środa, 13 listopada 2013

Łódź. Wspomnienie o Starym Mieście - początek ubiegłego stulecia.


...Stare Miasto było w owym czasie największym w Łodzi skupiskiem sklepów z gotową odzieżą. Zaopatrywali się w nich głownie robotnicy i okoliczni chłopi. Czynili to zazwyczaj w niedziele, gdyż w dni powszednie nie starczało im czasu na robienie tego typu zakupów.



Stare Miasto było również najosobliwszą dzielnicą Łodzi. Odstraszało nędzą i zaniedbaniem, a jednocześnie urzekało swoją egzotyką. Mroczne zaułki, przepastne podwórka, wąskie uliczki, przepełnione mrówczo ruchliwym, chałatowym tłumem, żywo przypominały miasta Wschodu.





Już na ulicy Nowomiejskiej zaczynał się odrębny świat, całkiem inny niż w śródmieściu. Niby takie same kamienice, witryny, tramwaj elektryczny... 





Wystarczyło wszakże zajrzeć na podwórka. Ciasne studnie kamienne, z girlandami balkonów na każdym piętrze. Na zmurszałych poręczach piętrzyła się pościel. Partery oficyn upstrzone były naiwnymi szyldzikami.





Panorama Starego Miasta, widziana z ulicy Nowomiejskiej, przedstawiała się dosyć malowniczo. Na lewo widniał masyw niedawno wzniesionego Pałacu Poznańskich. W prawo od niego rysowała się zróżnicowana w kształcie i wysokości zabudowa ulicy Podrzecznej. Na wprost, wyrównaną prawie linią, ciągnęły się odrapane kamieniczki Starego Rynku o wąskich, trójokiennych ścianach frontowych. Spoza kolorowych dachów z facjatkami, krytych blachą lub dachówką, wynurzały się strzeliste, cynobrowe wieże mariackiego kościoła.





Przez łukowe bramy domów prześwitywały zagracone podwórka. 





Panoramę łódzkiej Starówki zamykała perspektywa wąskiej ulicy Wolborskiej z ładną synagogą w stylu mauretańskim w głębi.
Bogobojni Żydzi, zwani chasydami, niechętnie zapuszczali się w ulicę Wolborską, zwłaszcza wieczorem. Czyhały tam bowiem na każdym kroku pokusy cielesne w postaci młodych dziewcząt trudniących się nierządem. Na ulicy Wolborskiej niemal w każdej posesji znajdowały się domy schadzek.



Stare Miasto prawie wyłącznie żyło z handlu. Każda kamienica, a nawet każda oficyna była siedliskiem sklepów i sklepików. 






Większość z nich nie posiadała witryn, w których można by pokazać oferowane towary, a wiadomo, że handel wymaga reklamy. Brak witryn zastępowały blaszane szyldy obramowujące wejścia do wąskich lecz głębokich wnętrz sklepowych. Na owych szyldach domorośli artyści wymalowywali wszystko, co w staromiejskich sklepach było do nabycia: odzież męska i damska, obuwie, produkty spożywcze, butle wina i kufle piwa z grzywą pianki. Czerwone wywieszki z białymi gęsiami, umocowane na żelaznych prętach, zapraszały do sklepów z pierzem. Prymitywne malowidła na blasze przemawiały do wyobraźni klientów mocniej aniżeli wszelkie napisy. Wśród kupujących było sporo analfabetów, toteż pismo obrazkowe znakomicie ułatwiało im odszukanie właściwego sklepu.





Handel na Starym Mieście odbywał się także na ulicach. Żadna z nich nie dawała tego obrazu ruchliwości i wrzasku, co ulica Wschodnia, zwłaszcza na odcinku pomiędzy ulicami Wolborską a Północną. Trudno było nią przejść, ażeby nie otrzeć się o zamorusane, ruchliwe postacie. Opatulone w chusty żydowskie kobiety, stare i młode, dzieci i wyrostki lub podlotki - wszystkie głośne i podniecone zachwalały swój kopiejkowy towar, usiłując się wzajemnie przekrzyczeć...


Nowy Kurier Łódzki, rok 1916.


Każdy z handlujących posiadał koszyczek, a w nim trochę kalafiorów, pietruszki, jaj, cytryn, czekolady i cukierków. Najwięcej było jednak sprzedawców śledzi. Trzymali je w poobijanych kubłach, miednicach, garnkach. Sprzedawca wody sodowej dzierżył w ręku metalowy syfon, zaś do piersi przymocowaną miał przemyślnie tacę ze szklankami. Przepychał się on powoli przez ruchliwy tłum, pokrzykując ochrypłym głosem: "Zude Wasser" (woda sodowa). Natomiast rosły sprzedawca "sachar morożennoje", w wysokich butach i płóciennym fartuchu na rubaszce, ciężar swej faski z lodami dźwigał na głowie...


We wszystkich domach frontowych, a także w wielu oficynach mieściły się sklepy i magazyny z gotową odzieżą. Można w nich było nabyć wszelką konfekcję po cenach znacznie niższych niż w śródmieściu. W tej dzielnicy miasta panowała niepodzielnie metoda zdobywania sonie klienta na chodniku, przed sklepem, za pomocą chwytania go za rękaw i wciągania do wnętrza sklepu...


Tak Stare Miasto z początków XX wieku wspomina Wacław Pawlak, w książce "Na łódzkim bruku" wydanej w 1984 roku.

Wspomnienia zilustrowała fotografiami z roku 2013 Monika Czechowicz.
***
Stary Rynek, park Staromiejski i plac Wolności czeka modernizacja, która może kosztować nawet 50 milionów złotych. W przyszłym roku podczas konsultacji społecznych łodzianie pokażą, jak ich zdaniem powinna wyglądać kolebka Łodzi. Władze Łodzi chcą zdobyć unijne pieniądze na odnowę obszaru między rynkami Starego i Nowego Miasta. Inwestycja ma się rozpocząć w 2015 roku.