wtorek, 17 grudnia 2013

ŻYDOWSKIE GIMNAZJUM MĘSKIE - ŁÓDŹ, ULICA PRÓCHNIKA 43.



W budynku przy ulicy Próchnika 43 (wówczas była to ulica Zawadzka) działało żydowskie gimnazjum męskie o profilu humanistycznym.



Gimnazjum zostało założone przez poetę Icchaka Kocenelsona, podobnie jak prywatna szkoła hebrajska przy ulicy Zawadzkiej 4. Jej kierownikiem administracyjnym był brat poety Berl Kocenelson.

"Głos Poranny", rok 1932


Szkoła działała w latach 1918-1939.

"Głos Poranny", rok 1930.


Icchak Kacenelson (1886-1944) poeta, pisarz i tłumacz. Urodził się w Karelicach koło Mińska (tam wychowywała go babka). Mniej więcej od 6 roku życia mieszkał z ojcem Jakubem Beniaminem Kacenelsonem, literatem oraz dyrektorem chederów w Zgierzu i Łodzi, gdzie młody Icchak przez kolejne sześć lat pobierał nauki. Ze względu na sytuację materialną rodziny przerwał naukę i zaczął pracę w fabryce włókienniczej. Jego utwory publikowały jednak pisma hebrajskie i żydowskie. Został współpracownikiem hebrajskiego czasopisma "Hacefira". Po odbyciu służby wojskowej wrócił do Łodzi i otworzył prywatną szkołę hebrajską i gimnazjum męskie.
Icchak Kacenelson, rok 1934.  
Będąc nauczycielem, i wychowawcą pozostał poetą i dramaturgiem, pisał utwory dla dzieci, tłumaczył (m.in. pieśni Heinego). Tworzył wyłącznie w języku hebrajskim i w jidysz. Należał do grupy artystów „Jung jidysz”. Od 1918 roku był prezesem Związku Literatów i Dziennikarzy Żydów w Łodzi. Współtworzył też hebrajską scenę w Łodzi. W czasie wojny trafił do warszawskiego getta. Jego żona i dwóch synów zginęli w Treblince, on ze starszym synem zostali wywiezieni do obozu dla internowanych w Vittel we Francji, gdzie napisał wstrząsający poemat „Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie”, potem przebywał w obozie w Drancy. Zginął w komorze gazowej w Auschwitz-Birkenau 1 maja 1944 roku.


Fragment manuskryptu utworu "Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim"
fot. Ghetto Fighters House Archives.

ZAŚPIEWAJ
"Zaśpiewaj, lekką, pustą harfę weź do ręki,
Niech serca zbolałego ton żałobny wyda,
Ciężko połóż swe palce na jej strunach cienkich,
Zaśpiewaj o ostatnich Europy Żydach".
- Jak mógłbym śpiewać? Jak mi usta się otworzą,
Gdy moja żona, moje dzieci, dwa ptaszęta...
Sam jeden pozostałem tutaj z całą zgrozą!
Słyszę ich płacz... okropność jeszcze trwa... pamiętam!
"Zaśpiewaj! Głos zbolały, złamany do Niego
Wznieś wysoko, niech szuka Go, czy tam istnieje.
Śpiewaj Mu pieśń ostatnią Żyda ostatniego,
Co żył, nie pochowany zmarł... ślad się rozwieje..."
- Jak mógłbym śpiewać? Jak ja głowę podnieść mogę?
Żonę uprowadzono mi, Bencjona i Jamełe, dziecko jeszcze -
Nie mam przy sobie ich, a krążą przy mnie ciągle!
O czarne cienie moich jasnych, cienie ślepe i złowieszcze.
"Zaśpiewaj, niech ostatnia zabrzmi z ziemi skarga,
Przechyl głowę, ku Niemu zwróć spojrzenie ciężkie.
Zaśpiewaj Mu, na Jego harfie raz ostatni zagraj:
Wymordowali Żydów! Nie ma ich już więcej!"
- Jak mógłbym śpiewać? Jak się wzniosą szkliste oczy
I jak się moja głowa podnieść może?
Zastygła łza ze źrenic już się nie potoczy,
Bo już się nie odkruszy, Boże, o mój Boże!
"Zaśpiewaj, ślij wysoko swe spojrzenie ślepe,
Mrugaj... Jakby tam Pan Bóg był w niebios głębinie -
Jakby tam wielkie szczęście mogło świtać lepiej!
Siedź i śpiewaj na ludu grobie i ruinie!"
- Jak mógłbym śpiewać, gdy się świat w pustynię zmienił?
Jak mógłbym grać, gdy załamuję ręce?
Gdzie są moi umarli? Gdzie, o Boże, spopieleni?
Na hałdach i śmietnikach szukam, gdzie jesteście?
Z każdego ziarnka piasku i kamienia wznoście
Krzyk, niech z wami wołają pył, płomień i dymy -
To wasza krew i soki, to rdzeń waszych kości,
Ciało i życie! Głośniej! Niechaj posłyszymy.
Krzyczcie z wnętrzności zwierząt w lasach i ryb w rzekach -
One was żarły. Krzyczcie z pieców, starzy, młodzi!
Chcę słyszeć krzyk bolesny, niech do mnie dobiega,
Wołaj, wymordowany żydowski narodzie!
Nie krzycz do nieba, głuche, pagórku ze śmieciem,
Nie krzycz do słońca, nie gadaj do lampy!
Gdybyż zgasić słońce jak lampę w jaskini zbójeckiej!
Narodzie mój, ty byłeś jaśniejszy od tamtych!
Pokaż się moim oczom, narodzie, ramiona
Wyciągnij z jam głębokich i długich na mile.
Warstwami polanymi wapnem zatłoczona
Niech otworzy się otchłań! Wstańcie na mogile!
Przyjdźcie, wy z Oświęcimia, z Bełżca i Treblinki,
Ponar i Sobiboru, przyjdźcie zewsząd wszyscy
Z przerażeniem w spojrzeniu i bezgłośnym krzykiem,
Przyjdźcie z piasków i z bagien, z błot, mchów i zgnilizny -
Przyjdźcie tu wysuszeni, starci jak na żarnie,
Ustawcie się w korowód, w obręcz jednolitą -
Dziadkowie i rodzice, i matki ciężarne -
Kości Żydów zmielone na proszek i mydło.
Ukażcie mi się wszyscy, zjawcie się przede mną.
Chcę was wszystkich zobaczyć i obejrzeć. Pragnę
Na mój wymordowany naród spojrzeć niemo -
I zaśpiewać... tak... Harfę mi podajcie - zagram!

Synowie Icchaka Kacenelsona.

 GRAM
Już gram. Usiadłem na tej ziemi niskiej.
Gram i smutno zawodzę o narodzie moim.
Otaczają miliony Żydów mnie koliskiem.
Wymordowanych Żydów ciżba wielka stoi.
Ogromny tłum! Zajęłyby tu mały kącik
Dolina Ezechiela, bo tych kości więcej.
Nie brzmiałyby tak pewnie, sakralnie jak ongiś
Słowa proroka tutaj. Załamałby ręce.
Jak ja by w tył swa głowę odchylał bezradnie.
Patrząc na szarość nieba pustynną dokoła.
Znów by opuścił głowę ciężko, aż opadnie
Jak skamieniały kamień milcząco schylona.
Ezechielu, ty wyschłe widziałeś w dolinie
Babilońskiej narodu żydowskiego kości,
Gdy błądziłeś, bezwolny boży manekinie,
Prowadzony przez Pana w dolinę żałości.
I zapytałeś wówczas: Czy ożyją jeszcze,
Czy ożyją te kości? Potwierdź albo zaprzecz!
A ja o co mam pytać? Och, po takiej klęsce,
Która wymordowanych nawet ślady zatrze!
Ciała nie ma wdziać na co ani wciągnąć skóry,
I zabrakło, w co można byłoby tchnąć ducha.
Patrz, patrz, wymordowany naród cały, który
Patrzy na nas szklistymi oczami bez ruchu.
Patrz, patrz! Licz wyciągniętych głów i rak miliony!
Patrz! Na twarzach zastygły wołania czy prośby?
Podejdź i dotknij... pustka i nic!... Wymyślony
Jest naród, wymyśliłem wam naród żydowski!
Nie ma go! I nie będzie go na ziemi nigdy!
Wymyśliłem go. Siedząc wymyślam, nazywam. -
Męczarnie, które widzisz, są faktem jedynym,
Jego śmierć jest jedynie wielka i prawdziwa...
Patrz, patrz, stanęli wszyscy wokół gromadami -
Dreszcz przenika mnie - każdy z nich we mnie wpatrzony
Smutnymi Bencyjonka i Jamka oczami,
Smutnymi, przygasłymi oczami mej żony.
I dużymi oczami mego brata Berla!
To on! Skąd u nich wzięło się spojrzenie owo?
Szuka swych dzieci, nie wie, że tutaj są teraz
Wśród milionów... Nie mówię mu tego, nie powiem....
Moją Chane zabrano mi z synami dwoma.
Moja Chana wie, że ich z nią razem zawlekli.
Tylko gdzie mąż jest - dla niej sprawa niewiadoma.
Nie wie o tym, że żyję, o mojej tragedii.
Jakby mnie, patrzącego na nich, nie widziano,
Jak niemo cały naród, tak oczy podniosła.
Chodź milczeniem wymowna, przyjrzyj mi się, Chano,
Przysłuchaj się głosowi mojemu i poznaj!
Słuchaj, Bencjo młodziutki, to twój ojciec głosi
tren ostatni z ostatnich ostatniego Żyda -
I ty, Jamele jasny, ty moja radości,
Gdzie twój uśmiech, Jam? Nie! Niech uśmiech nie zawita...
Ja się twego uśmiechu, Jamele, tak boję,
Jak trzeba mego bać się... Ale śpiewu oto
Słuchaj - na harfę kładę dłoń jak serce moje -
Niech nas bólem przeraża cierpienie z tęsknotą.
Ezechiel! Nie! Jeremiasz? Nie! Już niepotrzebni!
Wołałem do nich: nieście mi nutę wybawczą!
Nie będę na nich czekał przy ostatniej pieśni -
Oni wielcy proroctwem, ja moją rozpaczą.


Icchak Kacenelson z najstarszym synem, Cwim. Zdjęcie zrobione w getcie warszawskim, w 1942 roku.

DO NIEBIOS
Na początku to było już... Dlaczego i za co, niebiosa, powiedzcie,
Dlaczego taką hańbę na tej ziemi cierpieć nam sądzone?
Ziemia głucha i niema przymknęła oczy... lecz wy, niebiosa, przecież
Widziałyście z wysoka wszystko - i nie runęłyście, nieporuszone!
Nie zachmurzyłyście się, błyszczała fałszem wasza niebieskość tania,
Słońce, kat groźny w purpurze, krążyło po wiecznej orbicie.
Księżyc jak stara nierządnica wychodził na nocne polowania
I gwiazdy mrugały brudno, pałając jak oczka mysie.
Precz! Nieba fałszywe, oszukańcze, podłe nieba na wysokości!
Nie chcę was widzieć, lepiej, żebym o was nic nie wiedział.
Wierzyłem wam niegdyś, zwierzałem się ze smutków, łez, uśmiechu i radości.
Jesteście nie lepsze od wstrętnej ziemi, olbrzymiej grudy śmiecia.
Wierzyłem wam, niebiosa, opiewałem w moich wierszach, w każdej pieśni,
Kochałem jak kobietę. Miłość znikła, rozprysnęła się jak piana.
Słońce w blaskach zachodu porównywałem od młodości wczesnej
Z marzeniem i nadzieją: "Tak marzenie gaśnie, tak nadzieja jest rozwiana!"
Precz! Precz! Wyście oszukały nas, mój naród, mój starożytny rodowód!
Oszukujecie zawsze nas. Już moich przodków, proroków, wyście oszukały!
Podnosili ku wam oczy zapalone w waszym ogniu,
Waszych najwierniejszych na tej ziemi, tęskniących wyście oszukały!
Spragnieni wołali do was pierwsi: "Spójrzcie, słuchajcie, niebiosa!"
Do kogóż, jeżeli nie do was, wołali Mojżesz, Izajasz, Jeremiasz?
Potem dopiero do ziemi zwracali się w swoich głosach,
O nieba otwarte, o jasne, wysokie, oto jesteście jak ziemia!
Nie poznajecie już nas? Dlaczego? Czyśmy się w waszym oku
Tak odmienili? Myśmy przecież ci sami Żydzi co dawniej -
I jeszcze lepsi... Nie chcę i nie mogę porównywać siebie do proroków,
Ale ci Żydzi na śmierć pędzeni, te miliony wymordowane -
Oni są jeszcze lepsi, szlachetniejsi, cierpieli więcej. I cóż znaczy
Dawny wielki Żyd w porównaniu z dzisiejszym przeciętnym
W Polsce, na Litwie, Wołyniu. W każdej diasporze słychać krzyk rozpaczy,
Szloch Jeremiasza, Hioba, królewskich eklezjastów pieśń i lamenty.
Nikogo z nas już nie poznajecie, jakbyśmy byli w przebraniach.
Jesteśmy ci sami Żydzi co dawniej, pełni grzechów wobec siebie i zdrady.
Wciąż odmawiamy sobie szczęścia w imię świata ratowania.
Czemuście takie piękne, błękitne niebiosa, w czasie naszej zagłady?
Jak Saul, jak mój król, poszukam w bólu wieszczki,
Znajdę drogę rozpaczy, do Endoru, drogę w ciemność gęstą,
Wezwę spod ziemi wszystkich proroków, zaklnę ich:
"W górę spójrzcie, spójrzcie jeszcze
w niebiosa jasne! Pluńcie im w twarz! Przekleństwo im, przekleństwo!"
Patrzyłyście, niebiosa, na dzieci mego narodu na śmierć gnane siłą
Przez wody, pociągami, na piechotę, czy jasny dzień, czy noc ponura.
Miliony dzieci przed śmiercią do was ręce wzniosło - to was nie wzruszyło.
Miliony matek i ojców - nawet nie zmarszczyła się błękitu skóra.
Patrzyłyście na jedenastolatków jak Jamełe, który radość mnożył,
Na młodych bencyjonków, na pociechę, jakąś daje wszystko to, co żyje!
Widziałyście też te Chany, co na świat wydały ich i poświęciły Bogu w Domu Bożym.
Widziałyście... Nie ma Boga w was, niebiosa ponure! Nic się w was nie kryje!
Nie ma w was Boga! Niebiosa, otwórzcie szeroko wrota,
Niech żadne z dzieci męczeńskiego ludu nie zostaje za waszym progiem,
Otwórzcie dla całego narodu ukrzyżowanego na Golgotach -
Musicie dzieci te pomieścić, bo każde z nich ma prawo zostać Bogiem!
Niebiosa puste i nieżywe jak przestwór oddalony,
Zgubił się w was mój Bóg jedyny, a wam za mało Trójcy. -
Oni nas wszystkich tam posłali, podli, pogańscy zbójcy!
Radujcie się, niebiosa, byłyście ubogie, jesteście bogaczami!
Błogosławiony to urodzaj - cały naród! Takie szczęście wam się zdarza!
Radujcie się na wysokościach, żeby Niemcy radować się na dole mogli z wami.
Niech was dosięgnie płomień z ziemi i niech ogień wasz na ziemi się rozżarza.
23 - 24 - 25 października 1943 roku
(tłum. J. Zagórski)
„Pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie” (fragment), recytuje Tadeusz Hutyra.
źródło: YouTube.




Fotografie pochodzą ze stron:
Forum Żydów Polskich 
Ghetto Fighters House Archives
Zbiory Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej.

współczesne Monika Czechowicz


źródła:
"Antologia poezji żydowskiej" wybór oraz noty Salomon Łastik, redakcja i słowo wstępne Arnold Słucki.
Ryszard Bonisławski, Joanna Podolska. Spacerwonik łódzki.
Forum Żydów Polskich