środa, 30 grudnia 2015

Sylwester 1915 roku i... Pola Negri, czyli Łódź sto lat temu

"Gazeta Łódzka", rok 1915.

W 1915 roku pomimo wojny i panoszącej się biedy urządzono w Łodzi kilka imprez sylwestrowych, które zgromadziły sporą ilość uczestników. 


"Gazeta Łódzka", rok 1915.

Powodzeniem cieszył się występ niedawno reaktywowanego kabaretu „Bi-Ba-Bo” w kawiarni hotelu „Savoy”. Satyryczne utwory, pióra Rocha Pekińskiego (to znaczy… Juliana Tuwima), Andrzeja Nullusa, Stanisława Bala i Konrada Toma, w wykonaniu popularnych aktorów estradowych publiczność przyjmowała rzęsistymi oklaskami. 


"Godzina Polski", rok 1915.

Najsilniejszym chyba magnesem, przyciągającym łodzian na imprezę sylwestrową w Sali Koncertowej, był występ wschodzącej gwiazdy ekranu Poli Negri.


Wielu mieszkańców Łodzi miało możność wcześniejszego zapoznania się z jej talentem, oglądając wyświetlany w kinie „Casino” film polski „Niewolnica zmysłów” z Polą Negri w roli tytułowej.

Pola Negri i Borys Gołowka w romansie cygańskim "Oczy czarne", rok 1931.


W wieczór sylwestrowy znakomita artystka wykonała szereg tańców wschodnich, nagrodzonych przez publiczność gorącymi brawami. Cenną oprawę występów Poli Negri tworzyła orkiestra pod batutą znanej śpiewaczki i dyrygentki Andy Kitschman.


"Godzina Polski", rok 1915.


Przez cały okres międzywojenny dyrekcje luksusowych kinematografów sprowadzały do Łodzi wielkie gwiazdy polskiego kina. Wśród nich znaleźli się między innymi: Eugeniusz Bodo, Adam Brodzisz z żoną Marią Bogdą, Nora Ney czy Jan Kiepura i Hanka Ordonówna.


"Głos Poranny", rok 1933.

Adam Brodzisz i Eugeniusz Bodo

Nora Ney

"Głos Poranny", rok 1930.

Jan Kiepura

"Głos Poranny", rok 1935.

Pobyt aktorów związany był za każdym razem z promocją filmu lub udziałem w rewii pokazywanej w Łodzi. Zawsze przyciągali tłumy i dodawali kinom splendoru. Dla mieszkańców był to także jedyny moment, kiedy mogli zobaczyć swoich ulubieńców na żywo. Żadna z zaproszonych gwiazd nie mogła jednak dorównać młodej aktorce, która odwiedziła Łódź u progu swojej międzynarodowej kariery. Była nią Pola Negri, która po raz pierwszy przyjechała do Łodzi, by 31 grudnia 1915 roku wziąć udział w wieczorze sylwestrowym, zorganizowanym w Sali Koncertowej przy ulicy Dzielnej 18 (dzisiejsza Narutowicza). 

"Gazeta Łódzka", rok 1915.

Zapowiedź hucznej imprezy w 1915 roku spotkała się z krytyką prasy, która miała zastrzeżenia do rozrzutności władz w czasie okupacji miasta. Publiczność jednak dopisała.
Niewiele później prasa doniosła, że
 „dyrekcja Casino sprowadza z prawem wyłączności rewelację sezonu: film „Żona”. Aktualność obrazu podnosi wykonanie zdjęć na miejscach wydarzeń i przez artystów warszawskich teatrów z Polą Negri w głównej roli”.

Pola Negri jako Carmen, rok 1918.

Film "Żona", podobnie jak „Niewolnica zmysłów”, stał się sukcesem kasowym. Wyświetlano go tylko przez tydzień, lecz i tak każda z projekcji przyniosła spore dochody, a wiele osób odeszło z kwitkiem od kasy z powodu wyprzedania biletów. Wstęp na widownię mieli tylko dorośli, podobno ze względu na drastyczne sceny. Niestety, film zaginął i żadna kopia nie została odnaleziona, nie mamy więc możliwości sprawdzenia, czym w rzeczywistości były te drastyczne momenty.

"Żółty paszport", film z 1918 roku z Polą Negri w roli głównej.







źródła:
Wacław Pawlak. Na łódzkim bruku.
Piotr Kulesza, Anna Michalska, Piotr Koliński. Łódzkie kina. Od Bałtyku do Tatr.
Fot. archiwalne pochodzą ze strony Filmoteki Narodowej oraz ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi.

czwartek, 24 grudnia 2015

PRZY WIGILIJNYM STOLE – życie robotników łódzkich w pierwszej połowie XX wieku.



W łódzkim, robotniczym domu ważnym elementem związanym ze stołem wigilijnym było siano, jako pamiątka „narodzenia Pana Jezusa w stajence”. Niektórzy umieszczali wiązkę siana pod stołem i kładli na niej obrazek lub laleczkę wyobrażającą Pana Jezusa. Przeważnie jednak garstkę lub wiązkę siana rozkładano na stole i przykrywano obrusem. Często o zachowanie tej tradycji zabiegał ojciec rodziny. On to starał się o „kłak siana” i dbał o to, by „siano było przy każdym talerzu pod  obrusem”.
Jedno miejsce przy stole pozostawiano wolne. Mówiono, ze jest ono przeznaczone dla nieobecnego członka rodziny, albo dla podróżnego, czy też „dla przybysza żywego lub nieżyjącego”. Na środku stołu umieszczano opłatek na białym talerzu.
Zwracano uwagę, aby ilość osób zasiadających przy stole była parzysta. Na kolację zapraszano tylko najbliższą rodzinę, a więc dziadków, dorosłe dzieci, rodzeństwo z dziećmi i samotnych krewnych.
Sygnałem do rozpoczęcia wieczerzy było ukazanie się pierwszej gwiazdy, której wypatrywały zwykle dzieci.
„Kiedy już wszystko było przygotowane, stół zastawiony, na którym królował opłatek, siadaliśmy do stołu. […] Ojciec brał opłatek i dzielił się nim najpierw z matką, później z babcią, a następnie po kolei zaczynając od najstarszego z dzieci”.
 (z relacji Pani Zofii Zakrzewskiej)

„Łamanie opłatkiem odbywało się na stojąco, zaczynało się od dziadków, a kończyło na najmniejszym dziecku. Życzono sobie nawzajem zdrowia, szczęścia, doczekania drugiego roku, ożenku, wyjścia za mąż i dużo pieniędzy”.
(z relacji Pani Kazimiery Ławniczak)

[…] Po podzieleniu się opłatkiem zaczynano spożywać postną kolację. Przeważnie stawiano wszystkie potrawy na stole. Nie było jednolitego poglądu na temat parzystej lub nieparzystej liczby potraw uważanej za obowiązującą. Poszczególne rodziny traktowały tę kwestię zgodnie z panującą w nich tradycją. Potrawy przygotowywano w różnych zestawach i spożywano w dość dowolnej kolejności:
„Pierwszą potrawą były śledzie smażone. Smażyło się je w cieście zrobionym z mąki oraz jajek. Jedzono je przeważnie z chlebem, ponieważ spożywanie z ziemniakami oznaczało niedostatek na cały rok. Drugą potrawą były tzw. makiełki, czyli pszenne kluski z makiem, cukrem oraz gotowanym mlekiem. Makiełki robiono też z bułki pszennej polane gorącą masą składającą się z maku, cukru oraz mleka. Jako trzecią potrawę spożywano kaszę jaglaną prażoną z masłem oraz rodzynkami. Następna była zupa grzybowa z pęczakiem i ze śmietaną. Jadano też kapelusze grzybów suszonych smażone na tłuszczu i posypane mąką, następnie pierogi z kapustą i grzybami oraz duże ilości kompotu z suszonych śliwek i gruszek. […] Na stole pojawiała się też gotowana kapusta z grochem okraszona olejem i na zakończenie kompot z kluseczkami”,
(z relacji Pani Zofii Swędrak)

Powyższy wykaz tradycyjnych potraw uzupełniają inne relacje, w których wymieniane są ryby smażone, śledzie marynowane lub przyrządzane w oliwie, fasola, kasza gryczana, perłowa i ryż na słodko ze śliwkami i rodzynkami. W niektórych rodzinach do śledzi i kapusty podawano kartofle nie wiążąc z tym żadnych przesądów. Z tego zestawu dokonywano zwykle wyboru stosownie do możliwości finansowych rodziny, przyzwyczajeń i okoliczności. Przeważnie ograniczano się zaledwie do kilku potraw, na przykład:
„Pierwszą potrawą, którą się zaczynało jeść, była ryba lub śledź. […] Następnie szła kapusta. Za kapustą z kolei brano jagłę. […] Potem szły kluseczki z makiem i makiełka z bułki. Kiedy mama podawała kluski zalane kompotem, wtedy ojcie nalewał w kieliszki wódkę”.
(z relacji Pani Heleny Michalskiej)

O tym jak różnie wyglądała kolacja wigilijna w zależności od warunków materialnych rodziny świadczą opisy sporządzone przez Mieczysława Klimeckiego, który raz wspomina skromną wieczerzę w okresie pierwszej wojny światowej, kiedy to ojca powołano do wojska i ciężar utrzymania domu spadł na matkę, oraz bardziej dostatnią wieczerzę po zakończeniu wojny i powrocie ojca, kiedy na dochody rodziny składały się zarobki ojca, matki i dwóch starszych braci. Sytuację materialną swej rodziny uważa on za typową dla wielu łódzkich rodzin robotniczych w tamtych czasach. Opisując głodowe niemal warunki w czasie wojny zapytuje:
„Czy myśmy tylko tak żyli? – i dodaje – Większość łodzian była wówczas w podobnej sytuacji. Nawet po skończonej wojnie taka lub podobna nędza panowała w rodzinach bezrobotnych, których przecież nie brakowało. Trochę lepiej było tam, gdzie ojciec, czy ktoś z domu pracował 2-3 dni w tygodniu. Z tego groszowego zarobku trzeba było utrzymać liczne na ogół wówczas rodziny”.
Tak wspomina autor wigilię bez ojca:
„Jakże okropnie biednie wyglądała nasza Wigilia: matka dokonywała cudów, by stworzyć po prostu z niczego wymaganych zwyczajem dwanaście potraw. Na czystym, białym obrusie widziało się kapustę z grochem, kwasek z tejże kapusty z ziemniakami, 2-3 śledzie pokrojone w drobne dzwonka, kotlety z ikry śledzi, pierożki na kapuście postnej, kasza jaglana na gęsto, pyzy i wszystko, wszystko w tym sensie. Koło stołu zastawionego takimi przysmakami stało zafrasowane matczysko licząc, czy jest wreszcie wymaganych tradycją dwanaście potraw. Zasiedliśmy do stołu pilnie patrząc ma matkę, której już zaczęły oczy wilgotnieć. Spoglądała na puste krzesło, które zgodnie z przyjętym zwyczajem ustawione było dla nieobecnego ojca. Na stole, przy pustym krześle umieszczone były nakrycia, leżał na talerzyku kawałek opłatka. Matka płacząc cichutko składała nam życzenia i przyjmowała od nas serdeczne słowa i pocałunki, ale ciągle patrzała smutno na wolne krzesło i czyste nakrycia dla nieobecnego ojca”.


Zupełnie inaczej wyglądała Wigilia po powrocie ojca:
„Na pięknie przygotowanym stole, zasłanym czyściutkim białym obrusem leżały po środku na bielutkim talerzyku opłatki pobierane z kościoła i tam święcone. Opłatki te przewiązane niebieską wstążeczką ściągały spojrzenia domowników. Pod obrusem, po środku stołu, zwyczajem u nas przyjętym, kładziono odrobinę pachnącego siana. Z kolei matka ustawiała na stole śledzie w oliwie, occie, smażone, ryby w galarecie, ryby smażone, kapustę z grochem, makiełki (bułka moczona w mleku, z makiem i cukrem), barszcz na grzybach, grzyby podsmażane na oleju, pierożki z postnej kapusty, zupę grzybową, zupę ze śliwek i suszonych gruszek i potrawy, których nie wymieniłem, gdyż trudno mi wszystko z tamtych uroczych dni sobie przypomnieć. Był i duży bochen chleba, ser biały i pyszne masło chłopskie. […] Rozpoczynaliśmy wieczerzę z pierwszą gwiazdą na niebie. Niezapomniane to były na całe życie chwile”.

Niektórym potrawom przypisywano określoną symbolikę lub znaczenie magiczne. Interesujące informacje na ten temat przekazała Pani Helena Michalska. Ryby i śledzie jedzono
„…na pamiątkę, że pierwsi chrześcijanie, gdy z kimś nieznajomym rozmawiali, mieli w ręku laskę czy sztywniejszą gałązkę i nią rysowali na ziemi rybę i patrzyli na rozmawiającego, czy widzi. Jeśli był poganinem,  to nie wiedział co to znaczy, a jeśli był ochrzczony, wtedy rzucali się w objęcia i mówili: Bracie! Siostro!”
Kluski z makiem nasuwały w rodzinie Pani Heleny Michalskiej skojarzenia polityczne. Przypominano sobie np. powiedzenie:

W aresztanckie roty
Pędzą po sybirskim szlaku,
Daj więźniowi hasło z domu,
Gryps mu poślij w maku.

Kapusta miała zapewnić dobre zdrowie tym, którzy ją spożywają, natomiast jagłę (kaszę jaglaną) jedzono, „aby się pieniądz trzymał”. Przekonanie o właściwościach kaszy jaglanej utwierdzało przysłowie:

Nie zjadłeś w Wigilię jagły,
Pieniądze tobie przepadły.

Twierdzono, że kto w Wigilię Bożego Narodzenia je jagłę, ten w ciągu całego roku będzie zawsze miał pieniądze.
„Obowiązkowo trzeba było jeść jagły, które podobno miały taki wpływ, że przybywało u jedzących pieniędzy, więc każdy – lubił czy nie lubił – zjadał chociaż po dwie łyżki”.
„Jak babcia opowiadała, na Wigilię, powinno być jak najwięcej potraw ziarnistych, jak mak, groch, ryż, bo to była wróżba, że w ciągu roku będzie tyle rubli dochodzić, ile było ziarenek”.
Do tradycji wieczoru wigilijnego należało też picie herbaty z domowym ciastem. Jeśli warunki pozwalały, znajdowały się też na stole i słodycze: orzechy włoskie i laskowe, cukierki, dla dzieci po jabłku lub pomarańczy, ulubione przez nie figi oraz kupowane w sklepach pierniczki, a wśród nich „krajanka, okrągłe, tzw. całuski w kolorowej polewie i bardzo dobre, w polewie z czekolady, brukowce”.
W Wigilię nie pito wiele alkoholu „bo to nie należało do tradycji. Tradycja to był kieliszek lub dwa, resztę zostawiano na pierwsze święto”.
Pito wódkę tzw. przepalankę doprawianą w domu lub wino. W niektórych domach również dzieci dostawały „jakiegoś lekkiego wina, które było uroczyście i poważnie wypijane” albo też dawano im „gęsie wino, to znaczy coś w rodzaju kompotu”. Czasem wznoszono toast za nieobecnych.
„W trakcie spożywania wieczerzy matka wspominała głośno swego ojca kowala, swoje dzieciństwo, jak i przekazywała wiarę, że w wieczór wigilijny dobry gospodarz, dobrze obchodzący się z bydłem, może posłuchać w nagrodę jak mówią do siebie ludzkim głosem krowy, konie i inne zwierzęta. Że każde zwierzę, pies, kot, wszystko w obejściu, powinno odczuć wielkość tego najpiękniejszego święta”.
( z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

Często wspominano umarłych, którzy nie doczekali świąt. Wykorzystywano też rzadką okazję zgromadzenia całej rodziny przy wspólnym posiłku, by pouczać dzieci, jak nie należy zachowywać się przy stole:
„Niepojęte było dla mnie, że ojciec, mógł mieć głowę opuszczoną nad talerzem, a widział zdumiewająco wszystko: - Nie spiesz się tak Mietek – zauważał; - Władek, co tak chlipiesz, sąsiedzi usłyszą; - Hela, co nic nie jesz? Nie mieściło mi się w głowie, jak on to wszystko widział”.
( z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)
Nie brakło też
„…smakowania, wydziwiania, nad przecież niecodziennymi potrawami”

W czasie, albo po kolacji zapalano świeczki na choince i zimne ognie i „wtedy dopiero była prawdziwa uroczystość”. Rozdawano też przygotowane wcześniej prezenty. Przeważnie „pod choinką kładło się paczki”. Czasem ktoś z dorosłych „przebrany za Mikołaja rozdawał gwiazdkowe upominki”, albo rozdawał je po prostu ojciec:
[…] ojciec ku naszemu zaskoczeniu wydobył z kredensu duże, tekturowe pudło, uśmiechnięty rozpakował je i wraz z promieniejącą radością matką wręczał nam prezenty. Były to drobiazgi, ale wywołujące u nas eksplozję radości. A więc Janek dostał skórzaną portmonetkę z ukrytymi w niej na szczęście drobniakami, Władek komplecik narzędzi do majsterkowania, Hela – kolorowy, cieniutki jak mgiełka szalik, Marysia i Kamila ciepłe, ozdobne bamboszki, ja brulion, piórnik, farby wodne i piękny papier do malowania. Matka otrzymała od ojca kupon wzorzystego perkalu na suknię (którą później uszyła Hela). Wreszcie ojciec otrzymał od matki buteleczkę wody kolońskiej, którą przy nas wąchał kilkakrotnie oraz nową bindę do przytrzymywania i nadawania fasonu wąsom. Wszyscy byli radzi z otrzymanych upominków. Tylko Władek psuł mi nastrój, szepcząc złowieszczo do ucha, że powinienem otrzymać pudło szarego mydła do smarowania grubego palucha, przed zabraniem się do ssania go”.
( z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

Wieczór kończyło wspólne śpiewanie kolęd:
„Babcia kładła na stole kantyczkę – była to książeczka bardzo gruba, w której był zbiór różnych kolęd i pastorałek, które wszyscy chętnie śpiewali. Zaczynaliśmy zawsze od kolędy „Bóg się rodzi”, a następnie „Wśród nocnej ciszy” i „Lulajże Jezuniu”, a potem już różne pastorałki i kolędy skoczne i wesołe”.
( z relacji Pani Zofii Zakrzewskiej)

Około północy wybierano się na pasterkę. Szli dorośli, młodzież i starsze dzieci.

Bóg się rodzi

[na melodię znanej kolędy]

Bóg się rodzi, każdy śpiewa
A co roku gorzej mamy,
Ta tradycja nas olśniewa,
Smutek w radość obracamy.

Śpij spokojnie, mój syneczku,
Ja cię we śnie ucałuję,
uśnij głodny aniołeczku,
bo twój tatuś nie pracuje.

Wszyscy śpieszą po zakupy
bo się święta już zbliżają,
a my mamy trochę zupy,
co nam z łaski udzielają.

Śpij spokojnie…

Chcesz choinkę bym kupiła,
i konika, ja to czuję,
ja bym chętnie to zrobiła,
lecz twój tatuś nie pracuje.

Śpij spokojnie…

Kolęda przekazana przez Marię Symonowicz. Według wykonawczyni kolęda została ułożona i śpiewana w środowisku robotniczym Łodzi w okresie międzywojennym. Autorem tekstu jest Walenty Kotarski –  poeta, muzyk, pieśniarz podwórkowy, z zawodu dekarz. Wydał między innymi zbiór „Polskie kolędy humorystyczne” ok. 1930 roku.


źródło:
Irena Lechowa. Święta zimowe rodzin robotniczych we wspomnieniach starszej generacji mieszkańców Łodzi [w:] Folklor robotniczej Łodzi. Pokłosie konkursu. Praca zbiorowa.
Fotografie: Daniel Zagórski

środa, 23 grudnia 2015

Fot. Daniel Zagórski

wtorek, 22 grudnia 2015

Założyciel TESCO - Jacob, syn łódzkiego krawca.



Firmę TESCO założył Jack Cohen, najstarszy syn pochodzącego z Łodzi, żydowskiego krawca Avroama Kohena.


Urodził się pod koniec XIX wieku – 6 października 1898 roku w Londynie jako Jacob Edward Kohen - jednak jego korzenie sięgają polskiej Łodzi.
Na przełomie XIX i XX wieku Whitechapel - jedna z wschodnich dzielnic Londynu stała się miejscem osiedlania się Żydów. Masowo opuszczali oni wtedy swoje sztetle by chronić się przed falą pogromów, która przetaczała się przez Rosję i teren Rzeczpospolitej, która była objęta jej zaborem. Do Whitechapel przybyli  także rodzice przyszłego twórcy TESCO – Avroam Kohen i jego żona Sima Zamremba. Niewiele wiadomo o dzieciństwie Cohena. Założyciel Tesco w wywiadach, których udzielał, gdy wszedł już na biznesowy szczyt niewiele mówił o pierwszych latach swojego życia. Zwykle zdawkowo podkreślał, że jego rodzina żyła bardzo skromnie.
Jack Cohen początkowo tak jak jego ojciec Avroam Kohen, chciał być krawcem. Rozpoczął pracę w wieku 14 lat.


Był najstarszym z piątki dzieci Avrama Kohena - pochodzącego z Łodzi żydowskiego krawca. Przyznał kiedyś, że prawdopodobnie poszedłby w ślady swojego ojca, jednak jego plany zburzył wybuch I wojny światowej. Niedługo po tym jak Europa zamieniła się w teatr wojennych zmagań późniejszy milioner wstąpił do armii. Niezwykle przydatne były jego umiejętności, które wyniósł z rodzinnego domu. Samoloty z początku XX wieku w dużej mierze składały się z płótna, dlatego młody Cohen mógł wykazywać się zarówno w czasie ich produkcji, jak i naprawy. Wykonywał płócienne pokrycia samolotów i balonów.

Jack Cohen w wojsku, rok 1919.

Jack Cohen nigdy nie był rozrzutny. W 1919 roku, zaraz po demobilizacji otrzymał 30 funtów żołnierskiej odprawy. Kiedy jego koledzy z armii przepijali odprawy z wojska, on postanowił kupić stragan w londyńskim East Endzie, uboższej dzielnicy Londynu położonej we wschodniej części miasta. Często wspominał, że pierwszego dnia jego biznesowej działalności obrót straganu wyniósł zaledwie 4 funty. Udało mu się jednak wypracować wysoki zysk - aż 1 funt. W programie BBC przyznał, że praca pochłaniała go w całości. Wysiłek nie szedł na marne.
Zaczynał od sprzedaży pasty rybnej i syropu z trzciny cukrowej, które pochodziły z wojskowych zapasów. 
Z czasem zarabiał na tyle dobrze, że z otworzył kilka kolejnych straganów. Pracował na nich także z żoną, 7 dni w tygodniu - od świtu do zmierzchu.


W 1924 roku kupił duży ładunek herbaty od firmy T.E. Stockwell. Musiał wymyślić jak ją oznaczyć...

Wpadł na pomysł, by na opakowaniach umieścić trzy pierwsze litery dostawcy i pierwsze dwie litery własnego nazwiska (T.E. Stockwell i Cohen), co w efekcie dało nazwę TES-CO. W ten sposób powstała nazwa TESCO oraz pierwsza własna marka przedsiębiorcy.


Pierwszy sklep pod tym szyldem powstał pięć lat później - w 1929 roku w londyńskiej dzielnicy Edgware. Do wybuchu II wojny światowej Cohen posiadał już w Wielkiej Brytanii sieć 100 sklepów.

Na zdjęciu:
W 1929 roku Cohen uruchomił w londyńskim Edgware pierwszy sklep pod szyldem "Tesco Stores Ltd".
  

Biznes bardzo szybko się rozkręcał, bo po niespełna 10 latach Cohen miał już 100 sklepów. 


Biznesową działalność prowadził w oparciu o jeden fundament: minimalizację kosztów. By ograniczyć zbędne wydatki, Cohen zainwestował w pierwszy na Wyspach Brytyjskich centralny magazyn handlowy. Dzięki temu szybko rozwijająca się sieć handlowa była na bieżąco zaopatrywana. Cohen miał przy okazji pełną kontrolę nad ofertą i cenami, co pozwalało mu precyzyjnie panować nad kosztami prowadzenia działalności.

Po II wojnie Cohen postanowił przeszczepić na brytyjski rynek amerykański wynalazek - samoobsługę. W połowie lat 50. XX wieku w przebudowanym budynku kina otworzył pierwszy w Wielkiej Brytanii supermarket. Pozwolił klientom spacerować między półkami, dotykać i dokładnie oglądać towary i wreszcie samemu decydować, co trafi do sklepowego koszyka.


Z perspektywy czasu pierwsza "świątynia handlu" Cohena w niczym nie przypominała jednak współczesnych marketów. Powierzchnia pierwszego samoobsługowego sklepu Tesco miała zaledwie 200 m kw. powierzchni.

Jack Cohen z rodziną (siedzą w środku) i pracownicy firmy TESCO. Rok 1950. 

Interes Cohena cały czas się rozwijał, biznesmen przejmował kolejne sieci. Pod koniec lat 60. XX wieku miał już 800 sklepów. W 1969 roku brytyjska królowa Elżbieta II wręczyła mu osobiście szlachecki tytuł "sir" w uznaniu jego zasług.


Utworzony w 1961 roku sklep TESCO Leicester był już największym sklepem w Europie. Od mniej więcej tego czasu sklepy wielkopowierzchniowe zrewolucjonizowały sposób w jaki ludzie robią zakupy.
W 1974 roku TESCO otworzyło swoją pierwszą stację benzynową, a w 1996 roku swój pierwszy sklep całodobowy.

Jack Cohen w czasie otwarcia TESCO w Hackney, rok 1978.

Z funkcji prezesa Tesco Jack Cohen zrezygnował dopiero w 1973 roku na rzecz swojego zięcia. Zostawił firmę w nienajlepszej kondycji. Tesco miało również fatalny wizerunek - było zaprzeczeniem wysokiej jakości produktów i obsługi. Jednak dzięki przemyślanym akcjom marketingowym i PR kolejnym prezesom udało się wyprowadzić Tesco na prostą.
Jack Cohen zmarł w 1979 roku, czyli w momencie kiedy roczna sprzedaż Tesco po raz pierwszy przekroczyła 1 mld funtów. Na pozycję lidera w brytyjskim handlu Tesco czekało natomiast jeszcze do 1995 roku.
Założyciel Tesco Jack Cohen przez całe życie stał na czele firmy, dzięki której dorobił się ogromnego majątku. Jego znajomi wspominają, że zawsze żył skromnie i oszczędnie.
O prywatnym życiu Cohena wiadomo niewiele. Z wywiadów i programów wyłania się postać człowieka absolutnie oddanego swojej pracy. Wiadomo, że w nielicznych wolnych chwilach założyciel Tesco interesował się filatelistyką. Jego żona - Sarah Fox - pochodziła z Rosji i też była córką krawca. Mieli dwie córki. Jedna z nich - Shirley - z sukcesami zajmowała się działalnością społeczną oraz polityczną.


W 1995 roku, TESCO weszło do Polski, kupując sklepy trzech sieci: Minor, Madex i Savia zlokalizowanych w okręgu bielskim i wałbrzyskim. Pierwszy hipermarket Tesco w Polsce otworzono we Wrocławiu w 1998 roku. TESCO obecne jest także w Łodzi, skąd pochodzili rodzice założyciela - Avroam Kohen i Sime Zamremba. W naszym mieście znajduje się 16 różnej wielkości sklepów pod szyldem TESCO.


źródła:
http://www.retronauta.pl

 


Fot. archiwalne ze stron:





Przeczytaj jeszcze:


Fot. współczesne Monika Czechowicz

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Kapitan Stefan Pogonowski.

Stefan Pogonowski (1895-1920) – kapitan piechoty Wojska Polskiego.


Urodził się w rodzinie ziemiańskiej, w majątku Domaniewie. Po ukończeniu gimnazjum wybrał karierę wojskową: w 1914 roku wstąpił do Wileńskiej Szkoły Wojskowej, którą ukończył z trzecią lokatą 31 stycznia 1915 roku  i został mianowany chorążym. Następnie służył w Armii Imperium Rosyjskiego. Od stycznia 1918 roku był w I Korpusie Polskim w Rosji, a od września tego roku w 4 Dywizji Strzelców Polskich gen. Żeligowskiego. Od lipca 1919 roku w 28 Pułku Strzelców Kaniowskich. Był autorem wierszy lirycznych.
Poległ 15 sierpnia 1920 roku w Zamostkach Wólczyńskich pod Radzyminem, w czasie bitwy warszawskiej, prowadząc do ataku I batalion 28 Pułku Strzelców Kaniowskich.
Za okazane na polu walki męstwo odznaczony został pośmiertnie Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz awansowany na kapitana. Pochowany na Starym Cmentarzu w Łodzi, w grobowcu z sylwetką rycerza w zbroi husarskiej, wykonanym przez Wacława Konopkę, a ufundowanym przez łodzian.


Komitet budowy pomnika kapitana Stefana Pogonowskiego otrzymał opinię generała Lucjana Żeligowskiego o znaczeniu nocnego ataku pod Radzyminem w nocy z 14 na 15 sierpnia 1920 roku przez batalion ciężkich karabinów maszynowych pod dowództwem Pogonowskiego:
"Dnia 15 sierpnia o godz. 1-szej w nocy, prowadząc swe dzielne kompanie do zwycięskiego ataku na pozycje nieprzyjacielskie pod Radzyminem padł dowódca 1-go batalionu 28-go pułku piechoty ś. p. kapt. Pogonowski....w chwili kiedy nieprzyjaciel otworzył sobie wejście do stolicy. Pogonowski z batalionem odosobnionym, w miejscu najbardziej zbliżonym do tyłów nieprzyjaciela, uderzył nań w nocy pod Wólką Radzymińską, dzięki czemu nieprzyjaciel, który już doszedł do Kątów Węgierskich, czuł się zagrożony na swoich tyłach...W samorzutnej inicjatywie ś. p. kapt. Pogonowskiego leży wielkość jego czynu. Był to...moment zwrotny w historii tej wojny. Psychologia klęski, cofania się, ciągłych odwrotów została nareszcie przełamana. Odwróciła się karta historii.- W tym przełomie psychologicznym jest wielka treść czynu i śmierci ś. p. kapt. Pogonowskiego.”

Gen. Lucjan Żeligowski przypisuje natarciu kapitana Pogonowskiego doniosłe znaczenie. Rosjanie widzieli ze swoich pozycji ognie i światła Warszawy. Droga do stolicy wydawała się być otwarta. Oto co zapisał gen. Żeligowski w swych wspomnieniach:



„W tej chwili słaby batalion nie czekając godziny ogólnego natarcia, atakował punkt, który – jak się później okazało – stanowił najczulsze miejsce armii rosyjskiej, centrum głównej arterii nieprzyjacielskiego ruchu naprzód.
      Według mego przekonania – w tym miejscu odwróciła się karta wojny, nastąpił przełom psychiczny u nas i u Rosjan. Od chwili tego natarcia rozpoczęły odwrót trzy zwycięsko i niepowstrzymanie dotąd idące brygady, a także 21. dywizja ze Słupna, odwrotem swym stwarzając chaos i zamieszanie. Pogonowski, wiedziony nadzwyczajnym instynktem, rozpoczął zwycięstwo 10. dywizji i 1.armii na przyczółku warszawskim… i zginął”.

W 2002 roku powstał dokumentalny film poświęcony kapitanowi Pogonowskiemu – "Stefan Pogonowski" w reżyserii Andrzeja B. Czuldy.


Młodzież szkoły rzemieślniczej (salezjańskiej) z ulicy Wodnej, kierownicy odlewni i twórca pomnika, artysta rzeźbiarz Wacław Konopka.


Spiżowy towarzysz pancerny strzegący miejsca wiecznego spoczynku kapitana Stefana Pogonowskiego, dowódcy I batalionu 28 Pułku Strzelców Kaniowskich, zwanego „Dziećmi Łodzi”.

źródła:


Wacław Zaborowski, Zarys historii wojennej 28-go Pułku Strzelców Kaniowskich.
Bohdan Olszewski. Łódź moje miasto. Przewodnik po dawnej Łodzi.
Jerzy Pogonowski. Bohater Radzymina.
pl.wikipedia.org



Fot. współczesne Monika Czechowicz
Fot. archiwalne ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi
i inn.

niedziela, 20 grudnia 2015

NADCHODZĄ ŚWIĘTA - życie robotników łódzkich w pierwszej połowie XX wieku.


O zbliżaniu się największych świąt zimowych – Bożego Narodzenia  - przypominał adwent. W tym czterotygodniowym okresie w łódzkich rodzinach robotniczych, zgodnie z tradycją, przestrzegano postu tak samo jak przed Wielkanocą, nie urządzano wesel ani zabaw. Niektóre rodziny pościły we wszystkie dni adwentu, inne tylko w środy i piątki. Jedzenie postne – kraszone prawie wyłącznie olejem, rzadziej śmietaną – było na ogół mało urozmaicone. Tylko tam, gdzie kilka osób z domu pracowało, pozwalano sobie na nieco większą rozmaitość potraw:
[…]  Jadało się wówczas chleb maczany w oleju rzepakowym, zielonym o pysznym zapachu, z podrobioną cebulką i solą do smaku. Obiady postne: śledzie uliki czy królewskie z kartoflami, kluski z serem, zupy rybne, z kaszy jaglanej z zacierką i ziemniakami itd. W przeddzień Wigilii ojciec z matką suszyli, tzn. nie jedli nic, prócz popijania wody” (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

Na tydzień przed Wigilią przynosił kościelny lub organista opłatki: „białe dla ludzi, a różowe i niebieskie dla zwierząt”. Były opłatki droższe – „z ładną dekoracją” i tańsze, przepasane kolorową tasiemką i naklejoną gwiazdką.


Ostatni tydzień adwentu przeżywano w nastroju przedświątecznym. W sposób szczególny nastrój ten udzielał się dzieciom, które spontanicznie garnęły się do zajęć domowych, co skracało im czas oczekiwania świąt.
Przede wszystkim obowiązywało staranniejsze niż zwykle sprzątanie mieszkań:
[…]  robiło się generalne porządki. W ruch szły szczotki ryżowe, szare mydło (innego było szkoda, za drogie), ścierki; szorowanie, potem specjalnym grubym papierem wykładanie podłóg i przestrzeganie porządku pod groźbą kontaktów z >kozią nóżką< […] W piwnicy mieliśmy komórkę, gdzie w klatkach strzygły uszami przerażone króliki. W komórce była też olbrzymia beka kiszonej kapusty zakiszonej przez ojca […] I w komórce robiło się generalne porządki, wyścielając świeżą słomą klatki, uprzątając pomieszczenie, a nawet myjąc olbrzymią bekę z kapustą” (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)


Wiele starań wkładano też w przygotowanie świątecznych upominków i zaopatrzenie świątecznego stołu. Upominki i łakocie kupowano przeważnie w tajemnicy, aby były niespodzianką. Dla dorosłych kupowano szale, rękawiczki, krawaty, wstążki, a także chusteczki, pończochy, skarpetki, dla dzieci lalki, koniki, piłki, książki lub przybory szkolne, albo „jakieś drobiazgi w postaci słodyczy”, częściej jednak dzieci otrzymywały prezenty praktyczne, które i tak miały być zakupione…
Zakupy wiktuałów robiono takie, na jakie pozwalała kieszeń – ci, którzy mieli stałą pracę, starali się, by na święta były śledzie, ryby (głównie płocie i leszcze), suszone grzyby i owoce, kupowano też mak, cukier i mąkę, surową kiełbasę, nóżki na galaretę, schab, szynkę z kością, kurę na świąteczny rosół, wódkę i wino.

Na dzień przed Wigilią pieczono w piekarni ciasto. Blachy z ciastem na placki i babki w formach zanosiły do piekarza dzieci:
[…]  Rodzina nasza była duża – były (też przewidziane) i świąteczne odwiedziny krewnych i zaproszonych gości, szykowało się więc pięć dużych blach plaków z kruszonkami, 3-4 baby pieczone w foremkach. Ciasto się piekło w piekarniach za drobną opłatą za usługę. Blachy z ciastem niosłyśmy do piekarza my dzieci, demonstracyjnie, razem, by wszyscy widzieli, jakie to święta się u nas szykują”  (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

Inna relacja:
[…]  Dzień przed Wigilią pieczono ciasto, dla dzieci przeżycie do następnych świąt. […] Zanim ciasto zostało upieczone, schodziła cała noc. Czuwało się u piekarza w piekarni na zmianę, aby ktoś nie podmienił ciasta” (z relacji Pani Heleny Szwarc)

Tego dnia i w Wigilię rano przygotowywano też inne jedzenie na wigilijną kolację i na trzy dni świąt.
„Gotowały się grzyby, groch, jagły, kapusta, suszone owoce na kompot, ucierano mak. Musiano wygospodarować czas na ugotowanie szynki i upieczenie mięsa na święta. […] Ostatnią pracą nad rozpoczęciem kolacji było smażenie ryb i tradycyjnego śledzia. Wszystko było przygotowane na czas” (z relacji Pani Heleny Szwarc)

Do przygotowań świątecznych należało też ubieranie choinki, nazywanej przez niektórych gaikiem. Większość ozdób choinkowych wykonywano własnoręcznie, w domu. Robiono łańcuchy z kolorowego papieru i słomek, zabawki z wydmuszek, waty i kolorowej bibułki, gwiazdki i ciastka z pszennej mąki.
[…]  już wcześniej przygotowywało się stroiki na choinkę. Robiło się różne zabawki z papieru, słomy, wydmuszek z jajek, bibułki itp. Tam, gdzie były dzieci, było to całe misterium” (z relacji Pani Zofii Zakrzewskiej)

Ozdobne ciastka choinkowe kupowano w sklepach. Były to:
[…]  wielkie ciastka w rodzaju serc, ruprychów (Mikołaje) i gwiazd. To wszystko było robione albo z kawą, to imitowało piernikowe ciasto, albo z wodą, to było białe. Na wierzchu zaś były te ciastka cieniutko ubierane krochmalem: ciemne różowym, lub białym, białe brązowym. Wielkie ciastka, gdy wieszali je na choince, to one długo nie wytrzymywały, gdyż tylko ze dwa dni z górą, urywały się i spadały. Mieszkania rozgrzane, to ciastka się wrzynały, bo były dość ciężkie dla nitki i gałązki” (z relacji Pani Heleny Michalskiej)


Choinkę kupowali rodzice w tajemnicy przed małymi dziećmi. Ubierał je przeważnie ojciec, wieczorem przed Wigilią, gdy dzieci już spały, albo w Wigilię rano, przy pomocy starszych dzieci. W większych mieszkaniach stawiano choinkę „ w rogu izby […] na taborecie, w garnku z piaskiem i wodą”, w małych mieszkaniach zawieszano ją u sufitu, nad stołem.
„Choinkę ubierało się kolorowo. Z powodu małych mieszkań, jakie przeważnie zajmowali robotnicy, choinkę zawieszało się u sufitu, okoloną kolorowym papierowym łańcuchem, ubraną świecidełkami, opłatkami, bibułkami, złoconymi orzechami, piernikami, które wyobrażały różne zwierzątka lub anioły, kolorowymi bombkami, na końcu świeczkami i zimnymi ogniami, a na samym dole czerwonymi jabłuszkami. Taka wisząca choinka miała tą zaletę, że nie została zaraz objedzona przez dzieci, a przez cały czas cieszyła oczy wszystkich. Jeszcze kiedy zapalano świeczki i inne zimne ognie, a zakręcono ją z tym wszystkim i zawirowała, wtedy dopiero była wielka radość dla dzieciarni” (z relacji Pani Zofii Zakrzewskiej)


„Już na kilka dni przed Wigilią Janek i Władek przytaszczyli niedużą, pachnącą lasem i innym światem choinkę, którą z uwagi na brak miejsca, zamocowali przy suficie, w pobliżu stołu. W większości mieszkań robotniczych tak sobie radzono z umieszczeniem choinki, gdyż prawie wszystkie rodziny robotnicze gnieździły się w pojedynczych pokojach. Nasza choinka spływała w dół […], nie cały metr nad wysokością stołu. Drzewko przybrane było różnokolorowymi opłatkami okrągłymi […], gwiazdkami i łańcuchami z papieru, czekoladowymi w kolorowych opakowaniach rybkami, mieniącymi się kolorowymi cukierkami i czerwonymi, wprost uśmiechającymi się jabłuszkami. U samej góry, tuż przy suficie, choinkę wieńczyła srebrzysta gwiazda. Pojaśniało, zapachniało w naszym mieszkaniu. Co chwila wpatrywaliśmy się w cudownie piękny element dekoracyjny naszego szarego gniazdka. Podnosiło to oczywiście ogromnie nastrój oczekiwania na uroczystość wigilijną” (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

W dzień wigilijny od rana panował nastrój podniosły, pełen serdeczności. „Tkwił głęboko zakorzeniony zwyczaj, przechodzący w wiarę, że jaki kto będzie w Wigilię, taki będzie cały rok”.
Zgodzie z tym przeświadczeniem rodzice ostrzegali dzieci, by „były grzeczne i nie dostawały bicia, bo kto dostanie dziś, to cały rok będzie bity”.
Dziewczęta uważały Wigilię za dzień stosowny do wróżb o zamążpójściu. Na dziesięć dni wcześniej „należało ściąć trzy gałązki wiśni i wstawić je w pokoju do wazonu. Jeśli gałązki zakwitły do Wigilii […], to był znak rychłego zamążpójścia”. Tego dnia pisały panny „kilka imion na kartkach i zawinięte w rulon kładły na noc pod poduszkę. Rano w pierwsze święto wyjmowało się rulonik i jakie było wypisane imię, takie miał nosić przyszły mąż”.
Niecodzienny nastrój panował tego dnia w fabrykach:
„Już jako kilkunastoletni chłopiec wiedziałem nie tylko od rodziców, że tak w fabryce Barczyńskiego na Tylnej 6, jak we wszystkich miejscach pracy naszego miasta, istniał głęboko zakorzeniony obyczaj składania sobie życzeń z okazji różnych świąt. W Wigilię świąt Bożego Narodzenia pracowano tylko cztery godziny (i za tyle oczywiście fabrykant płacił). Życzenia składano w czasie pracy, dzieląc się przyniesionym przez jedną z towarzyszek pracy opłatkiem, wymieniając braterskie życzenia, akceptowane u kobiet pocałunkami, zaś u mężczyzn uściskiem spracowanych rąk. Czasem, w korzystnych po temu warunkach, wypijano na pomyślność  >halbkę< wódki, zagryzając śledzikiem i dodając sobie otuchy w tych niełatwych o pracę, jak i jej zachowanie, czasach. Majster nawet gdy zauważył tego rodzaju świętowanie udawał, gdyż tak mu było wygodnie, że tego nie dostrzega” (z relacji Pana Mieczysława Klimeckiego)

W uzupełnieniu relacji o Wigilii w fabryce Mieczysław Klimecki dodaje:
„W fabryce mojego ojca, podobnie jak w większości fabryk w Łodzi, robotnicy nie otrzymywali upominków czy życzeń od pracodawcy. Nigdy nikt z naszych krewnych bądź znajomych robotników, nie chwalił się wielkodusznością fabrykanta”…

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził
to byś i tutaj też boso chodził,
poszedłbyś do fabryki,
podarłbyś swe buciki
bo i w mieście Łodzi
też się boso chodzi.

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził,
to byś na Bałuty do nas przychodził
wieczerzę wspólnie zjemy,
wszystko ci opowiemy,
będziesz wszystko wiedział,
nie w Betlejem siedział.

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził,
to byś na Chojny do nas przychodził,
byś zobaczył jak żyjemy
i jak ciężko pracujemy,
jak nas okradają
i żyć nam nie dają.

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził,
to byś na Widzew do nas przychodził,
byś zobaczył Maksa Kona
lud bez pracy tam już kona,
jaśnie panów trzeba
wysłać do nieba.

Gdybyś się Jezuniu w Łodzi urodził,
to byś po mieście z batem w ręku chodził,
byś przepędził tych baranów,
co to bronią jaśniepanów
Konów i Szajblerów, Poznańskich, Gajerów.

(Kolęda ze zbiorów Tadeusza Rosiaka, powstała jakoby w więzieniu na Targowej w 1923 roku)

  
źródło:
Irena Lechowa. Święta zimowe rodzin robotniczych we wspomnieniach starszej generacji mieszkańców Łodzi [w:] Folklor robotniczej Łodzi. Pokłosie konkursu. Praca zbiorowa.

Fotografie ze stron:

BAEDEKER POLECA:

Folklor robotniczej Łodzi. Praca jest zbiorem materiałów, które pochodzą z ogłoszonego w Łodzi w 1972 roku Konkursu na Folklor Robotniczy. Zgromadzone przedmioty i relacje dotyczą niemal wszystkich dziedzin robotniczego życia w pierwszej połowie XX wieku. Przytoczone anegdoty, wierszyki i piosenki dotyczą zabawy, pracy, świąt rodzinnych i najróżniejszych wydarzeń, które odbiły się szerokim echem w społeczności robotniczej Łodzi.
Organizatorzy zdobyte materiały podzieli na grupy tematyczne, a także wzbogacili je wypowiedziami uczestników Konkursu.