Fot. Monika Czechowicz
Etykiety
ABC czyli ARCHIWUM
ABC czyli ARCHIWUM TEMATYCZNE
ACH ŚPIJ KOCHANIE...
BAEDEKER od A do Z
BLISKO CORAZ BLIŻEJ
CURRICULUM VITAE
DOMY UMIERAJĄ STOJĄC
DRZWI DO ŁODZI
FOTONOCOWANIE
FOTOSTREET
IN MEMORIAM
JAK TO Z ŁODZIĄ BYŁO...
KOLEKCJE ŁÓDZKIE
LODZBOOK
LUSTRA ŁÓDZKIE
ŁÓDŹ FESTIWALOWA
ŁÓDŹ FILMOWA
ŁÓDŹ KRZEPI
ŁÓDŹ OPISANA
ŁÓDŹ SIĘ BAWI
ŁÓDŹ SPORTOWA
M-ŁODZIAKI
MALOWANA ŁÓDŹ
MEA ORDINARIA CIVES LODZ
MIEJSCA POWRÓCONE
MISTERIUM ŁÓDZKIE
MOJA ŁÓDŹ
PAŁACE WILLE KAMIENICE
PIOTRKOWSKA STREET
POP i ART
POZNAŃSCY
PÓJDŹ DZIECIĘ JA CIĘ UCZYĆ KAŻĘ
PRO PUBLICO BONO
PRZEGLĄD PRASY
REGION ŁÓDZKI
REJS ŁODZIĄ
ROZBICIE DZIELNICOWE
SCHEIBLEROWIE
SEN O WIELKIEJ ŁODZI
SŁOWNICZEK ŁÓDZKI
SZLAK FABRYCZNY
ŚPIEWOGRA ŁÓDZKA
WOLNOSTOJE ŁÓDZKIE
WYSOKO CORAZ WYŻEJ
Z BRAM OTWARTYMI USTAMI
ZDROWEŚ DRZEWO ŁASKIŚ PEŁNE
ZIELONA ŁÓDŹ
ŻYĆ I UMRZEĆ W ŁODZI
ВОТ ОККУПАНТЫ
מיין שיפל
piątek, 7 października 2016
czwartek, 6 października 2016
Bernard Lichtenstein i łódzkie korzenie wranglerów.
Bernard
Lichtenstein przyszedł na świat w 1894 roku w Łodzi przy ulicy Krótkiej.
Urodził się, wychował i pracował w tzw. łódzkiej Jerozolimie – dzielnicy biedy.
Tworzyły ją Stare Miasto i Bałuty zamieszkane głównie przez ubogich Żydów.
Lichtenstein
był rzemieślnikiem zajmującym się krawiectwem, a ta profesja, podobnie jak
szewstwo, nie była traktowana z szacunkiem przez ortodoksyjnych Żydów. Tkactwa
i mechaniki uczył się w szkole Rzemiosł Talmud Tora przy ulicy Średniej 46/48
(obecnie ulica Pomorska).
Łódź,
ulica Pomorska 46/48. Gmach dawnej Żydowskiej Szkoły Rzemiosł „Talmud-Thora”,
obecnie mieści Wydział Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego.
Przeczytaj w baedekerze:
Mały
Bernard zaczytywał się w powieściach Karola Maya o przygodach Winnetou i Old
Shatterhanda. Kupował je najczęściej w księgarni Gebethnera i Wolffa.
Tutaj mieściła się księgarnia Gebethnera i Wolffa. Piotrkowska 18.
Przeczytaj w baedekerze:
Świat
Indian i życie na prerii rozbudzały w nim marzenia o beztroskiej pracy kowboja
oraz poszukiwaniu miejsca, w którym człowiek czuje się wolny i szczęśliwy.
Lektura tych książek niezwykle przydała się w przyszłości. Dorosły już Bernard,
przejmując zakład ojca, próbował wprowadzić w nim pewne innowacje.
Przede
wszystkim kupił drogą szwajcarską maszynę do szycia marki Bernina, pracującą
dużo szybciej niż te, które miał dotychczas (100 wkłuć na minutę). Mógł dzięki
temu zrealizować jedno ze swoich marzeń. Na Purim, wiosenny żydowski karnawał,
uszył dla swojego syna Dawida strój kowbojski.
Beżowe
płótno wykorzystał do uszycia kamizelki przypominającej stroje ulubionych
bohaterów powieści. Tak zaprojektowany kostium nie wzbudził zachwytu wśród jego
najbliższego otoczenia i innych krawców. Niektórzy uznali Bernarda za dziwaka.
Zakład
Bernarda Lichtensteina funkcjonował ze zmiennym szczęściem, do zapewnienia
spokojnego bytu rodzinie było daleko. Mieścił się na Bałutach, gdzie
potencjalni klienci z braku pieniędzy chodzili najczęściej w połatanych
ubraniach. Mijały lata i nic nie zapowiadało zmiany materialnego statusu. Brak
zamówień wpędzał Bernarda w długi, których nie miał z czego spłacać. Życie zaczęło
się stawać coraz bardziej szare… Zmarli rodzice Bernarda, sytuacja wielu Żydów
w Europie była coraz bardziej skomplikowana. Nastał 1937 rok. Lichtensteinowie
zaczęli zastanawiać się, czy nie podążyć śladem sąsiadów, którzy wyemigrowali
do Ameryki. Wreszcie Bernard namówił żonę, by postawić wszystko na jedną kartę.
Sprzedał zakład innemu krawcowi – Seidemannowi. Uzyskana suma 5 tysięcy złotych
stanowiła wtedy równowartość około tysiąca dolarów. Wystarczyła na spłatę
długów i kupno biletów na transatlantyk SS „Kościuszko”. Pełni obaw rodzice z
dziećmi wyruszyli za ocean…
Co
Lichtensteinowie zabrali ze sobą? Tym, co miało dać im finansową niezależność w
Ameryce, była maszyna do szycia.
Rodzina,
pełna obaw, zaokrętowała się na statek wypływający z Gdyni do Nowego Jorku.
Podróż trwała osiem dni, spędzili ją pod pokładem transatlantyku, stłoczeni
wśród innych najbiedniejszych pasażerów. Mieli świadomość, że samo dotarcie do
Nowego Świata nie gwarantowało pozostania tam i znalezienia pracy. Procedura emigracyjna
była bardzo skomplikowana. Na serię zadawanych pytań trzeba było odpowiedzieć
tak, aby przekonać urzędników i najlepiej zrobić to po angielsku. Tymczasem
nikt z rodziny nie znał tego języka. Bernard posługiwał się angielszczyzną
składającą się z kilkunastu słów i zwrotów, jakie zapamiętał z książek czytanych w
dzieciństwie. A jednak fortuna im sprzyjała. Lichtensteinom pozwolono pozostać
i szukać pracy. W czasie długiej podróży statkiem Bernard obserwował pasażerów,
którzy tak jak on wieźli ze sobą maszyny do szycia. Z zasłuchanych rozmów
starał się wywnioskować, gdzie zamierzają osiąść po przybyciu do Ameryki.
Najczęściej powtarzającym się słowem było Filadelfia...
Filadelfia. Karta pocztowa z 1909 roku.
Bernard nie wiedział
jeszcze, że właśnie to miasto było wówczas najbardziej podobne do jego
rodzinnej Łodzi: był to największy ośrodek przemysłu tekstylnego w Ameryce, a
także centrum handlu i biznesu, gdzie tradycyjną kulturę Dzikiego Zachodu
traktowano jak folklor. Nie cieszyła się więc uznaniem i popularnością. Jednak
to właśnie tam Bernard otworzył niewielki sklep z pracownią krawiecką. Szył
wszystko, na co dostał zamówienie. W nowej ojczyźnie, co było charakterystyczne
dla niemal wszystkich emigrantów, jego imię zostało nieco zmienione. Stał się
Benem.
Niespełna
rok po osiedleniu się w Ameryce uśmiechnęło się do niego szczęście. Jego zakład
odwiedził impresario objazdowego rodeo show, któremu w czasie podróży
przytrafił się wypadek – cała garderoba używana podczas pokazów uległa
zniszczeniu. Chciał, aby Ben zaprojektował dla niego stroje z materiałów w
żywych kolorach. Miały one być nowoczesne, ale zarazem nawiązywać do tych
wcześniejszych. Pochodzący z łódzkich Bałut krawiec projektował nowe stroje,
wyobrażając sobie ubrania swoich bohaterów, o których czytał, będąc dzieckiem.
Impresario złożył oficjalne zamówienie na uszycie kowbojskiej garderoby. Na
próbę Ben miał przygotować 10 koszul z denimu (dżinsu). Kontrahent był
zadowolony: kolorowe koszula z lamówkami, kieszeniami i zakładkami zrobiły na
nim wrażenie. Jednak tym, czym Ben zaskoczył go najbardziej, był szczegół
odróżniający nowo uszyte koszule od tradycyjnych. Pojawiły się na nich nieznane
wcześniej zatrzaski zastępujące guziki. Zaskoczonemu zleceniodawcy wytłumaczył,
że zatrzask jest lepszym rozwiązaniem, ponieważ jest praktyczniejszy w użyciu.
Powód był bardzo prosty: kiedy kowboje trafiali na rogi byka, często tracili
życie właśnie przez solidnie przyszyte guziki, które nie od razu odrywały się
od koszuli. Zatrzaski w mig uwalniały kowboja z opresji. Otwierały się i
pozwalały na ucieczkę. Los uśmiechnął się do pomysłowego Żyda z Łodzi.
Wkrótce
Ben dostał zaproszenie od bogatego ranczera z Kansas City. Znalazł się na
wymarzonym Zachodzie Ameryki. Teraz mógł bez przeszkód rozwijać swoje
„krawieckie fantazje”, wcześniej w Europie uznawane za dziwactwa. Zaczęto
nazywać go „Rodeo Ben – kowboj z Polski”.
Jego
koło fortuny kręciło się coraz szybciej. Otworzył sklep na Wschodnim Wybrzeżu,
który stał się wyjątkowym miejscem. Przyjeżdżali tam miłośnicy rodeo z
Kolorado, Teksasu i Kalifornii. Każdego roku miał swoje stoisko w nowojorskim
hotelu Belvedere, który z okazji pokazów w Madison Square Garden odwiedzały
największe gwiazdy rodeo oraz aktorzy wcielający się w role kowbojów.
Lata
czterdzieste i początek pięćdziesiątych to okres wielkiej popularności
westernów : John Wayne, Garry Cooper -
nosili dżinsy...
Dżinsy
były od zawsze kojarzone ze strojem roboczym, używanym najczęściej przez
poszukiwaczy złota, górników i farmerów. Rodeo to sport wyrosły z tradycji
kowbojskiej. Podstawą w nim są odpowiednie umiejętności. Równie ważny jest
strój – nie tylko atrakcyjny, ale także wygodny, niekrępujący ruchów,
wytrzymały i przede wszystkim praktyczny.
W czasach, gdy Rodeo Ben zaczynał
projektować kowbojskie stroje, powszechnie używane spodnie nie wytrzymywały
konfrontacji w pojedynkach ze zwierzętami. Poszukiwano optymalnych rozwiązań.
Po zakończeniu II wojny światowej produkcja, również ta związana z branżą
odzieżową, uległa modyfikacji.
„Rodeo
Ben” opracował kilkanaście wzorów – każda wersja była sprawdzana przez kowbojów
w trakcie pojedynków ze zwierzętami. Projektant cały czas zmieniał nawet
najmniejsze szczegóły. Praca była żmudna i dopiero 13 wersja spodni okazała się idealna. Co było nowością? Przede wszystkim po raz pierwszy zastosowano
zapinanie na suwak, a nie na guziki, podwójny szew, pięć kieszeni, proste
nogawki, a także przesunięta została kieszonka na zegarek. Inną, wydawałoby się
prostą, ale jakże skuteczną i nowatorską metodą było wygładzenie nitów
znajdujących się na spodniach. Tak powstała nowa linia spodni 13 MWZ (13 tries,
man’s western zipper), dla których wybrano nazwę Wrangler będącą synonimem
kowboja (czyli człowieka opiekującego się końmi i bydłem). Niemal natychmiast
zawojowały one cały świat. Obecnie dostępne w sprzedaży spodnie Wrangler to
pochodne projektu 13 MWZ.
Bernard
Lichtenstein zmarł w 1979 roku, uważany był wtedy za gwiazdę amerykańskiego
krawiectwa. Zaprojektowane przez niego spodnie do dziś są na świecie symbolem
wolności i indywidualności. Wizerunek :Rodeo Bena” oraz podobizny pięciu
mistrzów rodeo drukowane były na papierowej wkładce, którą fabrycznie
przyczepiano do tylnej kieszeni każdej pary nowych wranglerów. Dzisiaj łódzki
przemysł lekki mógłby mieć więc swego patrona, którego spodnie od co najmniej
70 lat nosi co trzeci mieszkaniec kuli ziemskiej…
źródło:
Jacek
Perzyński, Anna Kulik. Sekrety Łodzi. Część 1.
Fot.
współczesne Monika Czechowicz
BAEDEKER
POLECA:
Jacek Perzyński, Anna Kulik. Sekrety
Łodzi. Część 1.
Łódź
po raz kolejny zdradza swoje tajemnice. Odkrywa je strona po stronie… następne
miejsca, wydarzenia, nazwiska. Roman Polański i Eugeniusz Bodo, willa z horroru
oraz historia pewnego wyjątkowo ponurego więzienia… Nie zabraknie Katarzyny
Kobro i Władysława Strzemińskiego ani króla fryzjerów Antoine’a.
Kilkadziesiąt
niezwykłych historii tworzy pierwszą część Sekretów Łodzi. Otwórz książkę
i daj się porwać do świata, w którym spotkasz silne i utalentowane kobiety,
odważnych i ekstrawaganckich mężczyzn, staniesz się świadkiem cudów św.
Antoniego, przeżyjesz prawdziwe chwile grozy podczas wybuchu gazu na Retkini, a
zasady higieniczne dawnej Łodzi już nie będą dla Ciebie zagadką!
Autorzy
pokazują nieznane oblicze miasta, które zadziwia i fascynuje. Całość
została opatrzona unikatowymi fotografiami i fragmentami publikacji prasowych.
środa, 5 października 2016
Głodny baedeker i Jaffa - hummus & other stories…
Jaffa,
niepozorna knajpka przy OFF Piotrkowska.
Łodzianie,
którzy nie przepadają za mięsiwem, lub są znudzeni tym co dotąd jedli – powinni
tutaj zajrzeć. Już od wejścia wita przepyszny zapach kamunu ( kuminu czy po
prosu kminu rzymskiego) i innych ziół i przypraw.
Bardzo
dobre wegańskie jedzenie - menu opiera
się na tradycjach orientalnych - żydowskich i arabskich.
Niektóre
dania trudno było mi rozszyfrować, ale okazało się, że przed zamówieniem mogę
spróbować tego czy owego sosu…
Zmówiłam
falafel z kimchi, grzybami leśnymi (tego dnia były kurki) i sosem o jakieś
egzotycznej nazwie, którą niestety zapomniałam, ale.... może zajrzycie tu i sprawdzicie sami, wybór wegetariańskich pyszności jest naprawdę duży.
Bardzo
smaczne, zabawnie podane i…. bardzo duże danie. Niestety nie udało mi się
wszystkiego zjeść, można by nakarmić tą porcją jeszcze ze dwie wygłodniałe
łodzianki!
Chciał
mi pomóc łódzki gołąbek… ale nie podzieliłam się z nim. Nie wiem, czy zniósłby
taką ilość aromatycznych przypraw.
Od
września można tu zamówić hummus lub pitę online na konkretną godzinę i zgłosić
się po odbiór.
Jaffa
zachęca do składania zamówień przez aplikację cheefo, którą można pobrać na
urządzenia mobilne ze strony cheefo.com
Polecam i zachęcam do odwiedzenia Jaffy. Przy okazji
informacja dla łodzian: to nie jest notka z „lokowaniem produktu”. Głodny
baedeker wstąpił tu przypadkowo i zupełnie prywatnie objadł się z przyjemnością
i apetytem…
Telefon: 792
366 013
Oficjalna
strona na FB:
Fot. Monika Czechowicz
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
















