poniedziałek, 28 listopada 2016

TAJEMNICA W ŹRÓDLISKACH czyli jak duch fabrykanta bronił skarbu.





ziało się to wtedy, kiedy w pobliżu Ogrodu Angielskiego zwanego później Źródliska (bo źródełek aż sześć krystaliczną wodą tryskało), w famułach z czerwonej cegły przy ulicy Przędzalnianej mieszkał młody pracownik snowalni. Zwano go Bernacikiem. Szło gadanie między widzewianami, że choć młody on, to rozum u niego nie od parady. Charakter miał stały, nieustępliwy i swych sądów bronić umiał. Zadziora przy tym był i raptus, nie pozwolił sobie w kaszę dmuchać. Interesował się przeszłością, do świetlicy chadzał, książki mądre czytywał.



Kiedyś grzebiąc w starych papierzyskach i księgach rozmaitych, wynalazł, że nie można się bynajmniej zbogacić, licząc na „wygry” i loterie, tudzież gry fantowe, urządzane na fajce [festyn robotniczy w Zielone Świątki] w Źródliskach. A czas to był, kiedy umarł właśnie fabrykant znamienity, co przędzalnię wielką miał na Przędzalnianej. Podobno bardzo bogaty był i skrzynię ze skarbami w domu trzymał. Rodzina jednak nie znalazła jej, choć bardzo szukano. Człek to był skąpy, bo w swym ogrodzie, który publiczności wynajął, nie pozwalał nawet ławek stawiać w cieniu wierzby rosochatej nad strumykiem. Uważał, że skoro wierzba jego, to chcący pod nią wypoczywać za jej cień powinni mu oddzielnie płacić. Mijali więc ludziska wierzbę z daleka, bo byli przekonani iż to ta wierzba, pod którą licho siedzi.


Wydawało się, że w drzewie coś jęczy i skrzypi. Kiedyś, podczas burzy, w nawałnicę gwałtowną, grom znienacka w spróchniałą wierzbę trzasnął. Jeno osmalony pień po niej pozostał, rozłupany na dwoje. Pewnego dnia ludzie oglądając rankiem miejsce, gdzie wierzba stała, zobaczyli, że kikut jej gdzieś przepadł, a zamiast niego leży – jakby z wielką siłą wciśnięty – kamień olbrzymich rozmiarów. Był potężny, o rozmiarach izdebki prawie. Podobnego w całej Łodzi dotąd nie wypatrzyło oko człowiecze. Nic więc dziwnego, że między ludem naraz wieść gruchnęła, że jakoby stary zmarły już właściciel widzewskiej fortuny pod głazem za pomocą czarnoksięskiej sztuki, swą skrzynię ze skarbami ukrył. „Nikt przecie – mówił Bernacik – kufra z pałacu dotąd nie wywoził”.
Jeden tylko, zdawałoby się nie do pokonania był szkopuł: kamień ważył zbyt wiele, by go jeden człowiek mógł ruszyć choćby o krok.


Skrzyknął się więc Bernacik z sześcioma podobnymi sobie młokosami-osiłkami, najtęższymi siłaczami z Widzewa. Pociągało ich wszystko, co miało związek z przygodą i zuchwalstwem. Takie to były uprzykrzone najrzydziury łódzkie, rodzicom i sąsiadom nieźle się dające we znaki. Rozczytywali się w powieściach przygodowych i znali reguły poszukiwania skarbów. Odbyli naradę w lasku koło toru kolejowego i prawie uwierzyli, iż skarb szybko wejdzie w ich posiadanie, jeśli tylko spełnią kilka warunków. Pierwszym z nich było to, aby zacząć poszukiwania siódmego dnia, siódmego miesiąca o północku. Wiedzieli, że skrzynię łatwo wydobędą, jeśli znaleziony skarb podzielą na siedem równych części. Nie wolno im też było w czasie odkopywania skarbu ani słowem odzywać się do siebie. Jeśliby złamali choć jeden warunek – skarb na zawsze byłby ukryty przed ludzkimi oczami.
Plan swój mogli szybko zrealizować, bowiem nadszedł dzień siódmy lipca. Wielgachny głaz, który nagle legł na miejscu scheiblerowskiej wierzby, zdawał się nieomylnym wskazaniem, gdzie szukać skarbu.


Zaopatrzyli się w narzędzia do wyprawy sposobne: łomy, łopaty, kilka worków na pieniądze i kosztowności, torby podróżne także spakowali i hajda ciemną nocką… Wszystko włożyli na wózek ciągnięty przez konia, który przygotowali na wypadek, gdyby skrzynia była tak ciężka i skarbów tak wiele, że nie mogliby nawet w siedmiu wynieść znalezionych kosztowności.
Krotko przed północną sforsowali ogrodzenie parku. Kiedy zegar na ewangelickim kościele św. Jana wydzwonił dwanaście razy i nastała północ, chwycili rydle i jęli z zapałem kopać w najbliższym otoczeniu samotnego kamienia.
Nagle czyjaś łopata gwałtownie zazgrzytała, uderzając w kamienne cielsko.
I zaczęło się!...
Z gwiaździstego, pogodnego lipcowego nieba nagle lunął deszcz. Zaskowyczał wicher gwałtowny, targając koronami drzew, jakby chciał przestraszyć śmiałków. Wydawało im się, że drzewa obok zaczęły błyszczeć jakimś niesamowitym, jakby fosforyzującym poblaskiem. Wciąż na nowo rozbrzmiewał trzask gromu, poprzedzany fioletowo-sinym zygzakiem błyskawicy. Cienie drzew wyglądały tak, jakby szarpiąc się, chciały podejść w ich stronę, przeszkodzić im w dziele.
Oni jednak nie zważając na strach, kopali dalej. W pewnej chwili dał się słyszeć taki harmider, wycia, wizgi i trzaski, jakby sam Lucyfer miał się pojawić, by unicestwić ich przedsięwzięcie. Od strony pałacu coś zaświszczało, zadygotało i stanął przed nimi zmarły niedawno fabrykant. Czaro ubrany we frak, w wysokim cylindrze na głowie… z dwoma widmami wiernych swoich psów. Jego oczy rzucały fosforyzujący blask, oświetlając przed nim drogę. Dokoła postaci ducha błyskały iskry…


Młodym ludziom ciarki przeszły po grzbietach. Zjawa coś do nich powiedziała, ale niczego nie zrozumieli. Wydawało im się, że w gębie drzewo jakieś gryzie i… pluje tym na nich z siłą iście diabelską.
Pracy jednak nie przerywali.
Już nawet czyjaś łopata jakby stuknęła w okute blachą wieko skrzyni. Zazgrzytała blacha… Byli tuż-tuż.
Widmo tymczasem szalało. Czerwonymi oczyma-lampami spojrzało na pobliski staw. Uczyniło to z taką siłą, że wszystkie znajdujące się tam ryby wypłynęły martwe na powierzchnię.



Kiedy spojrzało na krzaki, te z nagła ogniem piekielnym płonąć poczęły. Obróciło głowę widmo do tyłu, a już kłębowisko żmij natarło na nich. Teraz dopiero przestraszyli się naprawdę. Lęk ostudził im krew w żyłach, a włosy stanęły dęba.
Jednak pomimo potu, który płynął im strużkami po plecach, bez słowa kopali jeszcze szybciej. Nieustraszony Bernacik dyrygował robotą…
Skrzynia rychło była już widoczna do połowy, ale zazdrosne o swój skarb widmo nie próżnowało! Goniło z szybkością burzy po całym parku. Kwiczało jak świnia, wyło jak zły pies. Krzak na ich oczach w barana zamieniło, ławkę parkową w kozła brodatego. Po chwili nad kopiącymi pojawiły się całe stada złowieszczo kraczących kruków.


Podniósł się iście piekielny rejwach. Dał się słyszeć rechot żab. Widać było, że to siła nieczysta nad nimi się znęca. Powiało zapachem spalonej siarki. Całe powietrze wypełniło się czarną, złowrogą chmurą.
A Bernacik i jego druhowie kopali dalej, choć pragnienie już solidnie im dokuczało. Poty zlewne zrosiły ich karki i plecy. Pomimo to zawzięli się. Nawet piekło – pomyśleli – nie przeszkodzi nam w pracy.
Jednak diabeł fabrykant chwycił się nowego fortelu. Podszedł bliżej i… ziemię, którą wykopali, cisnął w nich z całą potęgą swej diablej siły. Potem zgarnął ją na powrót na skrzynię i ubijać zaczął. Pomagały mu jego wierne aż po grób piekielne psy, wygrzebując ziemię spod nóg kopaczy.
Cały park objęła teraz jakaś katastrofa, podobna do trzęsienia ziemi. Drzewa zaczęły się walić pokotem, tarasując drogę ucieczki. Skrzynia z niknęła z pola widzenia i nie wiedzieć gdzie – przepadła. Oni sami osunęli się na trawę, ni to ze zmęczenia, ni to ze zgrozy.
Jakieś ich dziwne opadło spanie. Śpiączka dziwna ogarnęła. Usnęli snem nieludzkim, nagłym, kamiennym.
Kamraci znaleźli ich dopiero następnego dnia o poranku. Głaz zniknął. Śladu po skrzyni nie zostało. Tylko pełno gałęzi połamanych i dużo opadłych liści leżało dokoła. Koń wraz z wózkiem przepadł, wraz z nim worki i narzędzia. Nie pytali nawet, co się stało. Ludzie mówili, że burza była z piorunami tej nocy nad Widzewem.
A cel wydawał się tak bliski. Cóż z tego, kiedy moce piekielne nie chciały udzielić ludziom swych skarbów.

według Zdzisława Konickiego

Post Scriptum:
Karol Wilhelm Scheibler (urodził się 1 września 1820 w Montjoie (dzisiaj Monschau) w Nadrenii, zmarł 13 kwietnia 1881 w Łodzi) – jeden z największych łódzkich przemysłowców.
Pochodził z rodziny niemieckiej wyznania ewangelicko-augsburskiego. Jego ojciec posiadał fabrykę sukna w Niemczech. Scheibler uczył się zawodu w Anglii, a następnie praktykował w Belgii, Francji, Szkocji, Holandii i Austrii.
W 1838 roku został dyrektorem przędzalni w fabryce swojego wuja, Gustawa Pastora w Verviers, a rok później został zatrudniony w przędzalni Johna Cockerilla w Liège. W 1842 roku otworzył przedstawicielstwo kilku firm angielskich zajmujące się sprzedażą maszyn włókienniczych i osiadł w Bad Vöslau pod Wiedniem. W 1848 przyjechał do Królestwa. Został dyrektorem przędzalni bawełny u swego wuja Fryderyka Schloessera w Ozorkowie. W 1852 roku założył w Łodzi spółkę, która miała importować maszyny włókiennicze, następnie uruchomił przędzalnię bawełny. W rozpoczęciu samodzielnej kariery przemysłowca pomógł mu bogaty ożenek w 1854 z Anną Werner, córką właściciela fabryk sukna w Zgierzu i Ozorkowie oraz cukrowni w Leśmierzu. Posag żony przewyższał dwukrotnie jego własne oszczędności. Zgromadzone w ten sposób sumy, wsparte kredytami, pozwoliły na otworzenie w 1855 pierwszej fabryki – w pełni zmechanizowanej przędzalni. Wkrótce wybudował dwie tkalnie oraz wykończalnię. Inwestowanie w najnowocześniejsze ówcześnie maszyny i nowinki techniczne pozwoliły mu na zajęcie miejsca lidera w przemyśle bawełnianym Królestwa Polskiego.
Przewidział kryzys na rynku bawełnianym, spowodowany wojną secesyjną w Stanach Zjednoczonych. Na przełomie lat 50. i 60. zamówił w USA dużą ilość bawełny, będącej podstawowym surowcem dla łódzkich fabryk włókienniczych. Kiedy dostawy bawełny, w wyniku wojny, zostały ograniczone Scheibler miał wystarczająco dużo surowca, by produkować wtedy, kiedy inni zamykali fabryki. Miał tak wielkie zapasy, że wystarczały one nie tylko na produkcję własną, ale również na sprzedaż przędzy po trzykrotnie wyższej cenie.
Karol Scheibler swoją działalnością rozpoczął nową epokę w dziejach przemysłowej Łodzi, zapewnił jej czołowe miejsce w Europie w dziedzinie przemysłu włókienniczego. Był twórcą wielkiego imperium przemysłowego, na które składał się zespół tzw. Centrali przy Wodnym Rynku (obecnie plac Zwycięstwa), kompleks Księżego Młyna oraz zabudowa biegnąca wzdłuż obecnej ul. ks. bpa W. Tymienieckiego i sięgająca ulicy Piotrkowskiej o łącznej powierzchni około 500 ha.
Dbając o rozwój przemysłu, pamiętał też zawsze o swoich współobywatelach. Zarówno sam Karol Scheibler, a po jego śmierci wdowa po nim, Anna z Wernerów, jak i syn Karol Wilhelm, córka i zięć – Matylda i Edward Herbstowie, łożyli olbrzymie sumy na budowę potrzebnych miastu gmachów: szkół, szpitali, kościołów, wspierali wszelkiego rodzaju charytatywne akcje.
W marcu 1879 roku car Aleksander II nadał mu Order Świętego Stanisława II klasy za usługi okazane towarzystwu opieki nad żołnierzami ranionymi i chorymi.
Karol Scheibler miał siedmioro dzieci: Matyldę, Adelę, Emmę, Karola Wilhelma, Leopolda, Emila oraz Feliksa. Pochowany został w części ewangelickiej na Starym Cmentarzu w Łodzi przy ul. Ogrodowej, w Kaplicy Scheiblerów, której fundatorką była zona Anna.
Na jego osobie Władysław Reymont wzorował postać Hermana Bucholca w swojej powieści pt. Ziemia obiecana.

źródła:
Łódź w baśni i legendzie. Praca zbiorowa.
pl.wikipedia.org




Fot/rys. Monika Czechowicz

BAEDEKER POLECA:




Zagadka rodowodu Łodzi i jej najdawniejszych lat, gdy była nieznaczną wsią pośród puszczy, nie daje spokoju ludziom obdarzonym wyobraźnią. Literaci wkraczają na miejsce, którego historycy z braku źródeł, nie są w stanie w pełni zagospodarować. Baśnie i legendy zawarte w niniejszym zbiorku obejmują czasy od nadania Łodzi praw miejskich do XIX wieku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz