sobota, 31 maja 2014

Wódka za wódką w bufecie, czyli picie na pokładzie... Łodzi



27 kwietnia 2007 roku linię produkcyjną łódzkiego Polmosu opuściła ostatnia butelka wódki. Nie wiadomo, kto ją wypił i co to była za butelka: Klubowa, Pieprzówka, Prezydent czy może Pietryna..?
We wrześniu 2005 roku zadłużona firma wypuściła na rynek wódkę Pietryna. Wódka niespecjalnie przypadła do gustu urzędnikom od promocji. No bo jak to? Zwykłą wódą taką reprezentacyjną ulicę promować? Gorzej, że konsumentom też jakoś nie była w smak. Dla wymagających była za tania, dla nie wymagających za droga. W tej Łodzi to nikomu się nie dogodzi...
Ale jeśli ktoś sądzi, że dziś w Łodzi pije się rekordowo dużo, to bardzo się myli. W 1845 roku w całej Łodzi było ponad 80 szynków z piwem i wódką, z czego ponad 30 na samej Piotrkowskiej. Całkiem nieźle jak na kilkunastotysięczne wtedy miasto. Nic dziwnego, że car wydał ukaz o zapobieganiu "nadmiarowemu użyciu trunków", choć nie samą Łódź miał tu na myśli. Jak łatwo się domyślić, największy ruch w szynkach panował w dniu wypłaty. Oprócz piwa, piło się wtedy wódki proste, tak zwane szumówki oraz słodkie o mocy nieprzekraczającej 46,8 procent. Wypłaty były wtedy kiepskie, wybór zakąsek nie zwalał z nóg (kiełbasa z pajdą chleba, ogórek kiszony, precel), więc wódka uderzała do głowy szybko i skutecznie. Osobliwością połowy XIX wieku w Łodzi byli tzw. pisarze browarni. Pili na koszt browaru, aby zachęcić innych do picia. A jak już wyczerpali limit, przepijali to, co zarobili...



W drugiej połowie XIX wieku produkcja i handel alkoholem były w Łodzi w stanie rozkwitu. Handlować alkoholem mógł właściwie każdy, pod warunkiem wykupienia patentu i posiadania zezwolenia na drobny handel. Nie trzeba było legitymować się żadnymi umiejętnościami, a popyt na picie w szybko rozwijającym się mieście był potężny. 
I było co pić. Gorzelnia i destylarnia parowa w Łagiewnikach oferowała na przykład wódkę miętową, destylarnia Lipiński i Kędzierzawski gorzałkę zwykłą i owocową, a zakład Meyerów przy ówczesnej ulicy Głównej 59 Cherry Brandy. 
Marcin Łuba produkował w destylarni parowej zwykłą gorzałkę. Takich wytwórni było dużo, a do tego stale obecne na łódzkich stołach były alkohole z fabryk w Zduńskiej Woli oraz z Woli Krzysztoporskiej i Niechcic pod Piotrkowem Trybunalskim.



Charakterystyczne dla Łodzi były piwiarnie, które upowszechniły się wraz z przybyciem licznych Niemców. Nie były co prawda aż tak dochodowe jak podające wódkę szynki, ale zawsze można było nalać wódkę "spod lady". W szynkach i restauracjach wybór alkoholi był ogromny: gorzałka, żytniówka, myśliwska, wioślarska, z gwiazdką, chlebówka, żubrówka, jarzębowa, huzarka, wyborna, stołowa, redlówka... A to dopiero początek listy. Wódkę sprzedawano wówczas w kieliszkach i szklankach po 50, 100 i 200 gramów, choć stosowano i miary rosyjskie.Pod względem wyboru spragniony konsument był więc nie w gorszej sytuacji niż dziś, a lepszej, gdy wybierał się do knajpy. Według przepisów z roku 1866 "jeżeli kto zakładzie, w którym odbywa się sprzedaż trunków upije się tak dalece, że bez oczywistego niebezpieczeństwa nie może być pozostawiony bez dozoru, w takim razie sprzedający wódkę obowiązany jest rozciągnąć potrzebny dozór nad pijanym i okazywać potrzebną pomoc, dopóki się nie wytrzeźwi".
Z wytrzeźwieniem na czas bywało różnie. Kiedy w zakładach w Żyradowie w soboty o 16 płacono tygodniową pensję, zaczynało się wielkie picie, które nie miało końca. Do tego stopnia, że w poniedziałki rano właściciele zakładów Karol Hielle i Karol Dittrich odwiedzali z kijami robotnicze domy, motywując "wczorajszych" robotników do pracy...


Ilustracja z XIX wieku; sklep z napojami alkoholowymi.

W dużo większej Łodzi tym kijem na pijanych byli następni robotnicy, czekający na ich miejsce przy maszynie. Mimo to pijaństwo stało się w Łodzi pod koniec XIX wieku taką plagą, że stopniowo zaczęto wycofywać z obrotu najmniejsze butelki z wódką, zwane półsetkami (faktycznie zawierały nieco więcej, bo 62 gramy), a w przededniu pierwszej wojny światowej także setki. W 1894 roku w Łodzi istniało 620 składów hurtowych i zakładów, mających prawo sprzedaży napojów alkoholowych. 


Statystyczny mieszkaniec Łodzi wydawał wówczas na rok na mięso 5 rubli, na pieczywo 12, a na alkohol 14. Władze zareagowały na problem. W roku 1900 w Łodzi przy ulicy Konstantynowskiej 19 utworzono Kuratorium Trzeźwości, które zaczęło otwierać herbaciarnie. Miały one odciągnąć ludność od lokali sprzedających alkohol. Po sześciu latach trzy takie herbaciarnie padły. Inna sprawa, że rosyjskie Ministerstwo Skarbu z czasem zaleciło, aby w herbaciarniach podawać także wino i wódkę, gdyż "prosty lud kupiwszy buteleczkę wódki w sklepie monopolowym nie ma jej gdzie wypić i zmuszony jest robić to na ulicy".



Tam, gdzie dziś u zbiegu ulic Kopcińskiego i Piłsudskiego stoi nowoczesny biurowiec, w 1901 roku uruchomiono zakłady, które były protoplastą łódzkiego Polmosu.


fot: fotopolska.pl

Już w 1896 roku rozpoczęto tu budowę rozlewni wódek czystych i spirytusu butelkowanego. Środki na budowę pochodziły z funduszy państwowych. 



Wtedy nie było wszystko jedno, gdzie się robi wódkę - główny budynek i biurowiec zaprojektował najprawdopodobniej znany architekt Franciszek Chełmiński. Rok później z linii produkcyjnej zeszły pierwsze butelki wódki. Niemal wszystko sprzedawano wtedy w samej Łodzi i okolicy. 



Ciężkie czasy przyszły na Łódź podczas pierwszej wojny światowej, kiedy wkroczyli Niemcy. Konfiskowano mocne alkohole, wódki można się było napić tylko w kilku dobrych restauracjach. Moc wódek ograniczono do 40 procent, a w dodatku wolno było sprzedawać tylko te niemieckie. 
Przy ulicy Rokicińskiej umieszczono jeden z trzech składów alkoholi na ziemiach zdobytych na Rosjanach. Nic dziwnego, że rozwinęła się nielegalna produkcja i handel. Tu i tam ktoś stawiał stolik wprost na ulicy i sprzedawał wódkę na kieliszki na miejscu. Apteki i fabryki, które miały prawo do kupowania alkoholu skażonego, brały, ile się da i sprzedawały na czarnym rynku, który "przystosowywał" spirytus do celów spożywczych.



Po pierwszej wojnie światowej łódzki alkohol nie od razu wrócił do łask. Fabryka u zbiegu Kopcińskiego i Piłsudskiego została przejęta od władz miejskich przez Skarb Państwa i umieszczono tam zakłady tytoniowe. 



Dopiero w 1926 roku znów zaczęto produkować alkohol. W 1927 roku została przekształcona w Państwową Wytwórnię Wódek nr 14, podlegającą Dyrekcji Monopolu Spirytusowego w Warszawie. Rok później dobudowano tu magazyn gotowych wyrobów. 



Przez okres międzywojenny była to jedna z większych i lepszych fabryk w Polsce. Produkowała rocznie, w przeliczeniu na czysty spirytus, cztery miliony litrów alkoholi. Miała ona konkurencję ze strony prywatnych fabryk alkoholu, wśród których wyróżniała się wytwórnia wódek gatunkowych braci Karola i Mateusza Kalinowskich przy obecnej ulicy Kilińskiego 81. To w skali makro.
W skali mikro popularnością cieszyły się niektóre składy win i wódek, o czym można było się dowiedzieć z kroniki kryminalnej. 14 stycznia 1933 roku "Dziennik Łódzki" informował, że w nocy ze składu win u zbiegu ulic Lipowej i 6 sierpnia dwóch młodych amatorów trunków wyniosło dwa worki alkoholi o wartości 400 zł. 4 marca tegoż roku ze składu wódek Andrzeja Strasielunasa przy Rokicińskiej 100, złodzieje wynieśli alkoholi za 1500 zł. Pić się ludziom chciało, a czasy były ciężkie. Co rusz zwolnienia w zakładach Scheiblera, strajki, protesty. Jednocześnie kwitło życie towarzyskie na różnych poziomach, któremu niekiedy kres kładła interwencja policji. Tak jak 17 stycznia 1933 roku o północy w barze Expres przy Piotrkowskiej 163. Dyskusja przy wódce skończyła się rozbiciem butelki na głowie jednego z uczestników i pocięciem drugiego.
Gazety rzadko informowały, jak piły wtedy nieco wyższe łódzkie sfery. A piły całkiem, całkiem. Ulubieńcem łódzkiej publiczności był na początku lat 30 tenor Józef Moranowicz, występujący w Teatrze Popularnym. Dużo śpiewał, dużo zarabiał i jeszcze więcej pił. Przyjście na próbę pod dobrą datą nie było dla niego niczym nadzwyczajnym. Pewnego dnia stwierdził, że nie jest już w stanie wydobyć z siebie głosu. 18 grudnia 1932 roku "Dziennik Łódzki" poinformował, że Moranowicz, który w tym czasie występował w Wilnie, powiesił się, nie dając sobie rady z nałogiem...


Jak świat światem, im więcej władza narzucała ograniczeń w produkcji i handlu alkoholem, tym bardziej kwitł czarny rynek. Zmieniała się tylko cena, jaką trzeba było zapłacić za pędzenie bimbru i handel lewym alkoholem. W 1909 roku Emil Gilbardt, właściciel piwiarni przy ulicy Grabowej 25 w Łodzi, dostał 150 rubli kary, gdy znaleziono u niego spirytus bez banderol i była to wysoka kara.
W Polsce niepodległej można już było pójść do więzienia. Podczas okupacji hitlerowskiej stawką było już życie. Nieżyjący już adwokat Janusz Różycki, który był obrońcą z urzędu Altmana, szefa gestapo w Piotrkowie Trybunalskim, opowiadał kiedyś, jak bardzo gestapowiec był zdziwiony, że czyni mu się zarzut z egzekucji ludzi, pędzących bimber: "Przecież na obwieszczeniach było napisane, że za pędzenie bimbru jest kara śmierci".



Pod znakiem picia i bimbrownictwa zaczęła się Polska Ludowa. Kroniki notują co prawda, że w Łodzi nastąpił w tym czasie znaczny spadek spożycia alkoholu, ale czy kiedykolwiek można się było w Polsce doliczyć, ile naród wypił alkoholu? Jeden z dowódców jednostek przeciwlotniczych w latach 60. opowiadał jak znikały dwustulitrowe beczki spirytusu, przeznaczonego do obsługi rakiet. To nie rakiety go wypiły...



W Łodzi po chudych wojennych latach, gdy Niemcy ograniczyli produkcję alkoholu i w części budynków u zbiegu Kopcińskiego i Piłsudskiego uruchomili magazyn żywności dla wojska, wódka i denaturat znów popłynęły na rynek na wielką skalę. Łódzka wytwórnia ruszyła z produkcją już kilka dni po zajęciu miasta przez Armię Radziecką i zainstalowaniu władz polskich. Później, w 1963 roku, połączono fabryki w Łodzi i Kutnie, tworząc Łódzkie Zakłady Przemysłu Spirytusowego, produkujące różne gatunki wódek, spirytus i denaturat. 



W latach 50. królowała (nie tylko w Łodzi) słynna wódka z czerwoną kartką. Wtedy też w Łodzi oficjalnie powoli zaczęto zauważać, że ludzie piją i to coraz więcej, choć pijących przedstawiano jako element wywrotowy, spadek po kapitalizmie, burzący porządek Polski Ludowej.
W 1948 roku powstała w Łodzi pierwsza poradnia antyalkoholowa. W 1956 roku takie poradnie powstały w każdej dzielnicy, a rok później założono izbę wytrzeźwień.
W 1970 roku przeanalizowano w Łodzi, na co ludzie wydają pieniądze. Wyliczono, że statystyczny łodzianin wydaje na rok na mięso 1.155 zł, na pieczywo i przetwory zbożowe 688 zł, a na wódkę, wino i piwo 354 zł. A trzeba dodać, że półlitrowa butelka wódki z czerwoną kartką kosztowała wtedy 50 zł. Jeśli porównać to do statystyk z końca XIX wieku (na mięso 5 rubli, na pieczywo 12, a na alkohol 14), proporcje wydatków wyraźnie zmieniły się na niekorzyść wódki.



W statystykach Łódź chwaliła się metrami kwadratowymi tkanin z przemysłu lekkiego. Hektolitry wódki z Polmosu były wyraźnie w cieniu, choć też było się czym pochwalić. W 1977 roku w zakładach zainstalowano nowe, holenderskie linie produkcyjne, znacznie wydajniejsze niż dotychczasowe. W swoich najlepszych latach łódzki Polmos produkował milion butelek miesięcznie. I ktoś to wszystko wypijał...


fot. dzienniklodzki.pl

Łódzkie władze zastosowały też ciekawą akcję profilaktyczno-towarzyską. We wrześniu 1980 roku prezydent Łodzi zakazał urządzania bankietów w instytucjach z wyjątkiem jubileuszy na 25-, 50-, 75- i 100-lecie istnienia, a rada narodowa wprowadziła zakaz sprzedaży alkoholu w poniedziałki, który dotyczył nie tylko sklepów ale i lokali. Uderzyło to w miłośników wędrówek międzylokalowych, którzy zwykli rozpoczynać peregrynacje od baru Golonka przy ulicy Wschodniej, a kończyli na Koguciku przy Piotrkowskiej...
Chyba najdziwniejszym okresem w historii wódki i picia w Łodzi były lata 80. Polmos pracował pełną parą, ludziom chciało się pić jak nie wiem, a wódka była na kartki, tak jak mięso, czekolada i inne strategiczne artykuły spożywcze. 
Przydział na dorosłego obywatela wynosił pół litra wódki miesięcznie. Uprzywilejowani byli nowożeńcy. Na wesela dostawało się nadzwyczajny przydział. W stanie wojennym na stołach królowały wódki Bałtycka i Vistula, które z trudem dawało się pić. System kartkowy sprawiał, że nawet jak ktoś nie pił, to pił. Nic dziwnego, że kwitła produkcja domowa. Takim domowym produktom nadawano oryginalne nazwy jak KPN. I tak nielegalna Konfederacja Polski Niepodległej zamieniała się w Koniak Pędzony Nocą...
Niepodległość przyniosła nieograniczone ilości dobrych wódek, można powiedzieć, nie do przepicia, ale źle skończyła się dla łódzkiego Polmosu. Oddzielone zostały wytwórnie w Kutnie i Sieradzu, wcześniej będące częścią łódzkiego zakładu, a w 1991 roku wszystkie Polmosy stały się samodzielnymi przedsiębiorstwami. Inwestycje w sklep przyzakładowy i halę do produkcji kremów pochłonęły wielkie fundusze bez
spodziewanego efektu. W 1999 roku poszczególnym Polmosom przydzielono prawa do gatunków wódek. Według jednego z byłych szefów łódzkiego Polmosu, Łódź dostała te mniej popularne, co okazało się gwoździem do trumny. Delikatesowa i Klubowa Specjalna nie miały takiego wzięcia jak inne popularne alkohole, co z czasem stało się przyczyną likwidacji.Po 2006 roku zaprzestano produkcji, a budynki przeznaczono do innych celów. Jeden z nich, biurowiec Polmos, w 2000 roku odzyskał swoją dawną świetność:



Po rewitalizacji jest siedzibą łódzkiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia.




W 2009 roku w narożniku południowym, po usunięciu współczesnej zabudowy, wzniesiono nowoczesny biurowiec.



Przeczytaj jeszcze:
"Kto do szynku chodzi, biedę swą łagodzi..."
Tak bawiła się Łódź

i o przyszłości Polmosu: TUTAJ



źródła:
Mirosław Jaskulski. Piwo, flaki garnuszkowe, petersburskie bliny i kawior astrachański, czyli z dziejów gastronomii łódzkiej do 1918 roku.
Ewa Niedźwiedzka. Łódź w PRL-u. Opowieść o życiu miasta 1945-1980.
Sławomir Sowa. dziennik.lodz.pl
Jacek Kusiński, Ryszard Bonisławski, Maciej Janik. Księga fabryk Łodzi.

fot. Monika Czechowicz