piątek, 22 lipca 2016

Łódź, Hotel Savoy i… cały ten jazz!



Letni ogródek restauracji "Halka" przy ul. Moniuszki 1 w Łodzi (fot.ze zbiorów MMŁ)



…Jeżeli ulica Moniuszki chwaliła się swoją oryginalnością, że kiedyś była prywatną, że pierwsze oświetlenie miała, że w YMCA jazz grano, no i „Honoratka” naprzeciwko „Halki” była – wszystko to prawda. Ale za to wprost z ulicy Traugutta, równoległej do Moniuszki, wchodziło się do sławnych sal „Grand Hotelu”: „Malinowej”, „Złotej” i „Syreny”. Również do kina Goldberga, a po jego likwidacji, Teatru Miniatur Syrena, w 1948 roku do Teatru Satyry Osa, później Teatru 7.15.



Letnią porą po południu cała ulica słyszała jak w ogródku – z wejściem od ulicy Traugutta – grała Caravanę orkiestra „Braci Łopatowskich”.


Prawdziwą chlubą i ozdobą tej ulicy jest jednak Hotel Savoy. Jak pięknie musiał wyglądać tuż po wybudowaniu… 


Gazeta "Rozwój", rok 1919.


Samotnie, dumnie drapał chmury, bo był najwyższym budynkiem w Łodzi.


"Czas", kalendarz informacyjno-adresowy, rok 1914.



Tu ciekawostka dla współczesnych developerów. Ten budynek postawiono w dwa lata. Budowę rozpoczęto jesienią 1909 roku, a zakończono na początku 1911 roku i to z kłopotami, bo nijaki Cynamon ociągał się z robotami, za co go później wywalono. 

Luksusowy to był hotel. Z wielkim zachwytem opisywał go wędrowiec z dalekiej Rosji, będący gościem hotelu… Savoy został opisany w książce pt. „Hotel Savoy” Josepha Roth’a:
„To było dość zabawne miasto. Mieszkało w nim wiele dziwnych ludzi, czegoś podobnego nie spotyka się na świecie”.
Co i kogo miał na myśli Roth, odnaleźć można na kartkach książki o hotelu Savoy w mieście, które we wszystkich opisach przypomina naszą Łódź.

Swoją drogą hotele Savoy były często wymieniane jako miejsca atrakcyjne również ze względu na ciekawe zdarzenia, które miały w nich miejsce. W hotelu w Nowym Yorku grała orkiestra Bennego Goodmana i śpiewała  Ella Fitzgerald. Na pamiątkę nagrali kultową płytę „Stompin’ At The Savoy”.

Ella Fitzgerald i Luis Amstrong. Stompin’ At The Savoy
źródło: YouTube.pl

W londyńskim Savoy’u w 1919 roku grał, po raz pierwszy w europie, zespół „Dixieland Jass Band” z Ameryki, wzbudzając powszechny zachwyt!

Dixieland Jass Band
źródło: YouTube.pl


Ekspress Wieczorny Ilustrowany, rok 1923.

W naszym łódzkim hotelu Savoy też najprzedniejsze orkiestry grały. Chociażby salonowa orkiestra 37. Jekaterynburskiego Pułku Piechoty, później orkiestra „Braci Łopatowskich”, ale i orkiestra „Promenada” J. Szuberskiego. Przez długie lata jeszcze inne kapele – jedna lepsza od drugiej – występowały w restauracji hotelowej.

Orkiestra „Braci Łopatowskich”


Tak się jakoś ułożyło, że trzy łódzkie knajpy: w hotelu Savoy, „Malinowa” i „Tivoli” stanowiły jakby zaczarowany i przysłowiowy Trójkąt Bermudzki.


Wytrawni danserzy, ale też inne społeczności, co to bez zabawy żyć nie mogły, w tym trójkącie zatracali swoje życie, błąkając się między tymi lokalami – taki mieli zwyczaj, a może to magia tego trójkąta tak na nich działała? W każdym razie modne było przebywanie jednego wieczora w każdej z nich.


Republika, rok 1925.


Niestety, nadszedł czas zaniechania i orkiestry już tu nie grają. Być może to właśnie one same – te i pozostałe – zapadły się w tajemną dziurę czasu i przestrzeni, tego wyimaginowanego trójkąta, trójkąta łódzkiego.


Jako że w hotelach Savoy coś ważnego musiało być lub się zdarzyć, w naszym łódzkim ważny był lokal na pierwszym piętrze. Mieścił się tam Klub Pickwicka.



Orkiestry tu nie grały, bo i po co? Nie starczyłoby miejsca dla orkiestry i tańczących literatów. Kropka. Tu nie było przymileń i mizdrzenia się do ładnych panienek. Tu toczyły się zażarte dyskusje, spory o literaturę, teatr, film. Zwłaszcza ta najmłodsza muza, była przedmiotem ożywionych dyskusji wśród młodszej społeczności zacnego klubu. Powód był dość czytelny. Blisko, bo na ulicy Łąkowej szczypała – ta muza – zalotnie ludzi filmu, kusząc ich wielkimi literami w czołówce i czerwonym dywanem, po którym idzie się po Oskara. Wizje takiej przyszłości mogły się przecież ziścić, ale trzeba było je twórczo przedyskutować. Najlepiej oczywiście przy barze z widokiem na ścianę trunków wszelakich. Takim właśnie miejscem spotkań ludzi sztuki i kultury był Klub Pickwicka. Ludzi, w tym klubie bywających, w ramy pozłacane należałoby oprawić, a przygód, jakich doznali wystarczyłoby na kilka powieści…


Były też i złe spotkania, nawet podłe. Wtedy jak partia robotnicza ustami wielu artystów skarżyła na Edmunda Wiercińskiego za reżyserię „Elektry”, czyniąc z tak szacownego klubu salę sądową. Bezprawny sąd nad twórczą wizją artysty. Takie prawo i takie czyny w Klubie Pickwicka? Niestety, były i takie czasy.
Edmund Wierciński (1899-1955) - aktor, reżyser, pedagog.
W okresie międzywojennym Wierciński wiele eksperymentował jako reżyser, poszukiwał nowych rozwiązań formalnych. Był jednym z pierwszych inscenizatorów w Polsce, którzy realizowali zasadę integralności dzieła scenicznego; mistrzowsko przeprowadzał psychologiczną analizę wystawianego tekstu. Przed teatrem stawiał zadania społeczno-wychowawcze. Jego ideałem był teatr, którego źródła tkwiły w polskim teatrze romantycznym i twórczości Wyspiańskiego. Tworzył teatr postępowy, wyrażający aktualne treści społeczno-polityczne (Sprawa Dreyfusa Wilhelma Herzoga i Hansa Joségo Rehfischa 1931, Czarne Getto Eugene’a O’Neilla 1932). Wydobywał warstwę znaczeń przenośnych, symbolicznych, zarówno w sztukach z repertuaru współczesnego: Sen (1927), Łyżki i księżyc Emila Zegadłowicza (1928), Metafizyka dwugłowego cielęcia Stanisława Ignacego Witkiewicza (1928), jak i klasycznego: Ksiądz Marek Słowackiego (1936). Po okresie poszukiwań i eksperymentów wystawiał kameralne sztuki realistyczno-psychologiczne (Głupi Jakub Tadeusza Rittnera (1936), Lato w Nohant Jarosława Iwaszkiewicza 1936). W ostatnich przedstawieniach powojennych unikał eksperymentów, bliski był mu klasyczny teatr poetycki: Cyd Wyspiańskiego według Pierre'a Corneille'a (1948), Fantazy (1948) i Horsztyński (1953) Słowackiego, Lorenzaccio Alfreda de Musseta (1955).


Ale ogólnie rzecz biorąc Klub Pickwicka było to wesolutkie miejsce. W Savoy’u już od 1945 roku mieszkali artyści Teatru Miniatur Syrena.
Teatr założył satyryk Jerzy Jurandot w 1945 roku w Łodzi jako Spółdzielnię Pracy Aktorów pod nazwą Teatr Miniatur „Syrena”. Przeniesiony w 1948 roku do Warszawy, w 1951 roku został upaństwowiony i działał jako Teatr Syrena (1948–55, 1957–62 i od stycznia 1967 do dziś), a także jako Teatr Satyryków „Syrena” (1955–57) i Teatr Buffo „Syrena” (1962–67). Od 1967 roku nosi nazwę Teatr Syrena.


Gdzie po spektaklu spotykali się artyści i poeci? Oczywiście w Klubie Pickwicka. W jednym rządku wzdłuż lady barowej można było zobaczyć wybitnych przedstawicieli kultury polskiej: Jerzego Jurandota rozdzielającego Gozdawę od Stępnia, Dziewońskiego i Kazimierza Rudzkiego obok siebie, czyli nieustający monolog Dudka, a także Adolfa Dymszę przedrzeźniającego Ludwika Sempolińskiego…

Adolf Dymsza w piosence "Ach pardon" (słowa Marian Hemar, muzyka Andzrej Panufnik).
Źródło: YouTube.pl.

Przy stoliku poetów rozmawiali Gałczyński z Tuwimem. Obok, zadumany siedział wielki Węgrzyn.
Panie: Maria Bielicka, Mira Zimińska, Hanna Skarżanka obsiadły stolik przystrojony wazonem róż i zaśmiewały się słuchając Stefanii Grodzieńskiej.
Słychać było dźwięki pianina, Leon Schiller, czyli Lulek, w pelerynie okrywającej kiedyś romantycznego poetę, z głową zwróconą w kierunku Ildefonsa, grał i śpiewał kuplety z „Zielonego Balonika”…
Nad tym całym zgiełkiem panowała, rozdzielając uśmiechy, pani Axer, kierowniczka tego wyjątkowego miejsca…


źródła:
Notka jest fragmentem książki „Były dancingi i grały orkiestry w mieście Łodzi. Opowieść o muzyce, knajpach i nocnym życiu PRL-u”, której autorem jest Kazimierz Krzywik Kaźmierczyk.
oraz:

Fot. współczesne Monika Czechowicz


Fot. archiwalne ze stron:
oraz ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi.


Posłuchaj:



BAEDEKER POLECA:
Kazimierz Krzywik Kaźmierczyk. Były dancingi i grały orkiestry w mieście Łodzi. Opowieść o muzyce, knajpach i nocnym życiu PRL-u.
Książka zabierze Państwa w podróż do miejsc, doskonale znanych łodzianinowi w czasach PRL-u, w których grały najlepsze ówczesne orkiestry (m.in. „Bracia Łopatowskich”, Krochmalskiego, „Braci Wander”). O godzinie jedenastej rano czytelnik będzie mógł posłuchać opowieści przy klezmerskim stoliku w „Grand Café”, popołudnie spędzi na studiowaniu osobistego pamiętnika muzyka, by wieczorem obejrzeć niesamowity bal i posłuchać m.in. „La Cumparasita” w sali „Malinowej”. A skąd autor wie jak było? Sam to wszystko przeżył lub był naocznym świadkiem, często niesamowitych przygód łódzkich muzykantów. Dzisiaj dzieli się swoimi wspomnieniami i zaprasza do lektury każdego, kto pragnie dowiedzieć się skąd muzycy zza żelaznej kurtyny znali boogie-woogie, rock & rolla, na czyją prośbę pierwszy raz zagrali piosenkę „Theo, wir fahr'n nach Lodz!”, czemu autor kupował buty z Romanem Polańskim, co oznacza słowo neskim i jaką rolę w całej historii odegrała Michalina Tatarkówna-Majkowska. Opowieść Jerzego Krzywika Kaźmierczyka jest pełna zaskakujących i zabawnych historii, obrazujących czasy, w których kwitła muzyka taneczna w mieście Łodzi.

Jerzy Krzywik Kaźmierczyk - muzyk amator, bajarz, autor wspomnień o „rozrywkowej Łodzi” z czasów Polski Ludowej.
W jednym z wywiadów Jerzy Krzywik Kaźmierczyk powiedział: „Szkoda, ażeby mrok zapomnienia objął ciekawy, pod każdym względem, fragment naszej łódzkiej historii. Historii muzyków, muzykantów i klezmerów oraz miejsc, gdzie grali, wspominanych z sentymentem przez nich samych, ale i przez nas – łodzian, a także przez gości ze świata, którzy niejedną noc przetańczyli na łódzkich dancingach”.

Jerzy Krzywik Kaźmierczyk jest autorem kilku książek, nawiązujących do historii powojennej Łodzi. Są to publikacje pt.:  „Były dancingi i grały orkiestry w mieście Łodzi. Opowieść o muzyce, knajpach i nocnym życiu PRL-u”, „Lorneta z meduzą. Wędrówki łódzką nocą” czy „Jazz w mieście”. Napisał również „Paskudne lata. Wspomnienia z okupowanej Łodzi”. Wszystkie książki wydane zostały przez Dom Wydawniczy Księży Młyn w Łodzi.