czwartek, 8 stycznia 2015

ULICA KILIŃSKIEGO 46



W latach młodości Juliana Tuwima była to ulica Widzewska 44. To tutaj, w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią 13 września 1894 roku przyszedł na świat. Wspominał o tym w jednym z wywiadów:






Lat temu prawie tyle, ile sobie niechętnie liczę, więc bardzo dawno temu, siedzę na progu maleńkiej kuchni maleńkiego mieszkania w mieście Łodzi – i ołówkiem, który zaciskam pełnym chwytem piąstki, bazgrzę zajadle chaotyczne zygzaki na stronicach książeczki małego formatu, w szarej płóciennej oprawie...




Rodzice byli spolonizowanymi Żydami, ojciec, po praktyce bankowej w Paryżu, przyjechał do Łodzi i tu 22 grudnia 1893 roku poślubił córkę znanego drukarza Leona Krukowskiego – Adelę. 



W domu mówiono po polsku, a po latach atakowany przez rodzimych nacjonalistów Tuwim wyjaśniał spokojnie i łagodnie:







Matka uczyła nas szacunku do ludzi pracy, ludzi prostych, wpajała w nas zasady chrześcijańskie (choć oficjalnie nie byliśmy chrześcijanami) i demokratyczne. Całym sercem kochała Polskę, jej kulturę i literaturę i gdy jeszcze nie umiałem czytać, sama odczytywała mi najpiękniejsze wiersze polskie, nuciła śliczne, stare piosenki. To, że stałem się poetą, Jej przede wszystkim zawdzięczam.

Adela Tuwim z Krukowskich


W domowym archiwum poety zachowały się zeszyty polskich poetów przepisywanych przez matkę w 1886 roku, a także przez babkę Ewelinę Łapowską w 1850 roku. W swoich wspomnieniach wracał często do tego tematu:

A przecież od wczesnego dzieciństwa karmiony byłem, bez przekarmiania, wierszami i piosenką. Te pierwsze zalążki rytmu i melodii zawdzięczam Matce, która nuciła mi mazurki Chopina ze słowami Ujejskiego: „Jego dotąd nie ma, a duszyczka roi”, „Biadaż moja z tą ciotką, przezwała mnie terkotką” – i czytała mi wiersze, gdy jeszcze sam czytać nie umiałem. Ale nie te nudne, głupawe wierszyki dla dzieci o kulawym kotku lub o tym, co był chory i leżał w łóżeczku, lecz prawdziwe „dorosłe” wiersze, które Matka za panieńskich czasów przepisywała do kajetów. Leży właśnie przede mną taki „Kajet do wierszy A. Krukowskiej rok 1886”.
Gdy jednak w matczynych kajetach przeważają utwory romantyczne, miłosne i humanitarne, babka lubuje się w tematach historycznych.
Tak dokumenty tradycyjnego przywiązania do poezji polskiej w mojej rodzinie trzymam w tekturowej okładce – razem z rękopisami pierwszych wierszyków mojej siostry Ireny. Bądź co bądź, trzy kobiece pokolenia…
I kiedy mi czasem antysemiccy nudziarze doradzają w swoich pismach, żebym pisał po żydowsku (p. Jan Rembieliński namawiał mnie nawet kiedyś w „Myśli Narodowej”, żebym włożył chałat i zapuścił pejsy; uczynię to tegoż dnia, kiedy p. Rembieliński zjawi się na ulicy w żupanie i kontuszu; przejdziemy się razem po Warszawie i damy się sfotografować) – kiedy z ponurym uporem namawiają mnie, abym wrócił [?] do ghetta, Irena Tuwim
mam ochotę zaproponować im to i owo, a także spokojnie i łagodnie zawiadomić ich, że w getto nie przebywali już moi dziadkowie i że w języku żydowskim pisać nie mogę, gdyż ani go nie znam, ani nie znałem, ani w domu nigdy nie słyszałem. 
W mojej rodzinie mówiło się zawsze tylko po polsku, i to czystą, bez fonetycznego nalotu wschodniego, polszczyzną. Jedynie Ojciec miał leciutki akcent cudzoziemski, nie żydowski jednak, lecz przyjemnie obcokrajowy, bo długie lata spędził w Paryżu, a przedtem w Królewcu i Petersburgu. Do ghetta więc, łaskawi panowie, nie wrócę. Jeżeli dokądś wrócę, to do Polski, gdy mnie ewentualnie przyszłe rządy panów z kraju wyrembielą, te zaś, które po nich przyjdą, dadzą wizę powrotną. Z należnym szacunkiem J.T., poeta polski.
Zabawnym tylko, bo nic przecież nie znaczącym szczególikiem jest ten dobór nazwisk u moich niearyjskich antenatek: matka Krukowska, babka Łapowska, prababka Dillon z domu (wierszy nie pisała!). To nazwisko przybrał sobie jej wnuk, Clarence Dillon (recte Łapowski), milionowy Amerykaniec, ten sam, Izydor (Zaroch) Tuwim
który udzielił skarbowi polskiemu „dillonowskiej pożyczki”. Jest on najbliższym bratem ciotecznym mojej Matki. Ale wcale się nie znamy, bo nie jestem skory do zawierania znajomości z każdym milionerem.


W zbiorach Archiwum Państwowego w Łodzi przechowywana jest (pisana po rosyjsku) metryka Juliana Tuwima. Przeczytamy w niej:

19/31 października 1894 roku przed urzędnikiem miejskim zjawił się Zaroch Tuwim, lat 37, buchalter, stały mieszkaniec miasta Kalwaria, w towarzystwie Gabriela Segała, podrabina miejskiego, Moszka Kalińskiego i Wiktora Rabinowicza ze służby bożniczej i przedstawili dziecko rodzaju męskiego, mówiąc, że urodził się w Łodzi 1/13 września br.o godz.13 z jego żony Adeli z domu Krukowskiej, lat 21. Dziecku temu przy obrzezaniu dano imię Julian. Akt ten został przeczytany przez nas i podpisany. Ojciec wyjaśnił, że opóźnienie w rejestracji dziecka nastąpiło ze względów rodzinnych.

Od 2013 roku na bocznej ścianie bramy prowadzącej do kamienicy umieszczono z inicjatywy Uniwersytetu Łódzkiego tablicę pamiątkową z wizerunkiem Juliana Tuwima.

źródła:
Ryszard Bonisławski. Łódź Juliana Tuwima. Łódzkie korzenie poety.
Janusz Stradecki. Julian Tuwim. Biografia.




Fot. Monika Czechowicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz