wtorek, 13 sierpnia 2013

RYNEK STAROMIEJSKI (STARY RYNEK) W ŁODZI




Urokliwy plac, z trzech stron obudowany piętrowymi domami o arkadowych podcieniach, (...) z gruchającymi gołębiami i kojącą ciszą zaułka, w niczym już nie przypomina dawnego pełnego gwaru i ruchliwości rynku Starego Miasta. Zniszczenia ostatniej wojny zatarły całkowicie pierwotny wygląd tego placu, a jedyny ślad dawności zachował się w jego czworobocznym ukształtowaniu z wylotami ulic w narożnikach.



Rynek ten jest stary jak Łódź. W akcie erekcyjnym sporządzonym w Przedborzu w 1423 roku, w którym król Władysław Jagiełło nadawał Łodzi prawa miejskie, znajdujemy następujący fragment: "I aby samo miasto Łódź tym lepiej i szybciej chciało się osadzać i w wielką liczbę ludności wzrastać, targ tygodniowy w każdą środę i roczny dwa razy do roku (...) kładziemy i ustanawiamy". (CZYTAJ TUTAJ). Z przytoczonego fragmentu jasno wynika, że skoro Łódź otrzymała zezwolenie na targ, musiała już wtedy posiadać rynek.
Kształt rynku był prostokątny, albowiem gdy proklamowano wyroki, to ogłaszano je "na czterech rogach rynku". Dookoła niego stały drewniane, parterowe budynki, kryte strzechą. Na zapleczu domów mieszkalnych znajdowały się zabudowania gospodarcze i ogrody. Obrazu rynku dopełniały studnie publiczne z wysokimi drągami żurawi.



W rynku łódzkim stał niegdyś drewniany ratusz, ale uległ on zniszczeniu w niewiadomych okolicznościach. Na prośbę mieszczan, skierowaną w 1561 roku do opiekuna Łodzi, biskupa Jakuba Uchańskiego, zezwolił on na budowę nowego ratusza wraz z jatkami, zaznaczając, że mieszkańcom będzie wolno "wymieniać towary i jakiekolwiek rzeczy, i zwłaszcza sól mleć, rupiecie, garnki, obuwie i różne inne rzeczy w wyżej rzeczonym ratuszu i koło ratusza sprzedawać i targować stale".
Dopiero jednak po 24 latach od wydania tego przywileju przystąpiono do budowy ratusza. Burmistrz łódzki zawarł w tej sprawie umowę z zamożnym mieszczaninem, Maciejem Doczekałowiczem, w której tenże zobowiązał się własnym kosztem pobudować ratusz "śród rynku", przy czym na dole ratusza miały znaleźć pomieszczenie karczma, zajazd i stajnia, a na górze mała izba przeznaczona dla urzędu miejskiego. Mieszczanie zaś podjęli się wystawić obok ratusza "wieżycę cudną". W umowie zawarowano Doczekałowiczowi prawo "w ratuszu piwo szynkować łódzkie i wszelakie picie, wino i gorzałkę palić". W 1689 roku ratusz nadal istniał, bo kiedy pewien mieszczanin skazany został na śmierć, to wyrok wykonano "na pół placu podle ratusza".



Kolejna wiadomość o ratuszu łódzkim pochodzi z 1727 roku. Wówczas to władze miejskie wydzierżawiły grunt, aby za otrzymane pieniądze kupić gwoździ i gontów na "pobicie" dachu ratusza. Jakie były jego dalsze losy, trudno dociec. W każdym razie urzędnik pruski, który w 1793 roku wypełniał drobiazgowo kwestionariusz statystyczny, dotyczący Łodzi, ratusza już nie wymienił...

Z najstarszego rynku łódzkiego znikł ratusz, w którym zamiast posiedzeń rajców miasta odbywały się pijackie zabawy. Nie zniknęli wszakże podpici mieszczanie, przenieśli się oni tylko do nowego zajazdu zbudowanego przez władze pruskie. Znajdował się on w północno-wschodnim narożu rynku, u wylotu ulicy Kościelnej. Był to drewniany budynek, kryty gontem, z wiechą sosnową u wejścia, oznaczającą, że tutaj odbywa się wyszynk trunków. W karczmie tej przygrywał skrzypek "w czasie pozwolonym od kościoła Bożego". Odbywały się tu również wesela, zabawy i inne uroczystości. Na co dzień karczma spełniała rolę sklepiku, gdyż można w niej było nabyć śledzie, sól, świece itp. Zajazd przy rynku przetrwał do 1838 roku, kiedy to z powodu grożącego zawalenia został zburzony.



Wizytujący Łódź w 1820 roku prezes Komisji Województwa Mazowieckiego, Rajmund Rembieliński, zwrócił uwagę na nieporządki panujące na rynku. Polecił on wówczas burmistrzowi, ażeby ze względu na odbywające się tu jarmarki, rynek, dotąd pełen wybojów i nierówności "przyzwoicie splantowanym został".

Wyniesienie Łodzi do rzędu miast fabrycznych otworzyło nową erę w dziejach najstarszego rynku łódzkiego. Znaczenie handlu w uprzemysławiającym się mieście doceniła ruchliwa ludność żydowska, która ruszyła z okolicznych wsi i miasteczek do "ziemi obiecanej". Wobec tego, że obowiązujące podówczas przepisy zabraniały Żydom osiedlania się w nowo zakładanych osiedlach przemysłowych (CZYTAJ TUTAJ), ludność żydowska zalała Stare Miasto, a w szczególności rynek i sąsiadujące z nim uliczki. 

Od łyków staromiejskich Żydzi nabywali domy i place przy rynku, zakładając tu liczne sklepiki, kramy i drobne warsztaty rękodzielnicze.

Domy Izraela Poznańskiego w rynku Starego Miasta (nr 140 w środku i 141 z prawej).

Funkcje rolnicze Starego Rynku ustąpiły miejsca funkcjom rzemieśliczo-handlowym. Związana z tym zmiana sposobu użytkowania nieruchomości staromiejskich, spowodowała ich przebudowę lub adaptację, zacierającą ich poprzedni kształt.
W 1841 roku Rynek Staromiejski został wybrukowany i otrzymał jatki rzeźniczo-piekarnicze, zaprojektowane przez słynnego architekta warszawskiego Henryka Marconiego. Jatki posiadały z przodu ozdobne arkady i kryte były blachą cynkową. Z opisu miasta sporządzonego w 1860 roku, dowiadujemy się, iż Stary Rynek był już wówczas wokoło zabudowany domami murowanymi, jedno i dwupiętrowymi o wąskich 3 lub 4-okiennych fasadach. W rynku znajdował się Hotel Krakowski Augusta Dreslera i dom zajezdny Moszka Nogacza. Mieściła się tu także apteka, założona w 1858 roku przez Edwarda Ludwiga. Na poboczach placu stały dwie pompy drewniane, zupełnie już zepsute i nieczynne. W 1869 roku Rynek Staromiejski otrzymał pięć latarń gazowych.



Równocześnie z rozwojem miasta wzrastała liczba kupców i kramarzy. Na Starym Mieście namnożyło się sklepików i warsztatów, gnieżdżących się już nie tylko na parterach i suterenach, ale także na pietrach i w głębi podwórek. Część rynku zajęły drewniane budy, w których kupczyli swoim nędznym towarem najubożsi kramarze. Wzrastała konkurencja, szerzyła się nędza.
Obraz życia mieszkańców Starego Rynku z tego okresu zachował się w korespondencji z 1862 roku, zamieszczonej w warszawskiej "Jutrzence":
"Zaprowadzę cię, szanowny czytelniku, do Starego Miasta, prawie wyłącznie przez Żydów zamieszkanego. Jesteśmy w środku rynku; wzdrygasz się trochę, patrząc na ten ruch czarnych mrówek na dwóch nogach, ale to fraszka, zawsze to ruch. Wejdźmy do pobocznych uliczek. Co za widok! Nędzne chaty, a w każdej chatce po kilkanaście familii, mieszczących się to w komórkach dolnych, to w kątach pod strychem... (...)".

Podobnie sugestywny opis Rynku Staromiejskiego z końca XIX stulecia przekazał nam Władysław Reymont w swojej "Ziemi obiecanej":
"Na kwadratowym placu, obstawionym starymi, piętrowymi domami, nigdy nie odnawianymi, pełnym sklepów, szynków i tzw. "Bier-Hall", zastawionym setkami szkaradnych bud i kramów, tłoczyło się kilkanaście tysięcy ludzi, setki wozów i koni; wszystko to krzyczało, mówiło, klęło, biło się czasami.
Przed sklepami (...) powystawiano stoły, krzesła, ławki, na których leżały góry galanterii, pończoch, skarpetek, kwiatów sztucznych, perkalików sztywnych jak blachy, kołder o jaskrawych poszyciach, koronek bawełnianych. W jednym końcu rynku stały żółte, malowane łóżka, komody, które się nie domykały i brązowym bejcem udawały mahoń (...). Dalej kołyski, stosy sprzętów kuchennych, za którymi na ziemi siedziały kobiety wiejskie z masłem i mlekiem, ubrane w czerwone wełniaki i zapaski (..).
Garderobę męską sprzedawano, kupowano i przymierzano na ulicy, w sieniach, wreszcie pod ścianą, za zasłoną, która zwykle nic nie zasłaniała. Tak samo robotnice przymierzały kaftany, fartuchy, spódnice."
Handel miał tam swoje przypływy i odpływy, ale wrzał nieustannie z wyjątkiem sobót i świąt żydowskich. Każdego piątku o zmierzchu Rynek Staromiejski zapadał w głębokie uśpienie. Zamknięte stragany, zaryglowane drzwi i okna sklepów nadawały mu niemal uroczysty wygląd. Opustoszałym placem czasem tylko przemknęła postać w chałacie, niosąca z namaszczeniem nabożne księgi...

Najruchliwsze targowisko łódzkie uległo likwidacji w latach międzywojennych, gdyż władze miejskie doszły do przekonania, że nie posiada ono odpowiednich warunków sanitarnych, a do tego utrudnia ruch uliczny. Targ przeniesiono na Bałucki Rynek, a na opróżnionym placu założono zieleniec.
Razem z targowiskiem na Starym Rynku znikł z powierzchni miasta zakątek bardzo charakterystyczny. W tym tłumie chałatowym, brodatym, szwargoczącym, który przepełniał ciasne sklepiki i czarną falą zalewał rynek, było coś egzotycznego, coś czego w innych miastach już się nie spotykało.
A w czasie II wojny zniknęli także, hałaśliwi może, mieszkańcy tego miejsca, umarł cały jeden świat...



Później przez wiele lat wisiała nad rynkiem łapa Juliana Marchlewskiego... (CZYTAJ TUTAJ)



Dziś w podcieniach rynku znajduje się siedziba Stowarzyszenia Przyjaciół Starego Miasta w Łodzi. Zajrzałam do środka - może kupię jakąś książkę o Łodzi..?




W środku cichutko i pusto. Miła, młoda dziewczyna, która sprzedaje mi książki, zapytana przeze mnie, czy dużo ludzi tu zagląda, odpowiada z żalem - Nie, raczej niedużo, ludzi to miejsce już nie interesuje. Wolą Manufakturę... 

A ja wierzę, ze to się zmieni. Raczej nie staną tu już nigdy jatki z koszernym mięsem, kramy z gratami, garnkami i innym rupieciem; ale może zechcieliby tu zamieszkać łódzcy artyści? Bo chociaż Stary Rynek jest prawie nowy, ale jest w tym miejscu jakaś magia, czar opuszczonego ukochanego... Może Stary Rynek ożyje i znowu stanie się ważnym punktem życia miasta..?



Poniżej ciekawa animacja 3D Starego Rynku w Łodzi z lat 30. ubiegłego stulecia - wykonana przez grupę studentów drugiego roku Information Technology Politechniki Łódzkiej w ramach projektu Problem Based Learning, zobacz:

fot. Monika Czechowicz

Zobacz jeszcze: