czwartek, 19 października 2017

Mokosz - słowiańska bogini w Łodzi.


W ramach Festiwalu Łódź Czterech Kultur w Łodzi został odsłonięty mural „Mokosh”, tym razem w dzielnicy Widzew, na ścianie dawnych Widzewskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego WI-MA (dziś Zakład Przemysłów Twórczych).
Jego autorkami jest kobiecy duet z Manchesteru Nomad Clan czyli Cbloxx i Aylo. 


Wszyscy jadący aleją Piłsudskiego do centrum albo wracający do domu na Olechów  lub Widzew mogą zobaczyć kobiecą twarz między dwiema trochę baśniowymi kurami siedzącymi na jajkach. 


Obraz ten ma symbolizować słowiańską boginię Mokosz. Była ona przedstawiana z kłosami zbóż, kojarzona z ziemią, płodnością, seksualnością, deszczową pogodą, a także z wełną, przędzeniem i tkactwem, składano jej ofiary z kłębka wełny.
Pewnie dlatego tak dobrze wpisuje się w łódzki krajobraz, gdyż wiele kobiet pracowało tutaj przy krosnach, a potem maszynach tkackich w wielkich zakładach zajmujących się włókiennictwem. 


Ten pusty, trochę smutny, front fabryki aż zachęcał aby powstał na nim jakiś obraz. W kompleksie tym była kiedyś przędzalnia, tkalnia, farbiarnia i bielnik. Czyli to odpowiednie miejsce na portret słowiańskiej bogini.
Mokosz jak greckie Mojry, utożsamiana jest z losem i przeznaczeniem. W każdej chwili nić symbolizujące nasze życie może zostać przerwana.


Zatem bogini Mokosz na stałe pojawiła się w naszym mieście. A że Łódź jest sfeminizowanym miastem, więc znowu na ścianie powstał portret kobiety. Jest to wizerunek pełen życia i energii, choć jesienno-zimowy... (...) 

Film z realizacji ściennego obrazu można obejrzeć:  TUTAJ.


FESTIWAL CZTERECH KULTUR/ URBAN FORMS
ŁÓDŹ 2017
„MOKOSZ”
GRUPA NOMAD CLAN/ WIELKA BRYTANIA

Źródło:
Magdalena Cybulska. Gazeta Trybunalska http://gazetatrybunalska.pl

Zobacz jeszcze:

Fot. Monika Czechowicz



środa, 18 października 2017

Park im. Tadeusza Rejtana - dawny cmentarz ewngelicko-augsburski parafii św. Jana.


Park im. Tadeusza Rejtana. Nazywany jest także "Parkiem Nowe Rokicie", lub "Parkiem przy Felsztyńskiego" - 

– mieści się w Łodzi pomiędzy ulicą Piękną, Rejtana, Felsztyńskiego i al. Politechniki.


Park powstał na terenie dawnego cmentarza ewangelicko-augsburskiego, który został założony przez parafię ewangelicką św. Jana w 1898 roku w północnej części Starego Rokicia.


Zabytkowa brama prowadząca na teren parku, dawna brama cmentarna. 


Widok w stronę ulicy Felsztyńskiego. W tle chłodnia elektrociepłowni EC-2.



Jeszcze na początku lat 80. XX wieku był to cmentarz ewangelicko-augsburski, którego pamiątką  jest brama umieszczona obok kaplicy, w narożniku od strony dawnej ulicy Wiznera (dziś Felsztyńskiego).


Na cmentarzu chowano zmarłych od końca XIX wieku do lat 50. XX wieku.
Zlikwidowany został w 1983 roku a szczątki pochowanych tam osób ekshumowano i przeniesiono na cmentarz przy ulicy Sopockiej, przeniesiono tam również najcenniejsze nagrobki.



Cmentarz zajmował teren o powierzchni 6 ha, otoczony był ceglanym murem, który zachował się do dzisiaj.

Park sprawia wrażenie mrocznego, gęste korony drzew i oplatający pnie i konary bluszcz pospolity tworzą nieprzepuszczające światła sklepienie.


Deep Forest…. czyli królestwo bluszczu pospolitego.

W 2004 roku rozpoczęto przebudowę i porządkowanie parku.


Powstały nowe alejki i odnowiono plac zabaw.



W parku znajduje się także boisko i górka saneczkowa.


Aż do początku 2005 roku, pośród drzew zobaczyć można było jeszcze fragmenty płyt nagrobnych i ich elementów konstrukcyjnych.



W pobliżu dawnej bramy głównej cmentarza usytuowane zostało lapidarium, w którym zgromadzone zostały fragmenty nagrobków odnalezionych w trakcie porządkowania terenu.

Niestety, z powodu braku środków do tej pory nie odnowiono neogotyckiego domu ogrodnika (wpisanego do rejestru zabytków) ani bramy. 


Szkoda, bo to wspaniały przykład architektury cmentarnej, bardzo charakterystyczny dla Łodzi.



Z parkiem sąsiaduje wydzielony z niego i nadal działający cmentarz ewangelicko-reformowany.


Przed wejściem do parku drzewo z wiszącymi na nim… butami.


Buty, zasznurowane tak, by można je zarzucić na druty elektryczne lub gałąź drzewa można zobaczyć w różnych częściach świata, w miastach i przy wiejskich drogach. Wysoko w górze z drutów elektrycznych i drzew zwisają na splątanych sznurowadłach buty: trampki, tenisówki; są i robocze gumiaki. Ktoś je tam zarzucił, co nie było łatwe. Czasem dziesiątki, setki par butów w jednym miejscu. Po co? Przeciw komu?
Starałam się dotrzeć do jakiś informacji dotyczących tego zjawiska, zwanego czasami  "shoe-flinging" , historii na ten temat jest wiele i nie są spójne. Przytoczę fragmenty artykułu Andrzeja Osęki zamieszczonego w „Newsweeku”.

Rozległość tego zjawiska jest ogromna, wręcz globalna, a komentarzy na jego temat narosło niewiele, co wydaje się rzeczą zagadkową. Buty wiszą na nadziemnych kablach w Nowej Zelandii, Australii, Afryce, Ameryce Północnej i Południowej, we wszystkich niemal państwach Europy, także w Polsce. W Warszawie widziano je koło Pałacu Kultury, przy placu Zbawiciela, placu Politechniki, na Muranowie, na Kole. Wiszą też przed bramą do parku Rejtana w Łodzi.
Spotykam pod bramą młodych chłopców, którzy wydają mi się dobrym źródłem informacji na temat owego „wiszącego obuwia”, ale…. wymigują się od odpowiedzi. Może sami nie wiedzą o co chodzi..?

Mówi się, że na przedmieściach amerykańskich miast buty zawieszone w powietrzu wskazują, że gdzieś tu można kupić narkotyki. Lub że to teren jakiegoś gangu. Albo że w tym miejscu zginął w bójce członek bandy. Jednak przestępcza legenda jest najwyraźniej dorobiona. Buty zarzucają na elektryczne przewody ludzie rozmaici, na ogół młodzi – żeby się zabawić, zaimponować kumplom, zadziwić i zaszokować przechodniów. Czasem także, by dać jakiś znak.
W Stanach Zjednoczonych są szkoły, gdzie uczniowie ciskają butami (shoe tossing) na zakończenie roku, by wyrazić radość z tego powodu. Podobnie zachowują się niekiedy młodzi mężczyźni, wychodząc z wojska: obuwie mundurowe malują na różowo lub pomarańczowo i odrzucają jak najdalej.
Zbiorowe rzucanie butami z natury ma w sobie coś z rubasznej zabawy ludowej i coś z psikusa. W różnych krajach pijanym, gdy przysnęli, kompani ściągali buty i umieszczali na drzewie lub słupie.


Niektórzy próbują traktować ten obyczaj jako działanie artystyczne, happening, performance. Ciskający obuwiem nawiązują do działalności rysujących po murach twórców graffiti – to, co robią, nazywają shoefiti. Termin ów stworzył Ed Kohler, pracownik agencji reklamowej z Minneapolis, który też założył pierwszą stronę internetową dokumentującą zjawisko.
Według fanów rzucania butami ma ono być jedną z form sztuki ulicy – buntem przeciw oficjalnym galeriom i muzeom. Na stronie internetowej shoefiti.blogsome.com uprawiający tę działalność Wimmy i Maess powołują się na Duchampa i tradycje wyrafinowanego absurdu w plastyce i literaturze. „Trenujemy – mówią – awangardowe rzuty butem”.


Schodzone obuwie wiesza się także na gałęziach drzew. Piękne dęby, platany oblepione zostają gęsto butami, niemal przesłaniającymi liście. W tej postaci stają się popularne w okolicy, robi się im zdjęcia. Takich kultowych, jak je nazywają, shoe trees naliczono w samych Stanach ponad 70.
– mnie jednak ten zwyczaj się nie podoba, i zgadzam się Andrzejem Osęką, autorem cytowanego tutaj artykułu: but na drucie lub drzewie jest brudem w krajobrazie, odpadem rzuconym w chmury, zapaskudzeniem, zbrukaniem błękitnego nieba, lub czystej wody, czy zielonego lasu…


Smarujący po murach zostawia na nich swój tag, jakieś gryzmoły, malowidła, które stanowić mają jego podpis, jego głos. Ten, kto umieszcza w miejskim lub wiejskim pejzażu stare buty, rowery czy patelnie, ma środki wyrazu bardzo ograniczone. Jest jak ktoś, kto drapie gwoździem karoserie samochodów albo zakleja komuś zamek gumą do żucia, zanieczyszcza wycieraczkę przed drzwiami. Psuje, brudzi – nic więcej. Idąc dalej tą drogą, nie można zrobić nic innego, jak tylko rzucać ludziom przed oczy coraz to inne szpargały, jeszcze bardziej dziwaczne, w jeszcze bardziej zaskakującym miejscu. To nudne w istocie zajęcie z niepojętych przyczyn wciąż znajduje w świecie rzesze nowych amatorów.
Walczą z shoe tossing ekolodzy, którzy biorą udział w rozpoczętym przed laty w Sydney sprzątaniu świata. W dziesiątkach krajów czyszczą lasy i łąki z tego, co naniosła tam bezmyślna tłuszcza. Odzierają też drzewa z butów, wyławiają rowery i opony z jezior.
Jedni starają się więc przywrócić dramatycznie zagrożoną czystość natury, inni umyślnie, z zapałem śmiecą. Są w tym zawzięci i anonimowi jak chuligani w internecie. Złośliwie i uroczyście ponawiają anarchiczny wygłup, pomnażają anarchię wokół nas.
Andrzej Osęka


Wróćmy na chwilę do parku Rejtana, gdzie drzewa bose, bez butów stoją – a takie piękne…


W parku rosną klony, wiązy, jesiony, lipy, dęby, brzozy, jednak na szczególną uwagę zasługuje oplatający drzewa i pokrywający ziemię bluszcz pospolity. 



Decyzją Rady Miejskiej z 27 października 2004 roku dwadzieścia pięć kwitnących okazów bluszczu uznanych zostało za pomnik przyrody.


Źródła:
Ryszard Bonisławski, Joanna Podolska. Spacerownik łódzki.
Andrzej Osęka. Newsweek.pl http://www.newsweek.pl
FAKT24.PL http://www.fakt.pl
ZIELONA ŁÓDŹ http://www.zielonalodz.pl/