poniedziałek, 19 sierpnia 2013

POCZĄTEK I KONIEC (ŁÓDŹ MOJA ZAKAZANA MIŁOŚĆ)




"... Dom nosił numer 9. Była to ponura prymitywna czynszówka, jakich setki stały wzdłuż ulic całej dzielnicy. Za czasów mojego dzieciństwa ulica, przy której stał ten dom, nazywała się Cegielniana.
W połowie lat dwudziestych uznano, że wszystkie ulice, które przecinały Piotrkowską, musiały się na niej zaczynać lub kończyć. Ulica otrzymała nazwę Śródmiejskiej, a dom - numer 26. Niemcy podczas okupacji zmienili oczywiście nazwę.
Po wojnie ulicę przemianowano. Śródmiejska to dziś pułkownika doktora Stanisława Więckowskiego, zasłużonego działacza niepodległościowego. Numer pozostał bez zmian.
Gdy się wchodziło przez bramę do wnętrza kamienicy, uderzał brud i smród. Podwórko wybrukowane było kocimi łbami. W głębi stały czarne przybudówki, których cel był zrozumiały, jeśli się zważy, że prawie żadne z mieszkań nie miało sanitariatu. Dół kloaczny raz na miesiąc opróżniano potężnymi czerpakami, co pozwalało lokatorom nadal korzystać z czarnych budek, a chłopi mieli dzięki temu bezpłatny nawóz. Wzdłuż muru i środkiem bramy ciągnął się rynsztok, którego zawartość nie pozostawiała wątpliwości, co do charakteru płynących w nim płynów...
Moja rodzina pochodziła z Krośniewic, przedmieścia Kutna.
Rodzina była liczna. Babka miała ośmioro dzieci. Cztery córki i czterech synów. Ta dzielna kobieta nie tylko wychowała całą ósemkę, ale zapewniła jej utrzymanie, prowadząc niewielki kiosk z warzywami.
Pierwszy opuścił dom najstarszy syn. Pod koniec dziewiętnastego wieku wyjechał do Ameryki i wszelki ślad po nim zaginął.
Następnym był najmłodszy z synów - mój ojciec. Znalazł pracę jako chłopak na posyłki w jednej z łódzkich firm. Rychło też zrozumiał, że jeśli ma coś osiągnąć, musi się uczyć, uczyć, uczyć. Na przysłowiowym przypiecku przygotował się do matury. Z chłopca na posyłki awansował na starszego sprzedawcę, szybko też zrozumiał, że przyszłość całej rodziny jest w Łodzi, toteż po kolei wszystkich sprowadził do Ziemi Obiecanej.
Starszemu bratu poradził, by został buchalterem. Drugi wyuczył się parasolkarstwa i otworzył na Piotrkowskiej własny sklep. Dwie najmłodsze siostry wyuczyły się tradycyjnego zawodu. Zostały krawcowymi.
Prawie cała rodzina zamieszkała w domu przy Cegielnianej 9. Łącznie z babką. Kto był pierwszy - trudno dociec, ale większość mieszkań zajęta została przez braci i siostry mego ojca. Również pozostałe mieszkania zajmowali krośniewiczanie, którzy przenieśli się do Łodzi.
I do tego dziwnego domu, który był czymś w rodzaju ekspozytury krośniewiczan na Łódź, rodzice moi prowadzili mnie regularnie w każdą sobotę. Zbierano się w mieszkaniu mojej babki i tu odbywał się specjalny rytuał.
Rytuał polegał na tym, że babka wnosiła na stół olbrzymi talerz gorącego grochu, sowicie posypanego pieprzem. Pierwszy próbował tego grochu mój ojciec, a następnie częstowali się nim wszyscy. Reszty dań nie pamiętam, ale pamiętam bardzo dobrze treść rozmów. Dotyczyły one wyłącznie spraw krośniewiczan sprzed lat. Były to anegdoty i historyjki, które wszyscy znali już na pamięć, ale które mimo to wszystkich ciągle serdecznie rozśmieszały. W końcu jednak nie były to już Krośniewice: był to coraz bardziej świat Szolem Alejchema - Kagrylewski, Kapcańska, Jehubca... Dopiero w wiele lat później, kiedy nikt z bohaterów tych spotkań nie żył, zrozumiałem stosunek mego ojca do twórczości Szolem Alejchema. Kiedy wystawiał z tak wielkim sukcesem Kopaczy złota - bohaterowie tej sztuki z reb Rozgowojerem na czele wywodzili się przecież z Krośniewic...
... 1 września skończył się świat Szolem Alejchema. Skończył się świat Krośniewic.
Skończyły się sobotnie spotkania na Śródmiejskiej 26 i tylko z rzadka opowiadano sobie o zwycięstwach aliantów na Bałkanach, na Zachodzie, aż w końcu i te opowieści ustały. Przyszedł dzień, kiedy powstało getto na Bałutach. I nastąpiło zamknięcie getta. Otoczyła je hitlerowska żandarmeria i druty kolczaste...
Getto wymarło z głodu. Umarł brat ojca buchalter z żoną i cudowną córką, nauczycielką języka polskiego. Ta umarła ostatnia. Umarł brat parasolnik z żoną i córką. Druga córka uciekła do Warszawy i zginęła zagazowana w Treblince. Umarły siostry mego ojca. Umarła najmłodsza - z mężem, który zwariował, i z synem. Umarła druga siostra ojca, z mężem i trojgiem dzieci. Umarli żebrząc na ulicy. Najdłużej ciągnęło się umieranie sześciu wnuków najstarszej siostry ojca... Im wszystkim wypisałem karty zgonu.
Z całej krośniewickiej rodziny zostałem sam - bez jednej łzy w oku.

... Dobry Boże - w którego wierzyli mój praojciec Abraham, mój praojciec Izaak, mój praojciec Jakub, Ty, który szybujesz w przestrzeniach ogromniejszych, niż zdoła je opanować myśl ludzka - powiedz mi:
Dlaczego?...
Dlaczego?!..
Dlaczego?!!... "

Arnold Mostowicz. Łódź moja zakazana miłość (fragment)


Fot. Monika Czechowicz
Zobacz jeszcze:
LODZERMENSCH ARNOLD MOSTOWICZ  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz