niedziela, 6 stycznia 2013

Łódź. Pierwsza miłość Mieczysławy Ćwiklińskiej, czyli fatalne zauroczenie


Opowieść ta ma swój początek przed 130 laty, kiedy to w Lublinie w garderobie teatralnej przyszła na świat dziewczynka, której dano na imię Mieczysława.

Mieczysławę Ćwiklińską (bo o niej mowa) co najmniej dwa pokolenia pamiętają jako starszą fertyczną damę, niezbyt piękną, za to o dużej vis comica. Pochodziła ze znanej aktorskiej rodziny Trapszów - aktorem był już jej dziadek Anastazy Trapszo, który ożenił się z Anną Ćwiklińską (stąd pseudonim Mieczysławy) - miał z nią czworo dzieci, oczywiście wszyscy zostali aktorami. Ojciec Mieczysławy Marceli debiutował w krakowskim teatrze w 1882 roku. Ożenił się też z aktorką krakowskiego teatru Aleksandrą Ficzkowską.
Rodzice nie chcieli aby Miecia została aktorką. Pragnęli oszczędzić jej trudnego losu wędrownych komediantów, więc ulokowali ją w solidnej, poznańskiej szkole dla panien. Trapszowie występowali wówczas w Łodzi...
Szesnastoletnia Miecia - piękna jak z obrazka - odwiedziła ich na Wielkanoc 1896 roku i tu poznała Zygmunta Bartkiewicza, który miał wtedy lat 26. Dziesięć lat różnicy to niewiele, ale pamiętajmy, że Miecia była naiwną gąską wychowywaną na pensji, a Bartkiewicz miał już w Łodzi ustaloną pozycję dziennikarza, malarza i właściciela "Salonu Sztuki". I... birbanta. Ale może dlatego imponował jej. Po latach, dziewięćdziesięcioletnia już Ćwiklińska tak wspominała swoje pierwsze narzeczeństwo:


Spotkaliśmy się na zabawie świątecznej i na pensję wróciłam już z pierścionkiem zaręczynowym. Nie potrzebuję dodawać, że cała sprawa była już znacznie wcześniej ułożona przez naszych rodziców. I to nie ja zakochałam się w Bartkiewiczu, a chyba on we mnie. Nie był specjalnie przystojny, można go było nawet nazwać brzydkim, ale mógł się podobać, był inteligentny, dowcipny, pełen zalet towarzyskich. Założył w Łodzi "Salon Sztuki", był synem znanego lekarza, malarzem i utalentowanym powieściopisarzem, autorem książki o Łodzi "Złe miasto" oraz powieści "Pierwszy grzech", "Historia jednego podwórza", "Słabe serca"...

Pani Miecia myli lata. Wtedy kiedy poznała Bartkiewicza był on zaledwie felietonistą łódzkiej prasy, a wszystkie wymienione książki powstały wiele lat później. Nie ma to jednak większego znaczenia - w Łodzi Bartkiewicz był rzeczywiście znany i popularny.
Pamiętam - wspomina dalej Mieczysława Ćwiklińska - że w okresie konkurów pana Zygmunta dostałam pierwszą długą suknię i prześliczny kapelusik, czerwoną budkę z kwiatami, która stała się powodem pedagogicznych kłopotów mojej matki, bardzo dla mnie surowej. Efektowna budeczka bardzo ładnie wyglądała na moich długich jasnych warkoczach i wszyscy oglądali się za mną na ulicy. To rozgniewało moją matkę, nie chciała, aby jej córka zwracała na siebie uwagę. Zdecydowała, że kapelusik będzie trzeba zwrócić magazynowi kapeluszy damskich pani Sypniewskiej, gdzie go kupiliśmy...

Nawiasem mówiąc, ze wspomnień Ćwiklińskiej wynika, że miała lepszą pamięć do sukni i kapeluszy niż męża.
Potem panna wróciła do Poznania dokończyć edukację na pensji pani Warnek - a narzeczony czekał. Po skończeniu nauk Miecia wróciła do Łodzi i zamieszkała z rodzicami:

Coraz częściej spotykałam pana Zygmunta - wspomina - trwał on niezmiennie w zamiarze poślubienia mnie. Przychodził do nas często i nie szczędził mi dowodów swoich gorących uczuć. Te względy, okazywane mi jako dorosłej, ogromnie mi pochlebiały. Zresztą której pannie nie zawróci w głowie takie uwielbienie? Miałam siedemnaście lat. Bartkiewicz był pierwszym moim konkurentem... Czy go kochałam nie umiem powiedzieć. Pochlebiało mi, ujmowało mnie jego uczucie, czułam się celem czyichś zabiegów, czyjegoś zainteresowania, bardzo autentycznego i gorącego... Sama nie wiem jak to się stało, że zgodziłam się na ślub. No i pojechałyśmy z mamą do Poznania przygotować wyprawę. Pamiętam, że w tym czasie jeździło się jeszcze pocztą konną z Kalisza do Łodzi, takim kabrioletem otwartym z przodu, albo dyliżansem o jakim czytamy w powieściach Dickensa, pocztą z pocztylionem grającym na trąbce... Rodzice moi przebywali już w Warszawie i tu odbył się ślub w kościele św. Krzyża latem 1897 roku. Ślub był oczywiście bardzo uroczysty, po ceremonii ślubnej rodzice wydali wytworne śniadanie w Hotelu Angielskim. Miałam ślubną suknię z białego adamaszku i welon, moje ciotki były w balowych tiulach, panowie we frakach...
Jakie wrażenie zrobiłam na zebranej w kościele publiczności dowiedziałam się wiele lat później, gdy z okazji mojego pierwszego jubileuszu przeczytałam w "ABC" artykuł Adolfa Nowaczyńskiego,który pisał:
"Nie tak dawno jeszcze z warkoczykami, a tu już jubileusz? Jeszcze jako mężateczka młodziuchna nosiła takie jasnowłose kosy niemal do ziemi, które całe miasto podziwiało. W kościele podczas Veni Creator wszyscy żałowali i litowali się, że takie dziecko niedorosłe już dają (skaranie boskie!) mężczyźnie do rąk".
Chyba mieli rację - dodaje po latach pani Miecia - bo czy takie młodziutkie stworzenie zdawało sobie sprawę czym jest małżeństwo?



Rzeczywiście nie układało się najlepiej. Z pierwszych - jeszcze pełnych uniesień - miodowych miesięcy Ćwiklińska pamięta pierwszy bal jako młoda mężatka. Pamięta oczywiście adamaszkową suknię przybraną czarnymi jaskółkami oraz to, że do jej jasnych włosów przypięto gniazdko z białej gazy, a w nim jeszcze umieszczono jaskółkę...

Wracaliśmy o świcie przymgloną Piotrkowską, wszystko wydawało się piękne i poetyczne. Ale krótko trwało nasze szczęście.
Po pierwszych upojeniach nastąpiło rozczarowanie. Mąż często wyjeżdżał na polowania w okolice Łodzi i Kutna, lubił kolacje w gronie przyjaciół, długie nocne posiedzenia...
Mój mąż był typem cygana w modnym wówczas stylu młodopolskim, uważał, że wszystko mu wolno, a żona powinna wybaczać... Czekałam na niego dniami i nocami coraz bardziej osamotniona i zrozpaczona, aż wreszcie zabrakło mi sił...
Do tego dołączyły kłopoty materialne. Zygmunt, zdolny dziennikarz pisywał w "Gońcu Łódzkim" tryskające dowcipem felietony, ale nie był w stanie utrzymać z tego żony. Założony przez niego "Salon Sztuki" wymagał energicznej i regularnej pracy, a bujny temperament Bartkiewicza, jego usposobienie kapryśne i nierówne do takiej pracy się nie nadawały. Kiedyś, gdy pokłóciliśmy się, zawołał w gniewie - Już ja znajdę na ciebie sposób! - A kiedy Zygmunt Barkiewicz              zaczepnie i przekornie zapytałam - ciekawam jaki? - odpowiedział: Taki w jaki się poskramia konie i kobiety...
Ćwiklińska nie wytrzymała tych "pedagogicznych metod" narwanego męża. Dość miała samotności i walki o byt. Po czternastu miesiącach rozpadło się to małżeństwo - wynik lekkomyślnej decyzji siedemnastoletniej dziewczyny. Z początkiem roku 1899 wyjechała do rodziców do Warszawy i do męża nie wróciła już nigdy. Ale pani Miecia nie mówiła po latach wszystkiego. Ze wspomnień wybitnego aktora Antoniego Fertnera wyłania się jeszcze bardziej diaboliczny obraz młodego małżonka:
Pamiętam Mieczysławę Ćwiklińską z moich łódzkich czasów - wspomina Fertner - gdy przyjeżdżała do rodziców z Poznania, gdzie uczęszczała na pensję. Później wyszła za mąż za dziennikarza i po trosze literata Bartkiewicza. Kim był Bartkiewicz? Ze sposobu bycia osobowość donkiszota i donżuana. Człowiek, który zadziwiał ówczesną Łódź swoją fantazją i zaczepnością. Zasłynął również jako zażarty pojedynkowicz. Pochodził z bardzo bogatej rodziny. Ojciec Antoni Fertner
Bartkiewicza należał do znanych i wziętych lekarzy w mieście. Nie skąpił synowi grosza, co wśród na ogół ubogiej braci artystycznej z miejsca postawiło młodego Bartkiewicza w sytuacji niemal krezusa. Wszyscy lgnęli do niego, zwłaszcza ci, którzy lubili się bawić, dobrze zjeść i popić. Bartkiewicz bowiem miał szeroki gest. Stąd też zawsze był otoczony przyjaciółmi. Sam przy nim wychyliłem sporo kielichów różnych trunków, aż przyjemnie wspominać te chwile, choć czasem owe biesiady rozmaicie się kończyły...

Mieczysława Ćwiklińska i Antoni Fertner w melodramacie "Gehenna" z 1938 roku.

...Podziw wśród wszystkich - wspomina dalej Antoni Fertner - budziła jednakże niezwykła popularność Bartkiewicza na Bałutach. To łódzkie przedmieście roiło się od dziwacznych typów, często wzbudzających strach w spokojnym mieszczuchu. Ale Bartkiewicz cieszył się na Bałutach szacunkiem i uznaniem dla jego zawadiackiej natury. Pamiętam nasze wyprawy do knajp na Bałutach. Szczególnie utkwiła mi w pamięci eskapada do jednej z nich pod obiecującą nazwą "Za rogatką". Wmieszaliśmy się w tłum, śledzący nas podejrzliwym wzrokiem. Coraz ciaśniej otaczały nas wysokie draby z ponurymi minami. Próbowaliśmy się uśmiechać, lecz w tym wypadku nie pomogłaby nam żadna, najbardziej nawet naturalna vis comica. Ostrożnie jęliśmy spoglądać ku wyjściu... Tymczasem jakiś typ z podbitym okiem przypiął się do mnie i usiłował zgrabnym ruchem wyszarpnąć mój krawat spomiędzy klap surduta... Przeraziłem się już wtedy nie na żarty. Nagle obok tamtego wyrósł inny drab. - Nie dziś - rzucił mu tak głośnym szeptem, że aż zadrżałem. - To goście Zygmusia! - W jednej chwili twarz mojego zbira okrasił szeroki uśmiech. Klepnął mnie pojednawczo po ramieniu z taką serdecznością, że omal nie upadłem. W ten sposób poznaliśmy ów podziw, jakim cieszył się wśród tych ludzi Bartkiewicz. I właśnie ten zawadiaka, bawidamek, niespokojny duch, zakochał się bez pamięci w Ćwiklińskiej od pierwszego wejrzenia. I tak długo męczył Trapszów, aż wreszcie zgodzili się na ślub. Wkrótce potem zaczął urządzać kawały teściowi, czyli Marcelemu Trapszo (...) upijając mu co wieczór jednego aktora... Najefektowniejszym wydarzeniem stały się jednak inne sprawki Bartkiewicza. Oto wracając późno do ślubnej sypialni... strzelał z rewolweru pod łóżko młodziutkiej żony. Albowiem opętała go chorobliwa wręcz obsesja zazdrości (...). Powtarzające się częściej sceny tego rodzaju - początkowo traktowane niby szampańskie dowcipy - mogły wreszcie najspokojniejszego człowieka przyprawić o rozstrój nerwowy. Próbki strzeleckie narwanego męża nie przypadły Ćwiklińskiej do gustu. Zażądała rozwodu...


Miała dość dramatu w domu - wybrała komedię na scenie. Rodzice nie ustrzegli jej przed bakcylem teatru. Po powrocie do Warszawy pani Miecia przekonała ojca i na początku grudnia 1900 roku zadebiutowała rolą Helenki w "Grubych rybach" Bałuckiego. Oczywiście w reżyserii Marcelego Trapszo. Resztę życia artystka postanowiła poświęcić scenie. I tak się stało, choć po latach, niepomna już łódzkich przeżyć, wychodziła jeszcze dwukrotnie za mąż, ale byli to panowie spoza branży artystycznej. Łódzki cygan i birbant Zygmunt Bartkiewicz wyczerpał widać jej potrzebę małżeńskich fantazji.
Po latach jednak oboje trafili na karty historii - ona jako wybitna aktorka, on jako niezapomniany autor "Złego miasta":


"Jest w Polsce takie miasto - złe. I jakie obłudne, bo jakby w welon żałobny spowite, a drwiące ze śmierci."
Zygmunt Bartkiewicz. Złe miasto.

"Zdjąć kapelusz - Ćwikła idzie"! - wspomnienie o Mieczysławie Ćwiklińskiej

źródła:
J. Wilmański. Mieczysława Ćwiklińska - Kronika miasta Łodzi.
A. Okońska, A. Grzybowski. Rozmowy z panią Miecią.
A. Fertner. Podróże komiczne.
Z. Bartkiewicz. Złe miasto.