wtorek, 4 listopada 2014

BIEDERMANNOWIE - HISTORIA RODZINY i...fabryki




Historia rodu Biedermannów w Polsce zaczyna się ponad dwa i pół wieku temu, wraz z napływem niemieckich osadników: płócienników chroniących się przed prześladowaniami religijnymi. Osiedlają się w Zdunach w powiecie krotoszyńskim. Tu także początkowo nie zaznają spokoju, są szykanowani, ale z czasem się asymilują. W księdze urodzin parafii ewangelickiej po raz pierwszy trafiamy na nazwisko Biedermann (Georg Friedrich) w roku 1730. Jego rodzice mieli młyn, który w tamtych czasach był też foluszem - służył do folowania, czyli spilśniania tkanin.
Żyli zgodnie z protestancką zasadą: pracuj, bogać się i dbaj o rodzinę.



Nieco ponad sto lat później przychodzi na świat Robert Biedermann, twórca potężnego rodu fabrykanckiego w Łodzi. Od 12. roku życia musi ciężko pracować na chleb u obcych ludzi. Przez pięć lat uczy się zawodu farbiarza, który wtedy uważany był za fach z pogranicza sztuki. Bo oprócz wiedzy chemicznej trzeba było być kolorystą i umiejętnie dobierać farby. Farbiarze rozpoznawali je po zapachu, bo każda wydzielała inną woń.
Za oficjalną datę rozpoczęcia własnej działalności gospodarczej Robert przyjmuje 1 marca 1863 roku. Otwiera wtedy w Łodzi farbiarnię, która składała się z dwóch wanien podgrzewanych na wolnym ogniu. Wkrótce potem żeni się z majętną panną, która wnosi w posagu okrągłą sumę. I to - plus niesłychana wręcz pracowitość (w kolejno rozbudowywanych zakładach spędzał od 12 do 16 godzin na dobę), a także koniunktura - przynosi sukces.
Kiedy zaczynał, jego oszczędności i posag żony wynosiły ok. 20-30 tys. rubli. Po jego śmierci majątek firmy oszacowano na ponad 1,6 mln rubli. Do podziału między dzieci zostało jeszcze 2,2 mln.
Rodzinne przedsiębiorstwo prowadzili synowie, a potem wnukowie Roberta do 1945 roku.

W 1863 roku Robert Biedermann założył przy ulicy Widzewskiej 2 (obecnie Kilińskiego ) farbiarnię wełny. 

W tym samym roku zakupił teren położony wzdłuż ulicy Franciszkańskiej, za rzeką Łódką. W 1877 roku obok farbiarni powstała mechaniczna suszarnia i apretura. 

Firma zatrudniała 66 osób. Po 1879 roku Biedermann kupił od Teodora Kundela farbiarnię po drugiej stronie ulicy Widzewskiej (Kilińskiego 2/4).

Biedermannowie mieli 13 dzieci. Bruno był jednym z jego synów. Urodził się w 1878 roku. Mieszkali najpierw wszyscy w niewielkim domu przy ul. Kilińskiego 2, potem w postawionym obok pałacu. 

Gdy dorastali synowie w ogrodzie przy ulicy Franciszkańskiej wybudowali dla nich parterowy dom. Robert nie należał do rozrzutnych i dzieci nie rozpieszczał. Swoich synów od najmłodszych lat przygotowywał do przejęcia biznesu, za głównego następcę uważał Alfreda, bo pierworodny, także Robert - jak twierdził ojciec - "nie ma ochoty zostać dobrym farbiarzem". To z Alfredem ojciec prowadził profesjonalną żywą korespondencję zachowaną w Archiwum rodziny Biedermannów przechowywanej w Archiwum Państwowym w Łodzi. To z nim dyskutował o przyszłości firmy i planach jej rozwoju. W testamencie zadecydował, że będą zarządzać firmą razem, a dwaj pozostali synowie: Gustaw i Bruno, dołączą do nich po ukończeniu studiów i odbyciu stażu. Córki miały zostać spłacone w ciągu 10 lat.

W tym samym czasie powstał także pałac przy ulicy Kilińskiego pod nr 2. 


Do 1891 roku dokupiono także tereny przy ulicy Smugowej 3/19.

W 1889 roku firmą zarządzał wspólnie z ojcem Alfred Biedermann, absolwent zagranicznych uczelni, doskonały praktyk i organizator. Pod jego kierunkiem zakład szybko się rozrastał i do 1910 roku zajął teren 15 ha między ulicami: Smugową-Franciszkańską-Kilińskiego.



Nazwa firmy – Zakłady Przemysłowe Wyrobów Bawełnianych, Farbiarnia i Wykończalnia Tkanin Wełnianych i Półwełnianych – określiła zakres produkcji. Zatrudniano tu 1100 osób. Budynki fabryczne były rozrzucone na znacznej przestrzeni i rozdzielone ulicą oraz ogrodem z rezydencją właściciela.
 Jak było do przewidzenia to Alfred Biedermann kierował firmą po śmierci ojca. Był niezwykle zaangażowany w łódzkie życie społeczne. Już w latach 90. XIX wieku był inicjatorem budowy linii tramwajowych. Zarówno przed jak i po zakończeniu I wojny światowej reprezentował łódzki przemysł w międzynarodowych konferencjach i ogólnopolskich dyskusjach dotyczących biznesu. Miał dwóch synów z pierwszą żoną Sophie: Rolpha i Helmuta (to na jej grobowcu na Starym Cmentarzu jest anioł schylający się nad dwójką dzieci, buzie chłopców mają ponoć twarze dwóch synków zmarłej). Z drugą żoną, Martą Anną von Berens, ukochaną Daisy, do której napisał setki listów (do odnalezienia w archiwum), miał troje dzieci. Jego starsi synowie współrządzili firmą po jego śmierci w 1936 roku.
Jego brat Robert wiódł kawalerskie życie i nie był zbyt zainteresowany pomnażaniem rodzinnego majątku. Zmarł bezdzietnie w 1927 roku. Zupełnie zrzekł się prawa do współrządzenia fabryką Gustaw. Ożenił się z Idą Gehlig, córką łódzkiego architekta. Po otrzymaniu spadku po ojcu wyprowadził się najpierw na Krym, a po rewolucji do Włoch, gdzie - jak pisze Wanda Kuźko - wiódł dostatnie życie rentiera aż do 1953 roku. Córki Roberta i Emmy wyszły dobrze za mąż, ale z fabryką nie miały większej styczności.


Biedermannowie mieli udziały w wielu firmach różnych branż, jak kopalnie w Czeladzi, komunikacja tramwajowa w Łodzi, elektrownie w Zgierzu, Pruszkowie i Sosnowcu. Działali efektywnie w wielu organizacjach gospodarczych, dobroczynnych, sportowych i kulturalnych.
Ostatni syn Roberta Biedermanna, Bruno Otto, odbył służbę w Wojsku Polskim,  
służył w łódzkim garnizonie aż do 1920 roku. Po śmierci starszego brata zarządzał firmą wraz z bratankiem Helmutem (Rolf był w zarządzie, ale mieszkał na stałe w Londynie). Bruno był doradcą w Izbie Przemysłowo-Handlowej, sędzią handlowym w Okręgowym Sądzie w Łodzi, był w komitecie budowy Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Gdańskiej i budowy Domu -Pomnika Marszałka Piłsudskiego (dziś ŁDK). Na początku wojny wspierał Komitet Pomocy Więźniom Radogoszcza, ale w sierpniu 1940 roku przyjął volkslistę, aby ratować rodzinny majątek. Podobnie zrobiła większość rodziny,był wiceprezesem Łódzkiego Komitetu Funduszu Obrony Narodowej, organizatorem Wystawy Krajowej w Poznaniu.
Polscy robotnicy szanują go, bo - jak mówią - ma dla nich serce. Do tego stopnia, że budzi to gniew niemieckich robotników. Podczas wojny składają na niego donos, że jest za bardzo propolski.
Ukrywa biało-czerwoną flagę, którą ma zamiar wywiesić, gdy zwycięży polska armia.
W ankiecie sporządzonej przed II wojną światową Bruno pisze z dumą o swojej służbie w wojsku polskim. O dwukrotnym odznaczeniu Złotym Krzyżem Zasługi. O zajmowanych wysokich stanowiskach w różnych polskich instytucjach i organizacjach. Jest najlepiej wykształcony z rodzeństwa, studiował w Berlinie, Monachium i Heidelbergu. Ma doktorat z filozofii i socjologii gospodarczej.
Po I wojnie światowej (służył w armii rosyjskiej) Bruno zrzuca carski mundur i zakłada polski. Bierze udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W stopniu kapitana odchodzi do rezerwy i zajmuje się rodzinnymi interesami.
Prowadzi odziedziczoną po ojcu potężną fabrykę włókienniczą, na którą składają się tkalnie, farbiarnie i przędzalnie. Współtworzy pierwszy w Łodzi klub tenisowy, który odnosi sukcesy.
Po śmierci marszałka Piłsudskiego wraz z innymi fabrykantami funduje bibliotekę jego imienia. Na starej kronice z 1938 roku twarz Brunona pojawia się przez chwilę w otoczeniu wicepremiera Kwiatkowskiego, który przyjechał do Łodzi na wmurowanie kamienia węgielnego. 

Biedermannowie mają dwie córki: Adalisę i Marylę, zwaną Lili. Maryla - kocha psy, ma zawsze porozbijane kolana, jeździ konno. Ada - posągowo poważna, obawia się dotknąć czegokolwiek, żeby się nie ubrudzić. Boi się koni. Maryla od dziecka lubi kręcić się po fabryce. Robotnicy wręcz ją kochają, noszą na rękach. Mówią o niej "nasza panienka". 


Mała Lilli (Maryla) z ciotkami: Alą i Dolą Biedermann.

Maryla najpierw kończy katolickie żeńskie gimnazjum w Łodzi (Biedermannowie są ewangelikami). Potem studiuje w Szwajcarii i Austrii języki współczesne. Tuż przed wybuchem wojny przechodzi kurs przysposobienia wojskowego kobiet w Redłowie.
Od początku okupacji pomaga polskim żołnierzom, rannym cywilom i więźniom. Załatwia dokumenty i pracę w fabryce ojca. Bruno daje jej pieniądze. Od siebie i innych fabrykantów. Lilli jest świetnym kierowcą. Umie prowadzić ciężarówkę. Wozi nią paczki i kotły z zupą do więzienia, a rannych do szpitala. Przewozi też grypsy. Zwykle przemycano po dwa-trzy, ona potrafi wynieść dziesięć.
Ze szkolną koleżanką Stefanią Ordyńską szuka po okolicznych wioskach dzieci, które ucierpiały od niemieckich nalotów. Są to pastuszkowie, którzy pilnowali bydła na polach. Chroniąc się przed bombami, dzieci padają na brzuch, dlatego najczęściej są ranne w plecy. Lili odwozi je do szpitala w Łodzi…


Bruno Biedermann jako jeden z niewielu łodzian pochodzenia niemieckiego nie opuścił Łodzi po wkroczeniu Rosjan w 1945 roku. Dopiero w obliczu bezpośredniego zagrożenia, 24 stycznia 1945 roku popełnił samobójstwo, zabijając wcześniej żonę i córkę Marylę, wcześniej więzioną przez gestapo…


Maryla Biedermann świetnie jeździła konno. Zdjęcie wykonane tuż przed wojną.

Bruno Biedermann nie chce podpisać volkslisty. Niemieckie władze naciskają. Wreszcie w sierpniu 1940 roku fabrykant podpisuje. Za siebie, żonę i córkę. (- Chciał ratować rodzinę i majątek - nie ma dziś wątpliwości Stanisław Tyszkiewicz, mieszkający w Łodzi krewny Biedermannów).
Część rodziny podpisała dokumenty zgodnie ze swoimi przekonaniami. Biedermannowie byli lojalnymi obywatelami państwa polskiego, czuli się Niemcami, albo Polakami z niemieckim rodowodem. Wystarczy przejrzeć archiwum rodzinne. Większość prywatnej korespondencji była prowadzona w języku niemieckim. Po niemiecku pisał Robert do syna Alfreda. Po niemiecku pisał miłosne listy do żony Alfred. Po niemiecku spisywał rodzinną historię Bruno Biedermann. Polska część rodziny - co ciekawe głównie dzieci pochodzące z żeńskiej linii Biedermannów poczuwały się do bliższych związków z polskością. Ale podziały nie były tak proste i jednoznaczne.
Volkslista z nazwiskiem Brunona Biedermanna ma numer 522 891. Dwa numery dalej - dokument Maryli. Legitymacja ma zielony kolor (III kategoria - osoby ulegające polskim wpływom). Maryla nigdy jej nie podpisała, legitymacja wygląda na nieużywaną. Z powodu tego dokumentu Maryla opuszcza Łódź. Chce też odsunąć wszelkie podejrzenia od ojca.
Jest już członkiem Związku Walki Zbrojnej. Działa razem z Alfredem Keiserbrechtem, z którym wcześniej pracowała w Komitecie Pomocy Więźniom Radogoszcza. Razem uczestniczą w tzw. Akcji N, której celem jest dezinformacja żołnierzy i urzędników niemieckich. Jest to najbardziej utajniona formacja - konspiracja w konspiracji. Dla bezpieczeństwa jej członkowie przeważnie nawet się nie znają. 
Wyjazd Maryli Biedermann z Łodzi to posunięcie, które ma zmylić okupacyjne władze. Maryla chce przedostać się do Generalnej Guberni. Nie można tego zrobić legalnie, dlatego oficjalnie jedzie do Sosnowca - przyjaciele załatwili jej przydział pracy w sklepie konfekcyjnym, który potrzebuje osoby biegle władającej niemieckim.
Maryla wsiada do pociągu na Śląsk, ale nigdy tam nie dociera. Zatrzymuje się w Kamieńsku. To już Generalna Gubernia. Czeka na Alfreda. Oboje mają fałszywe papiery na polskie nazwiska. Ona - Kasia Brzozowska z Łucka, on - Antoni Kamiński z Wilna. Razem jadą do Radomia.
Odtąd Kasia-Maryla przez osiem godzin jest sumienną maszynistką w urzędzie dystryktu. Antoni-Alfred pracuje w wydziale leśnym. Po godzinach w wynajętym mieszkaniu przygotowują ulotki. Maryla tłumaczy je na niemiecki, Alfred przepisuje na maszynie. Sami ich nie rozprowadzają - to zadanie innych.
Pobierają się. Maryla przyjmuje wiarę męża, przechodzi na katolicyzm. Ślub jest tajny.
Przy stole kilkoro łódzkich przyjaciół z konspiracji. - Tylko posprzątajcie kieliszki i szklanki, jakby nas tu nie było - rzucają na odchodne.
O piątej rano walenie do drzwi. Gestapowcy zabierają skutego w kajdanki Alfreda, po paru godzinach wracają po Marylę.
Tortury - wieszanie na wykręconych rękach i łamanie palców. Ponoć lżejsze, ze względu na to, że są Niemcami.
Do Radomia przyjeżdża szwagier Maryli. W gabinecie szefa radomskiego gestapo mówi jej, że jeśli zdradzą "swoich Polaków", wyjdą na wolność.
Podobno Maryla go wyśmiewa.
Za to zostają z Alfredem przeniesieni na najcięższy oddział.
Po ośmiu miesiącach trafiają do więzienia w Warszawie. Tam łapią kontakt z szefostwem AK (w więzieniu też istnieje konspiracja).
Dostają polecenie: podpiszcie fikcyjnie volkslistę.
Podpisują. Po paru dniach są w Łodzi. Maryla w więzieniu kobiecym przy Gdańskiej, Alfred - na Radogoszczu. Przyjmują go tam jak starego znajomego. Kontakty ze strażnikami z czasów, gdy pomagał więźniom na początku wojny, teraz uchroniły go przed biciem.
Maryla wychodzi z więzienia po kilku dniach, 19 listopada 1942 roku. Najprawdopodobniej ojciec wręczył łapówkę.
Jest ciężko chora na dyfteryt, prawie nie może mówić.
Gdy wyzdrowiała, ponownie wychodzi za mąż za Alfreda, który też odzyskał wolność - tym razem oficjalnie, w urzędzie stanu cywilnego. Ślub jest nietypowy. Państwo młodzi zwolnili się na parę minut z pracy i ponownie do niej wrócili.
18 września 1943 roku, godzina 6.30. Maryla idzie na ul. Obywatelską spotkać się ze swoim kuzynem Zygmuntem Lorentzem, profesorem, który organizował w Łodzi tajne nauczanie. Maryla nie wie, że w nocy w jego mieszkaniu był kocioł. Na ulicy ktoś ją bierze pod rękę i ostrzega o wpadce.
Nie wraca już do pracy. Przezornie załatwia sobie zwolnienie lekarskie i recepty.
Wysyła telegram do jego kuzynki w Mannheim: "Zygmunt ciężko chory. Przyjazd konieczny".
Kuzynka po przyjeździe do Łodzi dowiaduje się, że Lorentz jest aresztowany. Domaga się wyjaśnień od gestapo. I to gubi Marylę, bo hitlerowcy wpadają na trop Biedermannówny, która wysłała do kuzynki telegram. Interesuje ich, skąd wiedziała o aresztowaniu. Rodzina uporczywie trzyma się wersji, że usłyszała o tym przypadkowo w aptece. Gestapowcy nie wierzą. Wzywają Marylę.
- Nie idź, uciekniemy do Generalnej Guberni - namawia mąż.
Wizytę na gestapo odradzają też przyjaciele.
- Nie będę narażać rodziny. Wytrzymam. Nic nie powiem - upiera się i idzie.
Zostaje aresztowana.
Warunki w więzieniu przy ul. Gdańskiej są straszne. Stłoczone kobiety śpią niemal jedna na drugiej. Zimno i głód. Pełzają po nich pluskwy i wszy.
Sprawę Maryli prowadzi Jan Tamm z IV referatu.
- To był jeden z najgorszych gestapowców. Rozpracowywał ruch podziemny. Strasznie traktował więźniów - mówi Julian Baranowski z Państwowego Archiwum w Łodzi.
Maryla jest torturowana i bita.
Kilkakrotnie konfrontują ją z profesorem Lorentzem, który już nie może chodzić. Ma złamaną nogę, urazy głowy, zabandażowane ręce. Wkrótce umiera.
Ona nadal tkwi w piekle. Nie daje się złamać. Alfred o tym wie, bo jego szef popija koniak z oficerami gestapo. Jeden z nich naśmiewał się z Tamma, że nie potrafi zmusić do zeznań kruchej kobiety… 

W sierpniu 1944 roku siostra Maryli Adalisa wyjeżdża do Monachium. Na fali pierwszej paniki, gdy armia radziecka stoi na linii Wisły. Namawia do wyjazdu rodziców, ale nie chcą. Ada zabiera ze sobą dwa wagony mebli (pokój stołowy w orzechu, styl chippendale, pokój sypialny lakier szlifowany, pokój gabinetowy w orzechu, dywany mahal, ręczna robota).
W styczniu 1945 roku szybko rusza front.
W Łodzi nieopisany chaos i panika. Ludzie biją się o miejsce w pociągu. W ciągu paru dni miasto opuszcza 20 tysięcy Niemców.
Spadają bomby z radzieckich samolotów, a od południowych rogatek słychać kanonadę artylerii.
Niemcy podpalają policyjne więzienie na Radogoszczu. W płomieniach i od kul ginie 1,5 tys. osób. Pozostałe więzienia są ewakuowane. Gnają więźniów w stronę Pabianic. Wśród nich jest Maryla. 
Podobno podczas nalotu Maryla ukryła się z koleżanką i udało im się uciec z transportu. Pieszo wróciła do pałacu.
Karol Biedermann: - Dwaj ludzie wyciągnęli Marylę z tłumu i zabrali do zakonspirowanego mieszkania. Ktoś zawiadomił ojca. Lekarz rodziny pojechał do niej. Dla zmylenia tropu wożono go pół godziny po mieście. Zastał Marylę umierającą. 18 stycznia 1945 roku przywiózł ją do rodziców.
Następnego dnia wojska radzieckie zajmują Łódź i wprowadzają nowe porządki.
Jak twierdzi prof. Mirosław Cygański, badacz tamtego okresu w dziejach Łodzi, najpierw do pałacu Biedermannów wprowadza się NKWD.
Bruno, jego żona Luiza i córka Maryla dostają rozkaz opuszczenia pałacu. W ciągu paru godzin. Wolno im wziąć jedną walizkę. Robotnicy fabryczni idą się za nimi wstawić. Z sukcesem: Biedermannom przedłuża się termin wyprowadzki o jeden dzień.


24 stycznia 1945 roku wychodzi pierwszy numer gazety „Wolna Łódź":
 „Nie będzie w polskiej Łodzi Niemców. Bo pamiętajmy o jednym: Niemiec to nie tylko ten, co nosił mundur. Musimy być czujni, musimy być ostrożni. Nie możemy pozwolić na to, aby do polskiego aparatu państwowego dostali się renegaci. Nie wystarcza, że ktoś w Łodzi, Łasku czy Pabianicach wita polskich żołnierzy » chlebem i solą «. My musimy czuwać, musimy mieć tę pewność, że on w krytycznej chwili nie wyparł się swego Narodu, że nie zdradził, nie współpracował z Niemcami". 

Podobno Bruno zastrzelił się w polskim mundurze.
Znaleziono co prawda guzik z orzełkiem, a według innych relacji to była tylko spinka.
Przed śmiercią kobiety zażyły środki nasenne. Maryla i tak chyba była nieprzytomna. Dostawała laudanum - rozcieńczone opium, które zmniejszało jej cierpienia.
W zbiorowym samobójstwie miała uczestniczyć jeszcze jedna osoba: niania Maryli. Mieszkała z Biedermannami i była traktowana jak członek rodziny. Też połknęła tabletki, ale następnego dnia się obudziła. Ponoć później postradała zmysły...




Zbiorowe samobójstwa Niemców po wejściu Rosjan nie należały do rzadkości. Choć zdarzały się głównie w Prusach Wschodnich, w Poznańskiem, Wrocławiu, Zielonej Górze - tam w ciągu dwóch tygodni odebrało sobie życie 500 osób. Nie nazywano tego samobójstwami, tylko Freitod - wolną śmiercią.
Propaganda Goebbelsa o bolszewickich dzikusach z Azji, którzy zgwałcą i zabiją "nasze" córki i żony, zadziałała na Niemców. "To był akt desperacji przed nadejściem Apokalipsy" - napisał niemiecki pisarz i filozof Christian von Krockow. 
Bruno zostawił list:
"Zabiłem strzałami z rewolweru żonę i córkę. Pochowajcie nas w ogrodzie. Nie rabować naszego prywatnego majątku w mieszkaniu, a podzielić sprawiedliwie"
Data: 24 stycznia 1945. Godzina 16. Podpis: BB.


BB to Bruno Biedermann, Niemiec z Łodzi. Sam zabija się chwilę później. Mówią, że ubrał się w polski mundur.

Jego dowód osobisty wydany 16 maja 1938 roku podaje:
zawód - przemysłowiec;
wzrost - średni;
twarz - owalna;
włosy - blond;
oczy - szare. 


Zgodnie z testamentem Bruno Biedermann wraz z żoną i córką został pochowany na terenie ogrodu, ich mogiła przetrwała do czasu poszerzania ulicy Północnej.
O wiele wcześniej na wypadek - zwykłej, nie wojennej - śmierci spisał testament. Ma formę listu do żony i córek. Życzy im: 
"Żebyście Wy, moje kochane, równie dobrze albo jeszcze lepiej, dawały sobie radę beze mnie".
Zostawia też wskazówki co do swego ewentualnego pochówku: 

"Żadnych hymnów pochwalnych, zwłoki powinny być spalone. Urna powinna być pochowana, w żadnym przypadku nieotwierana. Pogrzeb ma być skromny. Tylko jeden pastor. Żadnych długich przemówień. Nagrobek: skromny kamień. Pielęgnacja grobu: według życzenia"



Łódź, 25 stycznia 1945 roku, komendant Milicji Obywatelskiej: "Niniejszym zezwalam na pochowanie zwłok w ogrodzie przy ul. Kilińskiego 2".
Poniżej doktor Modrzewski dopisuje odręcznie: "O godz. 11.25 stwierdziłem zgon dr. Brunona i Luizy Biedermannów i Maryli zamężnej Keiserbrecht. Nastąpił wskutek strzału w głowę".
Robotnicy Brunona sami zbijają trumny z sosnowych desek. Władzom zależy, aby pogrzeb był cichy. Przez lata prawie nikt nie wie, gdzie są pochowani, nie było ani krzyża, ani śladu grobu.
Jednak kiedy w latach 50. pracownicy przedszkola, które potem ulokowano w pałacu Biedermannów, postawili tam huśtawki, nagle zjawili się dawni robotnicy Biedermanna i zaproponowali, że je przestawią w inne, lepsze miejsce.
- Mówili trochę chaotycznie i bez sensu. Nie zrozumiałam właściwie, o co chodzi - tak wspominała kierowniczka przedszkola. Ale pozwoliła przenieść huśtawki...




Wiosną 1977 roku pracownicy kopiący rowy pod kable telefoniczne znajdują kości trzech osób z przestrzelonymi czaszkami.
O znalezisku pisze jedna z gazet.
Żyjący w Łodzi krewni Biedermannów natychmiast domyślają się, o kogo chodzi.
Przy ekshumacji jest kilku robotników z dawnej fabryki Biedermannów. Udaje się odnaleźć niemal wszystkie szczątki, brakuje tylko fragmentów kości policzkowych.
Lekarz stwierdza, że czaszki kobiet mają przestrzeloną skroń. Mężczyzna prawdopodobnie strzelił sobie w usta. Wszyscy troje zakopani byli we wspólnym dole na południowy wschód od pałacu. Maryla pomiędzy rodzicami.
Wykopano też kawałki jedwabiu, dwie obrączki, resztki zegarka, złote plomby i jeden wojskowy guzik - z polskim orzełkiem w koronie...
W identycznym porządku jak znalezione szczątki - to znaczy córka pomiędzy rodzicami - zostali ponownie pochowani na cmentarzu w rodzinnym grobowcu.



Pałac Biedermannów, gdzie rozegrała się tragedia, w ostatnich latach został odrestaurowany z wielką pieczołowitością. Odtworzono nawet okienne klamki z literą "B", odczyszczono piękne kominki. Nic więcej nie dało się odtworzyć, bo całe wyposażenie - meble, książki, obrazy, bibeloty - po wojnie zniknęło. 


Z bogatej spuścizny Biedermannów uchował się przepiękny pałac przy ulicy Franciszkańskiej 1/3. Dziś należy do Uniwersytetu Łódzkiego, mieści się w nim kulturoznawstwo i historia sztuki. 
Zabytkowe przestrzenie Uniwersytetu Łódzkiego. Pałac Biedermanna.

Budynek został odrestaurowany z wielką pieczołowitością, niedawno do zabytkowej stróżówki wprowadziła się biblioteka:


W 1977 roku prochy rodziny Biedermannów przeniesiono na Stary Cmentarz ewangelicki. To tam są rodzinne grobowce różnych gałęzi tej rodziny, w tym przepiękny anioł schylający się nad dziećmi na grobie Sophie Biedermann (pierwszej żony Alfreda Biedermanna, młodo zmarłej):

Monumentalny budynek pałacu został wzniesiony w roku 1912 według projektu nieznanego architekta niemieckiego, prawdopodobnie z kręgu twórców berlińskich:

Niestety nie zachowały się orginalne projekty tej rezydencji. Stylem nawiązuje do modernizmu. Dobrze zachowały się dekoracje sztukateryjne, stolarka, boazerie.


Rezydencja została wzniesiona z ogromnym smakiem, w parku, ze starannie dobranymi gatunkami drzew (sprowadzano już rozrosnięte okazy), zaś wjazd do niej prowadził od ulicy Franciszkańskiej. Ulica Północna została przebita dopiero w okresie powojennym. Wczesniej park wraz z rezydencją przylegał bezpośrednio do terenów fabrycznych.

Pałac określany w literaturze jako "Pałac Roberta Biedermanna" był w istocie własnością firmy - spółki akcyjnej i zamieszkiwany był przez różnych członków rodziny fabrykanta.


W okresie powojennym w pałacu mieściło się przedszkole zakładów włókienniczych im. Harnama. Od stycznia 1998 roku właścicielem rezydencji jest Uniwersytet Łódzki.

Teraz każdy kto wejdzie na stronę Uniwersytetu Łódzkiego, może wybrać się na wirtualną przechadzkę po pałacu przy ulicy Franciszkańskiej. Po pałacu Biedermannów w internecie można spacerować pod adresem www.bir.uni.lodz.pl/palac.



Po II wojnie światowej, znacjonalizowany zakład Biedermannów nosił imię Szymona Harnama. Po zaprzestaniu produkcji włókienniczej budynki przy ulicy Kilińskiego 2 zostały zaadoptowane przez firmę „Atlas”. Stało się to po 1997 roku, kiedy zostały zmodernizowane zaniedbane zabudowania, które przez wiele lat mieściły magazyny zakładów Harnama.

To teraz główna siedziba koncernu "Atlas", który rozpoczynał od popularnego kleju do glazury, a dziś jest potentatem na rynku budowlanym. Nowy gospodarz nawiązuje do tego, czym zajmowali się Biedermannowie. W dawnej fabryce mieści się teraz labolatorium badawczo-rozwojowe. W tym samym miejscu w 1870 roku Robert Biedermann wybudował labolatorium chemiczne do eksperymentów z barwnikami chemicznymi.



Dawny rodzinny pałac to dziś reprezentacyjna siedziba zarządu i biurowiec. Budynek został pieczołowicie wyremontowany i zaadoptowany do nowych potrzeb. Pałac Biedermannów to jedyny w Łodzi przykład architektury nawiązującej do wczesnego florenckiego renesansu, tzw. stylu quattrocento.

Pałac stanął najprawdopodobniej w 1878 roku, być może zaprojektował go architekt miejski Hilary Majewski. To tu przeprowadziła się rodzina z drewnianego parterowego domu stojącego tuż przy ulicy. Na początku XX wieku budynek podwyższono o jedno piętro. Na parterze mieściły się biura fabryki, a na piętrze pomieszczenia mieszkalne dla rodziny przemysłowca.

Dzisiaj wnętrza budynków po przeciwnej stronie ulicy Kilińskiego zamienione zostały na hurtownie i sklepy różnych branż:




Budynki te należały pierwotnie do Teodora Kundela. W 1879 roku kupił je Robert Biedermann. 

Była tam farbiarnia tkanin wełnianych, która po wojnie również weszła w skład zakładów im. Harnama. Fabryka przetrwała, mieści się tu między innymi przedstawicielstwo firmy produkującej rowery.


Gorszy los spotkał budynki położone pomiędzy ulicą Smugową i Północną – są one obrabowane przez zbieraczy metali i częściowo spalone.

Aż trudno uwierzyć, że taki los spotkał fabryki Biedermanna przy ulicy Smugowej. W lipcu 2003 roku  wybuchł tam pożar. Gęsty dym było widać nawet kilkanaście kilometrów dalej. Strażacy dogaszali ogień całą noc i jeszcze następnego dnia. Jak mówił wtedy "Gazecie" kpt. Piotr Jóźwiak, rzecznik straży pożarnej, spłonął tylko dach, a ściany zostały nienaruszone. Mieściły się tam hurtownie. 

Łodzianie zaalarmowali Urząd Ochrony Zabytków i media o tym, że na terenie sąsiadującym z parkiem Helenów wyburza się zabytkowe budynki.

Kiedy zainterweniował Wojewódzki Konserwator Zabytków i wstrzymał prace rozbiórkowe, z przędzalni Biedermanna została już tylko sterta gruzu - robotnicy nie zdążyli zniszczyć jedynie najniższej kondygnacji i części wschodniej ściany fabryki. Poza nimi zachowały się jeszcze wodociągowa wieża ciśnień, wieża kurzowa i mury kotłowni...


Fabryka Biedermanna, a raczej to, co pozostało...

Dramat polega nie tylko w tym, że Łódź straciła kolejny - po kompleksie Norbelany przy ulicy Żeromskiego czy secesyjnej elektrowni przy al. Politechniki - symbol industrialnej Łodzi. Zatrważający jest fakt, że właściciele fabryki dostali na rozbiórkę zezwolenie z łódzkiego magistratu, a w chwili rozpoczęcia prac było ono prawomocne. Co gorsza, miejscy urzędnicy wiedzieli już od początku poprzedniego roku o zamiarze wyburzenia części dawnych zakładów. To wtedy właściciele złożyli wniosek o pozwolenie na rozbiórkę.

 Jak opowiadał "Gazecie" Marek Lisiak, architekt miasta i dyrektor wydziału urbanistyki i architektury, który takie decyzje wydawał, postępowanie najpierw zostało zawieszone na wniosek właściciela. Potem urzędnicy nie chcieli go wznowić, ale po odwołaniu się przez niego do wojewody, zgodę na rozbiórkę wydać musieli. Dopiero wtedy poinformowali o problemie Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków, a konserwator wszczął pod koniec lutego postępowanie o wpisie fabryki do rejestru zabytków. Jak powiedział Piotr Ugorowicz z Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków, właścicielom zostało wysłane powiadomienie o rozpoczęciu postępowania, a w dokumentacji mają potwierdzenie jego odebrania. To jednak nie zapobiegło rozpoczęciu rozbiórki fabryki.

Dlaczego właściciele fabryki chcieli ją rozebrać? - Moi klienci otrzymali pozwolenie na rozbiórkę całego kompleksu fabrycznego, ponieważ obiekt ten był po pożarze, bez dachu od roku 2003, ściany się rozpadały i cały obiekt groził katastrofą budowlaną - wyjaśnia pełnomocnik właścicieli nieruchomości. Zaznacza, że z kompleksu Biedermanna zostały uratowane dwie wieże, którym wcześniej naprawiono dach. Zapewnia również, że właściciele zamierzają inwestować w ten teren…


źródła:
Wanda Kuźko, "Biedermannowie, historia rodziny i fortuny 1730-1945"
Wanda Kuźko, "Metamorfozy i image trzech pokoleń Biedermannów", w "Image przedsiębiorcy gospodarczego w Polsce XIX i XX wieku", red. R. Kołodziejczyk
Halina Szwarc, "Kobiece więzienie gestapo w Łodzi w ostatnim okresie okupacji", 
Zygmunt Janke, "Początki konspiracji w Łodzi i na Śląsku"
Jacek Kusiński, Ryszard Bonisławski. Maciej Janik. Księga fabryk Łodzi.
Marzena Bomanowska, Ryszard Bonisławski, Joanna Podolska. Specerownik łódzki cz.2.

Fot. współczesne Monika Czechowicz
Fot. archiwalne: 
Archiwum i Muzeum Uniwersytetu Łódzkiego
Archiwum Państwowe w Łodzi
Zbiory Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi