piątek, 9 marca 2018

O nauczycielkach, damach klasowych, freblankach - ... i o szkolnictwie dla dziewcząt w Łodzi na przełomie XIX i XX wieku.



W końcu XIX wieku coraz więcej kobiet wykonywało tzw. zawody inteligenckie. Nie wszystkie profesje były jednak wtedy dostępne dla kobiet, choć już dawno minął czas pozytywistycznych dysput o dopuszczeniu kobiet do pracy umysłowej. Nadal nie było kobiet adwokatek, nie stanowiły one też tzw. inteligencji technicznej. Kobiety pracowały w zawodach: nauczycielskim i lekarskim, były dentystkami, bibliotekarkami, akuszerkami, pielęgniarkami, urzędniczkami niższego stopnia. Aby wykonywać powyższe zawody wymagane było odpowiednie wykształcenie, najmniejsze wymogi stawiano nauczycielkom, najdłużej zaś zdobywały wiedzę i kwalifikacje zawodowe kobiety pracujące w profesjach medycznych. Nie bez powodu więc najczęściej i najchętniej wykonywanym przez kobiety zawodem pod koniec XIX wieku było nauczycielstwo.

"Rozwój", rok 1906.

Młode dziewczęta podejmowały starania o pracę nauczycielki ze względu na stosunkowo niskie przygotowania, jakim należało się wykazać – aby nauczać wystarczały niekiedy ukończone dwie klasy gimnazjum. Popularność tego zawodu była spowodowana również tym, iż pracę nauczycielek całkowicie akceptowało społeczeństwo; na trwałe wpisały się one w strukturę zawodową Królestwa Polskiego końca XIX wieku. Była to pierwsza i najgruntowniejsza zdobycz polskich emancypantek. Lata 70. XIX wieku charakteryzowały się feminizacją zawodu nauczycielskiego. 

"Gazeta Łódzka", rok 1915.

Aby zostać nauczycielką należało ukończyć gimnazjum żeńskie; nauka w gimnazjum poprzedzona była zazwyczaj kilkuletnim pobytem na pensji żeńskiej i jedno- lub dwuletnią edukacją w szkole elementarnej, albo też pobieraniem nauki domowej. Zdobycie wykształcenia gimnazjalnego otwierało drogę do ubiegania się o uzyskanie uprawnień nauczycielskich, które wydawał naczelnik Łódzkiej Dyrekcji Szkolnej. Od niego bowiem zależało nominowanie na odpowiedni stopień zawodowy, zgodnie z posiadanym przez kandydatkę wykształceniem i stażem.

"Rozwój", rok 1906.

Uprawnienia nauczycielskie i ustawy dla instytutów naukowych określały przepisy administracyjne Królestwa Polskiego dla Wydziału Oświaty z 18 stycznia 1941 roku oraz zarządzenie Rady Wychowania Publicznego z 13 grudnia 1841 roku. Według tych ustaleń nauczycielki dzieliły się na kilka grup zawodowych. Najniżej w tej hierarchii stały pomocnice nauczycielskie, młodsze nauczycielki oraz damy klasowe i nauczycielki początkowe, dalej w organizacji szkolnej umieszczone były nauczycielki główne – wykładające samodzielnie, oddzielny rodzaj zatrudnionych w szkole stanowiły nauczycielki robót ręcznych. Poza koncesjonowanymi, na etatach rządowych, istniał cały krąg nauczycielek prywatnych, również podzielony w bardzo złożony sposób.
Były więc w tej grupie nauczycielki domowe, guwernantki niższe i wyższe, lektorki języków, nauczycielki tańca, śpiewu, gry na instrumentach – wszystkie one były zależne od swych przełożonych – właścicielek szkół i prywatnych pensji. Kolejny rodzaj nauczycielek stanowiły freblanki uczące w przedszkolach.

"Rozwój", rok 1906.

O pracę nauczycielki ubiegały się w Łodzi setki kobiet. Łamy lokalnej prasy zapełnione były ogłoszeniami guwernantek chętnych do nauczania domowego, które informowały o swym wykształceniu i rozmaitych talentach.

"Dziennik Łódzki", rok 1884.

Naczelnik Łódzkiej Dyrekcji Szkolnej rozpatrywał liczne podania młodych dziewcząt, które chciały nauczać w szkole elementarnej oraz tych, które ubiegały się o zezwolenie na otwarcie szkoły prywatnej. Z podań kobiet starających się o pracę w Łodzi przebijał ogromny dramat ich sytuacji życiowej. Przeważającą większość petentek stanowiły młode kobiety, które ukończyły pełny kurs gimnazjum żeńskiego. Były one absolwentkami szkół w Łodzi, Warszawie, Kownie, Piotrkowie, Kielcach, Siedlcach, Suwałkach, Kaliszu i inn. – chciały one podjąć jakąkolwiek pracę w jednej ze szkół. Posiadały często uprawnienia nauczycielek domowych i chciały podnieść swoją pozycję zawodową poprzez nominację na stanowisko młodszej nauczycielki. Zdobycie pracy w mieście wiązało się z poprawą sytuacji materialnej, co umożliwiało młodej kobiecie utrzymanie rodziny. Bardzo często na barkach młodych nauczycielek spoczywał obowiązek zapracowania na chleb dla osieroconego rodzeństwa lub niedołężnych rodziców.


Podjęcie pracy w Łodzi uważane było za awans. Jeśli naczelnik chciał zdegradować nauczyciela, wysyłał go do wiejskiej szkoły, co wiązało się z pogorszeniem warunków pracy oraz zmniejszonym uposażeniem. Tłumaczyło to tak silny napływ nauczycielek do pracy w miejskich szkołach, w których były wyższe zarobki i szybsze możliwości awansu. Ponadto praca w dużym mieście pozwalała na udzielanie dodatkowych, prywatnych lekcji.


"Rozwój", rok 1906.

"Rozwój", rok 1909.

Ilość szkół elementarnych, pensji żeńskich oraz tylko jedno gimnazjum żeńskie w Łodzi dość znacznie ograniczały przyjmowanie do zawodu, ale fakt niewystarczającej liczby miejsc pracy nie zmniejszał napływu ilości młodych kobiet chętnych do wykonywania profesji nauczycielskiej. Stwarzało to silną konkurencję – o małą ilość etatów ubiegało się wiele kandydatek, których wykształcenie było zróżnicowane. Oprócz absolwentek sześciu klas gimnazjum, akces do zawodu zgłaszały uczennice gimnazjum, które edukację zakończyły na poziomie kilku klas. 
Nieliczną, ale silną zawodowo grupę stanowiły nauczycielki legitymujące się dyplomem seminarium nauczycielskiego w Łęczycy. Absolwentki kursów łęczyckich miały pierwszeństwo w uzyskaniu pracy, gdyż kursy te były uzupełnieniem edukacji gimnazjalnej, dawały przygotowanie zawodowe. Ponadto były prowadzone za zgodą władz, według narzuconych przez zaborcę zasad kształcenia. Na kursy te wysyłano praktykujących nauczycieli, by sprawdzić ich sprawność w posługiwaniu się językiem rosyjskim, a także podnieść poziom wiedzy z podstawowych przedmiotów w zakresie szkoły elementarnej.
W najgorszej sytuacji pozostawały dziewczęta, które ukończyły zaledwie kilka klas gimnazjum. Rządowe gimnazja żeńskie nauczały w systemie sześcioletnim, wśród zgłaszających się do pracy nauczycielskiej były osoby z ukończonymi czterema, a nawet dwiema klasami szkoły średniej. Te ostanie otrzymywały zazwyczaj decyzje odmowne ze wglądu na brak kwalifikacji, co nie oznaczało, iż wycofywały się z walki o posadę nauczycielki. Rywalizowały dalej na wolnym rynku o zdobycie pracy u prywatnych chlebodawców.

"Goniec Łódzki", rok 1905.

Cztery klasy gimnazjum otwierały już drogę do kariery w zawodzie nauczycielskim. Mając takie wykształcenie, nauczycielki mogły otrzymać zaświadczenie o uprawnieniach do wykonywania zawodu, a nawet zgodę na samodzielne prowadzenie szkoły. Do Łódzkiej Dyrekcji Szkół napływało wiele próśb o zezwolenie na otwarcie prywatnej szkoły elementarnej lub pensji żeńskiej – najczęściej były one rozpatrywane odmownie. Motywowano to brakiem uprawnień do kierowania szkołą, niewystarczającym wykształceniem lub też faktem, iż Łódzka Dyrekcja Szkół nie planowała otwarcia nowej szkoły w mieście.

"Rozwój", rok 1903.

Kłopoty z uzyskaniem zezwolenia miały również te nauczycielki, które zamierzały nauczać na kursach wieczorowych. W 1904 roku Emilia Bernic chciała w takim trybie prowadzić lekcje języka francuskiego, posiadała dyplom paryskiej Sorbony.
Brak zgody na kursy wieczorowe w zakresie języków, matematyki, pedagogiki i higieny szkolnej otrzymało w otrzymało o wiele wcześniej, bo w 1898 roku, Łódzkie Żydowskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy Nauczycieli.

"Czas", kalendarz informacyjno-adresowy, rok 1900.

Nauczycielki ubiegające się o pracę w Łodzi mogły także zwrócić się o pośrednictwo do kantorów dla nauczycieli, bon i służących, których w Łodzi było kilkanaście. Słynęły one z nieuczciwości.

"Rozwój", rok 1906.

Oferty pracy w oświacie można było uzyskać, w zależności od pochodzenia, w Łódzkim Żydowskim Towarzystwie Wzajemnej Pomocy Nauczycieli (ŁŻTWPN) i w Łódzkim Chrześcijańskim Towarzystwie Wzajemnej Pomocy Nauczycieli (ŁChTWPN), które w razie potrzeby wspierały kobiety finansowo, a także wystawiały im rekomendacje.

"Czas", kalendarz informacyjno-adresowy, rok 1901.

Za najniżej stojących na szczeblu drabiny nauczycielskiej uznano nauczycieli szkół elementarnych. Obserwacja gruntu łódzkiego wskazuje jednak na to, że nauczyciele owi, a w szczególności nauczycielki, nie różniły się poziomem wykształcenia od tych nauczających na pensjach i w szkołach średnich. Tłumaczy to fakt, iż pełne gimnazjum stanowiło górną granicę możliwości wykształcenia nauczycielki bez względu na szczebel szkoły. Znacznym problemem w szkołach elementarnych był niezwykle niski poziom nauczania, narzucany ograniczonymi programami i obowiązkową nauką w języku rosyjskim. Utrudniało to nauczycielom przekazywanie wiadomości z danego przedmiotu i nakazywało skupienie na zagadnieniach językowych. Nie bez znaczenia był również fakt, iż nauka trwała krótko i tak naprawdę nie przynosiła wymiernych efektów. Wszystko to wystawiało nauczycielom szkół elementarnych negatywne świadectwo, ale jednocześnie nie było sprawdzianem ich wiedzy i umiejętności pedagogicznych. Zła opinia ciążąca na nauczycielkach szkół elementarnych pierwszej połowy XIX wieku, kiedy to pracę w szkołach podejmowały kobiety, które zaledwie umiały słabo czytać i pisać, nie odnosiła się do następnych pokoleń. Pod koniec XIX wieku nauczycielki były lepiej wykształcone i poddawano je ostrej selekcji zawodowej. Kandydatki do zawodu nauczycielskiego wraz z prośbą o przyjęcie do pracy składały na ręce naczelnika Łódzkiej Dyrekcji Szkół prośbę o odbycie praktyk zawodowych w jednej z łódzkich szkół pod okiem doświadczonej nauczycielki. Podczas praktyk absolwentki gimnazjum uczyły się zawodu, dokumentując to sporządzanymi konspektami z lekcji. Praktyki zamykało wystawienie opinii przez nauczycielkę prowadzącą, dokument ten dołączano do akt kierowanych do Łódzkiej Dyrekcji Szkół.

"Łodzianin", rok 1893.

Rozwój szkolnictwa elementarnego dla dziewcząt w XIX wieku odbywał się powoli. Pierwsza żeńska szkoła elementarna powstała w Łodzi w 1839 roku i funkcjonowała przez pół roku – przyczyną jej upadku była mała ilość chętnych. Niemniej jednak wraz z rozwojem miasta coraz więcej rodziców posyłało swe córki do szkół. Były to szkoły dla chłopców, które ze względu na potrzeby stawały się szkołami koedukacyjnymi, choć ich właściciele nie posiadali zezwoleń na przyjmowanie dziewcząt. Wiele młodych łodzianek uczęszczało też na lekcje do tzw. szkół „pokątnych” – tajnych, które najczęściej były prowadzone przez kobiety.

"Łodzianin", rok 1893.

Pod koniec XIX wieku żeńskie szkoły elementarne istniały już legalnie, i zgodnie z ówczesnym trendem, kadra tychże szkół zaczynała się feminizować. W końcu 1875 roku było w Łodzi 12 nauczycieli szkół elementarnych jednoklasowych i dwóch w szkole męskiej dwuklasowej. W latach 1876-1880 przyjęto do pracy w szkołach pięć nauczycielek, a w 1882 zatrudnionych było sześć nauczycielek robót ręcznych, ich liczba rosła, ponieważ w kolejnych szkołach wprowadzano ten przedmiot. W Łodzi zaczęło też powstawać coraz więcej szkół żeńskich. W 1892 roku szkoła nr 13 została zamieniona na żeńską, jako dwudziestą w mieście. Żydowska szkoła żeńska powstała dopiero w roku szkolnym 1882/1883. Przyjęto do niej 150 dziewcząt, ale chętnych było znacznie więcej. Zatrudniono dwie nauczycielki. W 1896 roku istniały w Łodzi 24 szkoły elementarne, w osiemnastu z nich nauczało 25 kobiet. Należy podkreślić, że w szkołach tych zatrudniano zazwyczaj dwoje czy troje nauczycieli. Analiza ich nazwisk wskazuje, że nauczycielkami w większości były Rosjanki, które pracowały również w szkołach dla dziewcząt wyznania mojżeszowego – były to córki rosyjskich urzędników i wojskowych. W 1899 roku funkcjonowały w Łodzi 24 szkoły elementarne chrześcijańskie, w tym 5 żeńskich i 6 szkół elementarnych żydowskich, w tym 4 żeńskie.

Żeńskie szkoły elementarne chrześcijańskie:
Nr 10 – Wyszyńskiej przy ulicy Widzewskiej 45 (dziś ulica Kilińskiego)
Nr 13 – Jastrzębskiej przy ulicy św. Benedykta 35 (dziś ulica 6 Sierpnia)
Nr 20 – Łukowskiej przy ulicy Krótkiej 3 (dziś ulica Traugutta)
Nr 21 – Puchparowicz, przy ulicy Zarzewskiej 31
Nr 23 – Susłowej, przy ulicy Św. Andrzeja 40 (dziś Andrzeja Struga)

Żeńskie szkoły elementarne żydowskie:
Nr 1 – Jakubowskiej, przy ulicy Konstantynowskiej 18 (dzisiaj ulica Legionów)
Nr 2 – Szymanowicz, róg ulicy Widzewskiej (dziś Kilińskiego) i Św. Benedykta  (dziś ulica 6 Sierpnia)
Nr 3 – Długacz, przy ulicy Nawrot 3
Nr 4 – Nowak, przy ulicy Północnej 24.


Żydowskie szkoły żeńskie nie posiadały długiej tradycji, ale szkolnictwo dla dziewcząt wyznania mojżeszowego zaczęło pod koniec XIX wieku rozwijać się bardzo prężnie – liczba szkół żeńskich dwukrotnie przekroczyła liczbę szkół dla chłopców. Było to spowodowane tym, iż młodzi Żydzi uczęszczali do szkół religijnych i tam studiowali Prawo Boże. Dziewczęta nie były zobowiązane do nauki w chederach, choć małe dziewczynki chodziły niekiedy do tzw. dardykli, czyli niższych chederów, gdzie otrzymywały opiekę i mogły, ale nie musiały, zdobywać początkową wiedzę. Brak moralnego przymusu edukacji religijnej dawał swobodę w kształceniu żydowskich dziewcząt. 



"Gazeta Łódzka", rok 1918.


"Godzina Polski", rok 1916.

"Rozwój", rok 1912.

Nauczyciele szkół elementarnych nie stanowili jednolitej grupy zawodowej. Istniejący podział na nauczycieli starszych i młodszych, nauczycielki robót ręcznych i tzw. pomocników nauczycieli najgłębsze odbicie znajdował w różnicach w wielkości wynagrodzenia. Pensje nauczycieli zależne były od zajmowanej pozycji i od stażu pracy. Nauczycielka starsza w 1898 roku zarabiała ok. 300-350 rubli rocznie, nauczyciel od 350 do 410 rubli. Nauczyciele na przełomie XIX i XX wieku nieustannie domagali się podwyżek, podania o zwiększenie uposażenia składali na ręce naczelnika Łódzkiej Dyrekcji Szkół indywidualnie lub grupowo. Zarobki nie wystarczały na pokrycie podstawowych potrzeb życiowych.
Praca w miejskiej szkole dawała pewne szanse, mimo iż kobiety zarabiały rocznie średnio o 100 rubli mniej od nauczycieli, to ich pensje były i tak wyższe od wynagrodzeń w szkołach wiejskich. Ponadto w mieście nauczycielki mogły dorobić udzielaniem prywatnych lekcji – za godzinę takich zajęć otrzymywały ok. 1 rubla (…)
Inaczej wyglądała sytuacja żeńskiego szkolnictwa średniego w Łodzi. Najstarszą pensją żeńską była założona w 1855 roku pensja Anny Niedzielskiej, najpierw dwu- później trzyklasowa. Lata 70. i 80. XIX wieku przyniosły bujny rozwój żeńskich zakładów naukowych, powstało wówczas kilkanaście i właścicielkami wszystkich były kobiety.

"Goniec Łódzki", rok 1905.


"Gazeta Łódzka", rok 1916.

Najbardziej znanymi pensjami w Łodzi były pensje Teofili Schmidt, A. Wolnickiej, L. Weller, E. Remus, C. Waszczyńskiej, W. Niewęgłowskiej, Julii Jezierskiej, Marii Berlach, S. Heller, M. Lewi, L. Rudzkiej, Eugenii Jaszuńskiej. 

"Łodzianin", rok 1893.

Początkowo były to szkoły jedno- lub dwuklasowe, które natychmiast po rozpoczęciu działalności uaktywniały starania o zwiększenie liczby oddziałów (klas). W 1886 roku powstało w Łodzi gimnazjum żeńskie, co miało zahamować rozwój żeńskiego szkolnictwa średniego. Źródła wskazują jednak, że powstawały z dużą dynamiką nowe pensje żeńskie, a istniejące starały się rozszerzać swą działalność. Jak wynika ze spisu łódzkich pensji żeńskich, które wprowadziły program progimnazjum szczytowy moment rozwoju tego typu szkół nastąpił na przełomie lat 1898/1899.

Łódzkie pensje żeńskie z programem progimnazjalnym za rok 1901:

"Rozwój", rok 1903.

Pensja Teofili Schmidt założona w 1863 roku.

"Rozwój", rok 1903.


"Rozwój", rok 1907.

Pensja Leontyny Rajskiej założona w 1878 roku.

"Łodzianin", rok 1893.

Pensja Julii Jezierskiej założona w 1879 roku.
Pensja Marii Berlach założona w 1886 roku.

"Czas", kalendarz informacyjno-adresowy, rok 1902.

Pensja Eugenii Jaszuńskiej założona w 1891 roku.

"Rozwój", rok 1903.

Pensja Anieli Rothert założona w 1896 roku.

"Rozwój", rok 1903.


"Rozwój", rok 1906.

Pensja Julii Berg założona w 1897 roku.


Informator Handlowo-Przemysłowy, rok 1909.

Pensja Zofii Libiszowskiej założona w 1898 roku.

Pensja Marii Szczyglińskiej założona w 1899 roku.

"Rozwój", rok 1903.

Pensja Janiny Tymienieckiej założona w 1899 roku.


"Rozwój", rok 1906.

Pensja Zofii Pętkowskiej założona w 1901 roku.
Pensja Julii Zbijewskiej założona ok. 1901 roku.

Uczennice IV klasy gimnazjum żeńskiego Anieli Rothert.

"Rozwój", rok 1907.

Każda nowa pensja otrzymywała odtąd status progimnazjum i przygotowywała uczennice do egzaminów wstępnych do gimnazjum. Uważano, że jest to zbyt mała autonomia, ograniczająca rozwój tego typu szkolnictwa – przełożone pensji starały się o to, by otrzymać zezwolenie na prowadzenie szkół siedmioklasowych. Negowały również fakt, że pensja miała mieć program zbieżny z gimnazjum i używać tych samych podręczników – wszystko po to, by jej absolwentki mogły kontynuować naukę w rządowym gimnazjum. Było to najbardziej oburzające dla Polek i Niemek, które wolały nadal uczyć się w szkołach narodowościowych, nie zaś w gimnazjum z rosyjskim językiem wykładowym. 


"Rozwój", rok 1906.

Głównym celem zarządzenia o progimnazjach było wyrównanie poziomu nauczania na pensjach. Do 1905 roku następował rozwój czteroklasowych progimnazjów żeńskich, następnie zaś, dzięki zmianom spowodowanym wydarzeniami rewolucyjnymi, zaczęły powstawać szkoły siedmioklasowe, których bazą były istniejące już pensje – w szkołach tych zaczęto nauczać w języku polskim.


"Rozwój", rok 1907.

"Rozwój", rok 1908.

Ambicje łódzkich przełożonych pensji żeńskich sięgały dalej i w 1906 roku Zofia Bader-Libiszowska, w imię szeroko rozumianych haseł równouprawnienia kobiet, wniosła podanie do Łódzkiej Dyrekcji Szkół o zmianę statusu prowadzonego przez nią gimnazjum na ośmioklasową szkołę z programem męskich gimnazjów klasycznych. Podanie owo uwzględniono i w ten sposób powstała w Łodzi, jedyna w Królestwie Polskim, placówka mająca za zadanie przygotować słuchaczki do wyższych studiów naukowych. Podobnie rzecz się miała ze szkolnictwem niemieckim, które walczyło o swobodny rozwój i nauczanie we własnym języku. 


"Rozwój", rok 1908.

Rozwój żeńskich pensji niemieckich i polskich przebiegał podobnie, choć zarzucano tym pierwszym, że były lepiej traktowane przez władze i wcześniej uzyskiwały zezwolenia na rozwój działalności. Zofia Liboszowska tak wspomina działalność niemieckiej pensji żeńskiej Teofili Schmidt:
„W 1898 roku w Łodzi nie można było uzyskać koncesji na zakład naukowy o wyższym poziomie, niż czteroklasowy. Wyjątek stanowiła najstarsza w mieście uczelnia prywatna pani Schmidtowej, ale i ta z przywileju swego nie korzystała, poprzestając wyłącznie na prowadzeniu niższych klas. Staroniemiecka modła dająca za cel kobiecie „Kirche, Kinder und Küche”, szerokie uwzględnienie znajdowała w Łodzi, gdzie tylko najzdolniejsze dziewczęta, przeważnie aspirantki do zawodu nauczycielskiego, kończyły średnie zakłady naukowe.”


Zofia Libiszowska. "Rozwój", rok 1906.


 "Rozwój", rok 1906.

"Rozwój", rok 1903.

Pensja Teofili Schmidt faktycznie uzyskała zezwolenie na prowadzenie sześciu klas w 1899 roku, ale już rok wcześniej pensja polska Julii Jezierskiej posiadała takie prawa. 



"Rozwój", rok 1906.

"Rozwój", rok 1906.

Kariera niemieckiej pensji Anieli Rother porównywalna była z innymi pensjami polskimi.
Szkoły niemieckie również dopiero po rewolucji 1905-1907 roku uzyskały zezwolenie na prowadzenie zajęć w języku niemieckim, do tego czasu utrzymywał się ich status progimnazjów.

Przełożone niemieckiej pensji żeńskiej: Cecylia Remus i Aniela  Rothert.

Droga do stanowiska przełożonej pensji, jeśli w grę nie wchodził kapitał rodzinny, była w bardzo wielu przypadkach podobna. Młoda panienka pochodząca ze średniego mieszczaństwa kończyła pensję żeńską w Łodzi, a następnie gimnazjum w jednym z najbliższych miast. Po ukończeniu nauki podejmowała pracę nauczycielki pensji i dorabiała prywatnymi lekcjami, by w końcu, przy wsparciu rodziny, otworzyć własny zakład naukowy. Pensja stawała się też często rodzinnym interesem dziedziczonym z pokolenia na pokolenie. 



"Rozwój", rok 1906.

Schedę po właścicielce obejmowała siostra, bratowa, siostrzenica lub bratanica, nigdy zaś córka. Wiązało się to ze stylem życia, jaki prowadziły nauczycielki; te, które wychodziły za mąż opuszczały pensję. Czasami nauczały prywatnie, bu dorobić na utrzymanie rodziny. Zazwyczaj wracały do zawodu jako wdowy, gdy nie miały innych środków utrzymania. Nieco inaczej było wśród nauczycielek szkół elementarnych, przed którymi nie stawiano tak wysokich wymagań naukowych i całkowitego poddania się pracy. 

"Rozwój", rok 1903.

Znane są na gruncie łódzkim pracujące małżeństwa nauczycieli szkół elementarnych (Stanisława i Jan Sawiccy – nauczycielka prac ręcznych i nauczyciel szkoły elementarnej nr 8,  czy Ewa i Antoni Rybakowie, oboje pracowali w szkole elementarnej nr 1).

"Gazeta Łódzka", rok 1913.

Nauczycielka pensji żeńskiej musiała, oprócz doskonałego opanowania wiedzy z danego przedmiotu i umiejętnego jej przekazywania, umieć pobudzić uczennice do twórczego myślenia. Już wtedy kładziono silny nacisk na pełny rozwój intelektualny. Ponadto zmuszona była do ciągłego dokształcania się i, czerpiąc wzór ze starszych koleżanek, wciąż doskonaliła swoje umiejętności pedagogiczne, których nie nabywało się wraz z ukończeniem rosyjskiego gimnazjum. Przede wszystkim jednak nauczycielka pensji żeńskiej musiała stanowić wzór moralności. Najłatwiej było strzec dobrej opinii, całkowicie oddając się pracy i pozostając niezamężną.

Nauczycielki pensji Anieli Rothert: D. Reichel, D. Jołkin, M. Billewicz, J. Lange.

Jeszcze wyższe wymagania stawiano damom klasowym, które stały niżej w hierarchii zawodowej od nauczycielek przedmiotu. Nieustannie przebywały one z pensjonarkami. Ze względu na istnienie przy pensjach internatów, damy dzieliły się na stałe i przychodnie. Do ich obowiązków należało asystowanie na lekcjach (koniecznie na tych, które prowadził nauczyciel – aby panienki nie pozostawały sam na sam z mężczyzną), oceniały sprawowanie, pilność, skupienie i porządek. Towarzyszyły uczennicom na spacerach, dawały lekcje w młodszych klasach, zastępowały nieobecnych nauczycieli. Były na usługach przełożonej i uczennic. Po skończonych lekcjach damy przychodnie wracały do domu, a damy stałe, mieszkające z uczennicami, pilnowały ich po południu – odrabiały z nimi lekcje, spały w sypialniach dziewcząt. Do 24-godzinnych dyżurów damy klasowe zobowiązane były 3-4 razy w tygodniu. Również tyle samo razy w tygodniu miały wolne popołudnie, a co drugą niedzielę – do własnej dyspozycji, musiały jednak wrócić na pensję do godziny 21. Za wykonywaną pracę damy klasowe otrzymywały płacę w zależności od możliwości finansowych przełożonej, a także klasy, której wychowawstwo obejmowały – klasy niższe były gorzej opłacane. Zarobki te wahały się od 100 do 450 rubli rocznie wraz z mieszkaniem i utrzymaniem, na ogół jednak nie przekraczały 250-300 rubli. Damy klasowe rekrutowały się często z dawnych wychowanek pensji, zwłaszcza tych, którym przełożona pozwalała płacić zmniejszone czesne. Uważały swoją pracę za wielki awans społeczny, jednak grono nauczycielskie nie traktowało ich poważnie i odsuwało ze swego środowiska.

"Rozwój", rok 1907.

Najwyżej w hierarchii nauczycielstwa Królestwa Polskiego stali wykładowcy gimnazjum rządowych. Dla Polaków prestiż ten był dyskusyjny, ponieważ placówki te stanowiły bastiony rusyfikacji. Każdy, kto myślał o dyplomie studiów wyższych zmuszony był uzyskać maturę gimnazjalną, umożliwiającą dalsze kształcenie. W przypadku kobiet cztery, a nawet dwie klasy gimnazjum, stawały się już poważną kartą przetargową w wyścigu o pracę. Nauczyciele, którzy podejmowali pracę w gimnazjach stawali się elitą, choćby ze względu na małą ilość tego typu szkół w Królestwie. Władze zaborcze bardzo niechętnie wydawały zezwolenia na otwieranie nowych gimnazjów.
W Łodzi gimnazjum żeńskie rozpoczęło swą działalność 1 października 1886 roku w budynku przy ulicy Cegielnianej (dzisiaj ulica Więckowskiego). Fakt ten poprzedzony był licznymi zabiegami miejscowych przemysłowców i lokalnej prasy, która silnie dopingowała utworzenie żeńskiej szkoły średniej.

"Łodzianin", rok 1893.

W 1903 roku wyszły dwa zarządzenia istotne dla funkcjonowania gimnazjów żeńskich:
1.     dopuszczono kobiety do nauczania wszystkich przedmiotów w wyższych klasach gimnazjów; warunkiem były ukończone wyższe kursy żeńskie, a także zezwolono guwernantkom i niższym nauczycielkom na wykładanie języka francuskiego i języka niemieckiego – dotychczas kobiety nie mogły nauczać tych dwóch języków i pozostałych przedmiotów w wyższych klasach gimnazjów,
2.     w gimnazjach żeńskich obowiązkowo mieli być zatrudnieni lekarze, pierwszeństwo w objęciu posady zapewniano lekarkom.

Absolwentki łódzkiego gimnazjum w większości zasilały szeregi nauczycielstwa, ale znalazły się wśród nich również lekarki i aptekarki. Były to przeważnie córki znaczącej inteligencji, przemysłowców i bogatych rzemieślników. Od 1885 roku nie przyjmowano do szkół dzieci niższego proletariatu (stangretów, kucharzy, praczek, drobnych sklepikarzy). Zdarzały się jednak przyjęcia do gimnazjum dzieci z rodzin gorzej uposażonych i dla nich były przeznaczone stypendia. (…)

"Rozwój", rok 1900.

Kobiety z wykształceniem gimnazjalnym podejmowały również pracę freblanek. Pełne gimnazjum nie wystarczało jednak do samodzielnego prowadzenia przedszkola, należało ukończyć specjalną szkołę w Warszawie dla freblanek. Częstym przypadkiem było oddalanie próśb o otwarcie przedszkola ze względu na brak uprawnień, motywacją był fakt, ze w gimnazjum nie uczono freblowskich metod pracy z małymi dziećmi.

"Rozwój", rok 1903.

Zapotrzebowanie na przedszkola było w Łodzi ogromne, często rodzice usiłowali zapisywać małe dzieci do szkół elementarnych, by tylko zapewnić im opiekę. 


"Rozwój", rok 1906.


"Rozwój", rok 1906.

"Rozwój", rok 1906.


"Rozwój", rok 1907.




Informator Handlowo-Przemysłowy, rok 1909.


Informator Handlowo-Przemysłowy, rok 1909.

Do pracy freblowskiej zgłaszało się wiele młodych kobiet, ale także mężczyźni – wraz z początkiem XX wieku wszyscy posiadali odpowiednie kwalifikacje. Pierwsze ogródki freblowskie zaczęły powstawać w Łodzi w latach 80. XIX wieku. Oprócz nadzoru nad dziećmi miały także program, który zapewniał naukę prostych robót ręcznych oraz krótkich wierszyków, łatwych bajek, opowiadań, piosenek i gier.

"Rozwój", rok 1906.

"Republika", rok 1924.

Pierwszy ogródek freblowski w Łodzi założyła 15 sierpnia 1891 roku Cecylia Bronowska przy ulicy Zawadzkiej (dziś ulica Próchnika).

"Łodzianin", rok 1893.


"Rozwój", rok 1907.

Zezwolenie na taki zakład otrzymała także Eugenia Jaszuńska.W 1891 roku otwarte zostało przedszkole przy ulicy Cegielnianej róg Widzewskiej  - założycielką była Zofia Łękawska. Jednym z pierwszych przedszkoli łódzkich był ogródek założony w 1882 roku przy fabryce Ludwika Meyera. Bardzo znanym było przedszkole działające w naszym mieście na przełomie wieków, przy ulicy Mikołajewskiej 31 (dzisiaj ulica Sienkiewicza) założone przez Marię Zarzycką.

"Rozwój", rok 1907.

"Rozwój", rok 1906.

"Rozwój", rok 1909.

Kobiety wykazywały dużą aktywność w zakresie kształcenia artystycznego. Istniał ogromny popyt na naukę muzyki, przede wszystkim gry na fortepianie oraz na naukę śpiewu. W związku z takim zapotrzebowaniem bardzo zwiększyła się liczba domowych nauczycieli śpiewu.


"Goniec", rok 1905.


"Rozwój", rok 1906.

"Gazeta Łódzka", rok 1916.

Pod koniec XIX wieku kobiety zaczęły zakładać prywatne szkoły muzyczne. W 1893 roku Julia Elszewicz otworzyła pierwszą w Łodzi szkołę muzyczną. Dyrektorką i założycielką była absolwentka Petersburskiego Konserwatorium Muzycznego, śpiewaczka koncertowa i oratoryjna, wcześniej prowadziła taką szkołę w Mittawie na Łotwie. Szkoła łódzka liczyła w drugim roku istnienia 25 uczniów. Program przewidywał następujące przedmioty nauczania: śpiew solowy i chóralny, grę na fortepianie, skrzypcach i wiolonczeli, kompozycję, teorię i historię muzyki. Szkoła urządzała w Domu Koncertowym popisy, które cieszyły się uznaniem i wielką frekwencją.
W 1901 roku została otwarta szkoła muzyczna Stefanii Szubert-Biernackiej, w której oprócz muzyki nauczano języka rosyjskiego i deklamacji. Program szkoły był szerszy niż kursy Elszewiczowej, zawierał naukę gry na organach, akordeonie oraz wszystkich instrumentach strunowych.


"Rozwój", rok 1906.

"Rozwój", rok 1903.

Oprócz wymienionych wyżej szkół dla dziewcząt, prowadzonych przez kobiety w Łodzi pod koniec XIX wieku, na dość szeroką skalę rozwinęły się szkoły rzemiosł. 


Księga pamiątkowa 25-lecia pracy Pogotowia Ratunkowego w Łodzi.

Szkoły te realizowały propagowane przez pozytywistów hasła praktycznego wykształcenia kobiet, ale osoby, które prowadziły takie szkoły oraz je kończyły nie mogą zostać zaliczone do inteligencji, bez wątpienia zasilały one liczną grupę drobnomieszczaństwa łódzkiego. 

"Rozwój", rok 1903.

Jedyną szkołą żeńską na wyższym poziomie, która jednocześnie dawała wykształcenie praktyczne i dyplom szkoły średniej, była szkoła handlowa Cecylii Waszczyńskiej, powstała w 1901 roku. 


Informator Handlowo-Przemysłowy, rok 1909.

Szkoła ta została utworzona na bazie działającej od 1886 roku pensji żeńskiej. Początkowo uczyło się w niej 18 uczennic, a zajęcia prowadziły trzy nauczycielki; w 1906 roku liczba uczennic doszła do 402. Świadczy to o ogromnym zainteresowaniu szkolnictwem zawodowym.

"Łodzianin", rok 1893.

Pewien margines nauczycielski stanowiły lektorki języków obcych, które przybyły na ziemie Królestwa Polskiego z Zachodu, głównie Angielki i Francuzki. Oferowały one naukę języków i konwersację. Cieszyły się dużą popularnością na rynku pracy, ponieważ moda na znajomość przede wszystkim francuskiego przez kobiety z wyższych sfer nie ustawała.

 "Rozwój", rok 1906.

"Rozwój", rok 1906.

"Rozwój", rok 1906.

Jednocześnie te zagraniczne nauczycielki pracowały bez zezwolenia i nie miały żadnych uprawnień. Często los nauczycielek obcego pochodzenia był tragiczny, nie miały rodziny, znajdowały się daleko od swego od swego kraju, zdane na łaskę poszukiwały pracy za dach nad głową i utrzymanie (…)

"Dziennik Łódzki", rok 1884.

 "Rozwój", rok 1906.

Omawiając problemy nauczycielek, należy również zastanowić się nad ich życiem prywatnym czy raczej jego brakiem. Kobiety uprawiające ten zawód rzadko wychodziły za mąż i cieszyły się szczęściem rodzinnym. Praca, która wymagała od nich nieskazitelności moralnej, odbierała im prywatność, na przykład nauczycielki ciężarne nie mogły przebywać w towarzystwie pensjonarek. Musiały wybierać: rodzina albo praca. Wyboru często dokonywało za nie życie, gdyż kobiety z wykształceniem miały także wymagania matrymonialne. Nie zawsze był ważny majątek kandydata na męża, ale musiał on być człowiekiem inteligentnym i wrażliwym, tolerancyjnym, godzącym się na wyemancypowanie żony, a takich mężczyzn było w Łodzi niewielu…


Kobiety godziły się więc ze swoim staropanieństwem i bez reszty oddawały pracy zawodowej, którą uważały za powołanie i traktowały niezwykle poważnie. Poświęcały jej cały swój czas, nie miały życia prywatnego. Z biegiem lat samotne nauczycielki gorzkniały i zastanawiały się nad sensem swojego poświęcenia. Starość zastawała je bez pieniędzy i rodziny, skazywała na przytułek lub łóżko szpitalne.


"Rozwój", rok 1912.


"Rozwój", rok 1907.

Ten smutny scenariusz nie dotyczył wszystkich nauczycielek. Właścicielki szkół znajdowały się w zupełnie innej sytuacji życiowej. Oprócz wzniosłych ideałów i wielkiej misji, jaką realizowały pracując w zawodzie nauczycielskim, udawało im się zdobyć pozycję majątkową. Szkoła była dla nich nie tylko miejscem zawodowej realizacji, ale także źródłem dochodów.

"Rozwój", rok 1906.

„Goniec Łódzki”, rok 1902:

W obronie nauczycielek
W pismach tutejszych niejednokrotnie poruszana była sprawa bytu nauczycielek w Łodzi. Świeżo znów spotykamy głos w tej sprawie, wypowiedziany z goryczą i utyskiwaniem na los nauczycielek. Głos ten podajemy w streszczeniu, zaznaczając, że chyba w żadnej miejscowości nauczycielki nie odegrały tak poważnej roli i nie cieszą się tak zasłużonym szacunkiem, jak w Łodzi.
Nadmienić przy tym można, iż stan nauczycielski w mieście naszym posiada zupełne poważanie ze strony ogółu, a zwłaszcza nauczycielki pozajmowały w Łodzi pierwszorzędne stanowiska towarzyskie.
Toteż głos poniższy uważamy, że może on dotyczyć wyjątków, a w ogóle jesteśmy zdania, iż jest trzymany w zbyt pesymistycznym nastroju.
Autor artykułu pisze:
„Jakkolwiek Łódź składa się z cząstki prawdziwej inteligencji, to jednak biorąc 400.000 jej ludności, znajdujemy przeważnie zlepki rozmaitych żywiołów, osiadłych z różnych miast europejskich, a po większej części z gminu, dorobkiewiczów z małego handlu, dziś opływających w dobrobyt, który przedstawia się i opiera nie na wykształceniu i starannym wychowaniu ich, lecz tylko na złocie, brylantach i – błocie!
Inteligencja wykształcona ubiega się o wyróżnienie od tej kasty, tak wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi warunkami, co zachęca pracujące ciężko np. nauczycielki do dłuższego przebywania w ich domach, widząc zaś cieplejsze i znośniejsze obchodzenie się z nimi, szacunek i wynagrodzenie odpowiednie do ich wykształcenia i nareszcie warunki pracy, ograniczające się tylko w zakresie nauczycielskim, nie odwzajemniają się złem, lecz z podwójną energią pracować się starają.
Lecz zajrzyjmy do tego zlepku, gdzie nie ma ani gruntownego wykształcenia, ani pojęcia o tym co szlachetne, uczciwe i oparte na honorze, tam znajdziemy piekło, a ta z nauczycielek, która do niego wpadnie, jest bardzo nieszczęśliwą!
Każda z tych chlebodawczyń, dorobiwszy się majątku, urządza sobie dom podług stylu nowoczesnego i pragnie potomków swych wychowywać i kształcić wysoko, lecz że sama nie ma pojęcia w jaki sposób wziąć się do tego, ażeby te zdenerwowane skarby (jak się wyrażają) wyrosły na przyzwoitych członków społeczeństwa, przyjmuje najpierw bony i od nich wymaga, ażeby były „nauczycielkami”. Bony zadaniem, jeśli jest cudzoziemką, uczyć języka, którym sama mówi, myć, czesać dzieci, szyć, cerować itp., spełniać funkcje, w ogóle wychowywać małe istoty, lecz być wychowawczynią, nauczycielką, to zadanie przechodzące zakres jej wiedzy, a zatem pożądanego rezultatu być nie może.
Otóż po paru miesiącach chlebodawczyni dowiaduje się, że jej znajoma ma nauczycielkę. Nie zgruntowawszy, w jakim wieku są dzieci jej znajomej, i ona stara się o przyjęcie nauczycielki z patentami, z językami, muzyką i innymi talentami, do 3-letniego, 5-letniego i 6-letniego aniołka, sądząc, że ta osoba zastąpi jej tamtą, która odpowiednią zupełnie była dla jej małych skowronków, ale że nauczycielka stanowi pewien szyk w domu, zatem trzeba ten mebel nabyć.
Po wielu staraniach zdobywa sobie ofiarę, która nie mając pojęcia jakich będzie miała uczniów, przyjmuje posadę, będąc przekonana, że według jej uzdolnienia spełniać będzie obowiązki właściwe jej zawodowi. Lecz niestety! Po przybyciu na miejsce swego przeznaczenia, odbiera rozporządzenia swej chlebodawczyni, które opiewają o myciu, czesaniu, kąpaniu jej skarbów, cerowaniu i łataniu bielizny wszystkich członków jej rodziny, a nawet wyręczaniu kucharki, jeśli takowa (przez oszczędność) zajęta jest porządkowaniem pokoi. Co do honorarium, to po większej części nie widzą go w tej formie, w jakiej zawarły umowę. Bezbronne wobec smutnego swego położenia, przecierpiawszy miesiąc, lub dwa, opuszczają swe stanowisko, wpadając powtórnie w drugie, podobne poprzedniemu lub jeszcze gorsze!
U łódzkich chlebodawczyń nauczycielce nie wolno jest mieć swojej woli, ani pod względem ubrania, towarzystwa odpowiedniego dla siebie, ani wypoczynku, jak również uważają za stosowne wymagać od niej zupełnego zerwania z rodziną, jeśli ją ma gdzie blisko.
Dla szyku, nauczycielka musi podług kaprysu swej chlebodawczyni marnować swój ciężko zapracowany grosz na modne fatałaszki, które zacna chlebodawczyni nabywać może, mając pracownika ze swego męża, dostarczającego złota na każde jej zapotrzebowanie; jeżeli więc nauczycielka skrępowana myślą o jutrzejszym swym położeniu, lub obowiązkami względem rodziny, nie może spełnić kaprysu, lub też nie chce marnować na próżno grosza, wówczas otwiera się piekło, kwasy, szemrania i najczęściej podobne sceny kończą się – rozstaniem.
Ten grosz nauczycielski składa się z samych łez i goryczy, jakże można wymagać i namawiać do marnotrawstwa, kiedy każda z tych biednych nauczycielek, nie jest pewną, czy przez chwilową fantazję swej zacnej chlebodawczyni, nie zostanie jutro bez dachu.
Co do pożycia towarzyskiego w domach chlebodawczyń łódzkich, to jest ono niżej krytyki.
Nauczycielce w razie zebrania jakiego większego w domu, chlebodawczyni komunikuje „że nie będzie przy ogólnym stole biesiadować, miejsce jej z dziećmi w oddzielnym pokoju”. A ileż to nauczycielek pochodzi z rodzin bardzo wysoko urodzonych, tylko zbiegiem smutnych okoliczności losowych, przymuszonych do szukania pracy w ich domach. Być bardzo może, ze ta sama chlebodawczyni, która uważa nauczycielkę za niegodną swego i jej gości towarzystwa, przez rodzinę tejże niedopuszczona by była również do obcowania w salonach, nie mając pojęcia o stosownym towarzyskim znalezieniu się!
Przychodnie nauczycielki na demiplace lub lekcje mniej mają sposobności odczuwania tych słodyczy, lecz znów w inny sposób pastwią się nad nimi, nie mogąc dosięgnąć do gruntu ich indywidualności. One słodko tak wyżyłują ich kieszeń, tak wytargują ciało i duszę tej pracownicy, tak skorzystają z jej okoliczności ciężkich, że ta biedna istota z zaparciem się swego ja, pracować jej będzie za darmo. Trzy, cztery godziny dziennej pracy, przyniesie jej kilkanaście rubli miesięcznie. Ona może umierać z głodu, ale jej chlebodawczyni zaoszczędzi na niej tyle, że zdobędzie piątą albo szóstą jedwabną halkę, kapelusz, lub brylantowy jeden więcej pierścionek. A serce, a uczucie, a litość gdzież się podziała, zapytacie mnie szanowni czytelnicy? To bagatela! To zbyteczne!
Dla nauczycielki okazywać jakieś współczucie? Po co? Takich osób w Łodzi setkami naliczyć można, a jeżeli tej się sprzykrzy, to będzie inna, a kieszeń chlebodawczyni nadwyrężona być nie może.
W ogóle los pracujących nauczycielek w Łodzi jest bardzo ciężki i pozostaje w opłakanym stanie. Mamy wiele takich, które pozbawiono miejsc wskutek tyranizowania chlebodawczyń, zniechęcone do dalszego borykania się z nimi, umierają prawie z niedostatku na glebie łódzkiej. Dużo robi się dla biednych w Łodzi, dużo daje się dla szyku, lecz dajmy coś dla tych nieszczęśliwych, obmyślmy taką pomoc i schronienie, ażeby te biedne, upośledzone losem miały gdzie się schronić, w chwili, kiedy przezacna, złota chlebodawczyni przez swój kaprys, wyrzuci ją za próg, nie bacząc na to, że robiąc ją swoją pracownicą, nie bierze jej na dzień, tydzień i miesiąc, lecz na dłuższy okres. Pozbawiając ją ze swej winy dachu i chleba, powinna wynagrodzić ją w stosunku całego roku”.

"Głos Poranny", rok 1935.

"Głos Poranny", rok 1935.

Źródła:
Eugenia Podgórska. Rozwój oświaty w Łodzi do 1918 roku.
Zygmunt Ellenberg. Żydzi i początki szkolnictwa powszechnego w Łodzi (1806-1864). Przyczynek do dziejów szkolnictwa oraz ludności żydowskiej w Łodzi.
Marta Sikorska-Kowalska. Wizerunek kobiety łódzkiej przełomu XIX/XX wieku.
Marta Sikorska-Kowalska. Czego chce współczesna kobieta? Problematyka kobieca na łamach polskiej prasy w Łodzi przełomu XIX i XX wieku.

Fot. archiwalne pochodzą ze stron:
oraz ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi. 

"Godzina Polski", rok 1918.

Przeczytaj jeszcze:

BAEDEKER POLECA:
Czego chce współczesna kobieta? Problematyka kobieca na łamach polskiej prasy w Łodzi przełomu XIX i XX wieku. Wybór i opracowanie Marta Sikorska-Kowalska.
Antologii tekstów poświęconych problematyce kobiecej z przełomu XIX i XX wieku, za tytuł posłużyło pytanie, które nigdy nie straci na aktualności: „Czego chce współczesna kobieta?” - artykuł, w którym próbowano rozstrzygnąć to zagadnienie ukazał się w „Kurierze Łódzkim” z 1908 r. Próbowano w nim rozstrzygnąć to zagadnienie na łamach „Kuriera Łódzkiego” z 1908 r. Podkreślano w nim, że kobiety są twórcami kultury i bez nich nie dokonają się przemiany cywilizacyjne, a Polska nie odzyska niepodległości. W szczególności kobiety zażądały prawa do pracy, rozporządzania swoim majątkiem, wolności, równości, szacunku. Część artykułów dotyczy wychowania oraz edukacji kobiet, m. in. problemów łódzkich gimnazjów żeńskich, dopuszczenia kobiet do studiów wyższych. Zamieszczono też teksty z zakresu higieny kobiety i macierzyństwa. Poświęcono także rozdział pracy kobiet – ukazuje on ciężkie warunki pracy robotnic oraz ustawodawstwo fabryczne. Praca prezentuje również publicystykę poświęconą walce z prostytucją oraz handlem żywym towarem. Część wydawnictwa poświęcona jest modzie oraz walce z gorsetem, który niszczył zdrowie kobiety. Pokazano, że nowe trendy w modzie należały do ważnych tematów podejmowanych przez ówczesną publicystkę, również tę prowincjonalną. 


Marta Sikorska-Kowalska. Wizerunek kobiety łódzkiej przełomu XIX/XX wieku.
Praca poświęcona tematowi mało znanemu, lecz niezwykle ważnemu w procesie modernizacji Polski na przełomie XIX i XX wieku.  Autorka omawia szczegółowo różne rodzaje aktywności zawodowej kobiet: od robotnic i kobiet z marginesu społecznego po inteligencję. Znaczną część pracy zajmują jednak zagadnienia związane z warunkami i stylem życia kobiet zarówno z klasy robotniczej, jak inteligencji i wielkiej burżuazji: moda, urządzenie mieszkania, sposób spędzania wolnego czasu i zabawy.