiami. Para szeptem naradzała się, ile pieniędzy mogą zyskać. Czas mijał. Kiedy po kwadransie niedoszły kupiec diamentów nie wracał, Natan wstał i przystawił ucho do drzwi pokoju. Panowała głucha cisza. Podszedł więc do biurka i uchylił szufladę, by jeszcze raz nacieszyć się widokiem kamieni. W tym samym momencie stanął jak skamieniały. Kosztowności zniknęły... Z brzegu szuflada była pozbawiona dna. Dokładnie w miejscu, w którym oszust trzymał dłoń. Złodziej, gdy zgarniał brylanty do szuflady, w rzeczywistości chwytał je w drugą rękę i chował do kieszeni.
Buchbinderowie wszczęli alarm. Ester dostała ataku nerwowego i krzyczała w niebogłosy. Do pokoju przybiegł właściciel domu. Bezskutecznie próbował uspokoić jubilera i jego żonę. Przekonywał, że to nieporozumienie. Uradzili, że zajrzą do walizek lokatora. W środku znaleźli jedynie stare zwinięte papiery. Wtedy wezwali policję.
"Głos Poranny", rok 1937.
Nie było wątpliwości, że złodziej miał wspólnika lub wspólników. Straty Buchbinderów oszacowano na ponad 60 tysięcy złotych. Skradziono: 14-karatowy, idealnie przezroczysty brylant o wartości około 20 tysięcy złotych, dwa brylanty 5 i 6-karatowe oraz kilkanaście drobnych - 2, 3 i 4-karatowych. Oszusta nigdy nie odnaleziono. Według policji złodziej lub zleceniodawca kradzieży musiał pochodzić z Łodzi lub dobrze znać małżeństwo. Był doskonale zaznajomiony ze stanem jego majątku i wiedział, że pazerność jubilera osłabi jego czujność. Kto wie, może kosztowności nadal są w Łodzi?

Historia zaczerpnięta z:
Anna Kulig, Jacek Perzyński. Sekrety Łodzi. Część 3.

Kamienica przy ulicy Sienkiewicza 13. To tutaj dokonano brawurowej kradzieży brylantów.
Fot. współczesne Monika Czechowicz
"Republika", rok 1923.
Fot. archiwalne pochodzą ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi.
"Republika", rok 1923.
"Republika", rok 1923.
"Republika", rok 1923.
BAEDEKER POLECA:
Anna Kulig, Jacek Perzyński. Sekrety Łodzi. Część 3.
Przenieść się w czasie trzeci raz… Trzeci raz spojrzeć na Łódź z ciekawością godną detektywistycznego oka. Ponownie na chwilę zamienić się w kronikarza, szukającego sensacji dziennikarza lub poszukiwacza tajemniczych miejsc, niezwykłych ludzi i zapomnianych zdarzeń. Czy to możliwe? Wcześniej już dwukrotnie udowodniliśmy, że w Łodzi wszystko może się zdarzyć! W trzeciej części bestsellerowych Sekretów Łodzi miasto zamieni się w stolicę mody i hazardu, w której samoloty lądują na trzech lotniskach. „Fala” będzie znana jako mekka naturystów, a z ulic zaczną znikać przechodnie. Nawiedzony sierociniec wystraszy nawet najodważniejszego wielbiciela horrorów. Po tylu wrażeniach pewnie już nikogo nie zdziwi spotkanie, na kartach tej książki, Artura Rubinsteina ze „Steviem Wonderem w spódnicy” oraz historia o niesfornych baranach „spiskujących” przeciwko Janowi Pawłowi II. Nie możesz tego przegapić!