środa, 11 grudnia 2013

Nowy film Grzegorza Królikiewicza realizowany w Łodzi.

3 grudnia w kamienicy przy ul. Ogrodowej w Łodzi powstawały zdjęcia do nowego filmu "Sąsiady" Grzegorza Królikiewicza. 


"Sąsiady" opowiadają o ludziach zepchniętych na margines, pozbawionych perspektyw, bez szans na wyrwanie się z otaczającej ich rzeczywistości. - Ten film to próba namalowania obrazu naszego społeczeństwa. Opowieść o ludziach, których los, system, czy też inni ludzie skazali na wykluczenie. Bohaterowie znajdują się poza obrębem tego, co nazywamy kulturą, zostali jej pozbawieni. - mówi Grzegorz Królikiewicz, reżyser. 
- Zauważyć można to już w tytule, to słowo wylęgło się z obserwacji mowy, wiejskich dialektów, defektów gramatycznych. 


- Gram wikarego, który pracuje w uboższej dzielnicy - mówi Mariusz Pudzianowski. - Chodzę po kolędzie i spotykam się z ludźmi, którzy nie mogą sobie poradzić ze swoim życiem, są to ludzie ze środowisk patologicznych.
Kiedy reżyser złożył mi propozycję byłem zdziwiony, ale mam dystans do siebie, pomyślałem "czemu nie miałbym spróbować?". To dla mnie pewnego rodzaju odskocznia od tego, czym zajmuję się na co dzień.
W filmie zagrają  m.in. Katarzyna Herman, Jacek Poniedziałek, Ewa Błaszczyk, Beata Tyszkiewicz, Anna Mucha, Marek Dyjak. 


Zdjęcia były realizowane w kamienicach przy ul. Ogrodowej, Wróblewskiego, Abramowskiego i Różanej, w Pałacu Poznańskiego, czy Kościele św. Józefa. Królikiewicz współpracuje z Krzysztofem Ptakiem (odpowiedzialnym za zdjęcia m.in. do "Papuszy").
Ostatni klaps na planie ma paść 18 grudnia. Premiera filmu planowana jest w 2014 roku. Producentem "Sąsiadów" jest Studio Filmowe Kadr, a dystrybutorem Kino Świat.

wtorek, 10 grudnia 2013

BUNT ŁÓDZKI - pierwszy strajk powszechny w Łodzi

W Łodzi końca XIX wieku, będącej miastem niesłychanych kontrastów, powoli zaczęła ujawniać się świadomość klasy robotniczej. Do pierwszego zorganizowanego już buntu robotników doszło w 1892 roku, kiedy to strajkowało 80 tysięcy ludzi.

Pracownicy Tkalni Zakładów Geyera (ok. 1910 rok)

Dotychczasowe strajki miały charakter wyłącznie lokalny i wybuchały, gdy następowało zagrożenie w postaci obniżki płac. Ten strajk, znany jako "bunt łódzki", miał charakter masowy i przybrał niespotykane dotąd rozmiary.
Zorganizowany przez Związek Robotników Polskich dla uczczenia 1 Maja, był pierwszym strajkiem powszechnym w Łodzi. Podobnie jak w czasie "buntu tkaczy", próbowano go także wykorzystać do wystąpień antyżydowskich. Ale nie tylko.
Łódź, będąca wówczas skupiskiem wielonarodowościowym, nie potrafiła zespolić ze sobą poszczególnych grup ludności. Niewątpliwą przeszkodą w tym był fakt, że proletariat miasta stanowili przeważnie Polacy, natomiast brak ich było wśród właścicieli fabryk a dozór techniczny stanowili głównie Niemcy.
Dlatego w warunkach łódzkich bunt robotników bardzo często nabierał zabarwienia narodowego.

"W fabrykach majstrami są przeważnie Niemcy - pisał w 1902 roku "Rozwój". - Tajemnic zawodowych strzegą jak oka w głowie. Za przyjęcie Polaka na praktykę żądają do tysiąca rubli, i to płatnych z góry..."





Sześciodniowy strajk łódzkich robotników zakończył się krwawą interwencją carskiego wojska i policji. W 1932 roku bunt łódzki opisany został przez Adama Próchnika.


Ze strony lewicowo.pl:
Stanisław Wrzosek
Bunt łódzki w roku 1892

„Dnia 1 maja 1892 r. było w Łodzi, jak wiadomo, trochę proklamacji, ale 1 maja przeszedł całkiem cicho, tak samo dnie następne. Policja pilnowała z początku skrzętnie; ale w ogóle trzeba tu przypomnieć, że policja i żandarmeria w Łodzi zostały porządnie zorganizowane dopiero po zaburzeniach w r. 1892, a przedtem były byle jakie. Dopiero dnia 5 maja wybuchły zaburzenia. Stanęła najpierw jedna niewielka fabryka w północno-zachodniej dzielnicy. Po krótkim zatargu między tymi, co chcieli strajkować, a tymi, co chcieli pracować, zwyciężyli pierwsi – i wszyscy wyszli na ulicę ze śpiewem, aby skłaniać i zmuszać i inne fabryki do pójścia za ich przykładem. Fabrykanci natychmiast dali znać do policji i do wojska. Było to około 11 rano. Tłum strajkujących wzrastał. W fabryce Szmita zastali oni bramy zamknięte i strażników przed i poza bramami. Pomimo to brama została wyłamaną i robotnicy z wewnątrz przyłączyli się do strajkujących. Tu jednak nadeszły oddziały wojska i policji i zaczęły chwytać pierwszych jeńców oraz prowadzić ich przez ulicę Piotrkowską, Nowy Rynek, Konstantynowską ku więzieniu.
Pierwszy taki oddział wojska z jeńcami spotkali na ulicy Konstantynowskiej robotnicy z położonej tam w pobliżu fabryki Poznańskiego. Jeńcy stawiali poprzednio opór; niektórzy byli pobici i pokrwawieni. Robotnicy od Poznańskiego zastąpili wojsku drogę (był to oddział piechoty) z postanowieniem odbicia jeńców. Z robotnikami połączył się ciągle rosnący tłum, w którym było też dużo kobiet. Niedaleko leżały kupy kamieni, przygotowanych do brukowania ulicy; ludzie zaczęli się w nie zbroić.
Tymczasem oficer prowadzący oddział oddalił się, został przy komendzie podoficer, który nie wiedział, co począć, nie śmiał wydać rozkazu strzelania. Kiedy jednak kamienie poczęły się sypać na wojsko, nie wiadomo, czy podoficer wydał komendę, czy żołnierze strzelili sami – padły strzały, były to pierwsze strzały w tym dniu. Zabiły one na miejscu pięć osób z tłumu, w tej liczbie jednego ucznia 5 klasy szkoły realnej, Żydka, i jedną babę, która miała fartuch pełny kamieni. Tłum jednak nie dał się odstraszyć, przeciwnie, rozwścieczony, zaczął coraz potężniej bombardować wojsko brukowcami; inne baby oddarły zabitej jej zapaskę z kamieniami i rzuciły się też na żołnierzy. Ci bronili się bagnetami, strzelali jeszcze, lecz napór licznego tłumu był tak straszny, że po chwili oddział, pozostawiając jeńców w rękach towarzyszy, zaczął uciekać w rozsypce ku Nowemu Rynkowi z powrotem. Na rogu jednej z ulic podoficer spotkał przechodzącego innego oficera i podbiegł do niego, prosząc, aby objął komendę i doprowadził żołnierzy do porządku, ale oficer ów poszedł dalej.
Było około 2 popołudniu, kiedy padły pierwsze strzały. Tymczasem przyszła od Hurki, zapytanego, depesza: striełat’, patronow nie żaliet’[strzelać, nabojów nie żałować], i zaczęła się strzelanina w różnych punktach miasta. Wojsko jednak działało pojedynczymi oddziałami, a tłumy zbuntowanych robotników ciągle wzrastały i bynajmniej nie cofały się przed walką z wojskiem. Śmierć towarzyszy tylko podniecała pozostałych. Ze szczególną zaciętością odbijano jeńców. Jeńcy ci, zanim zostali wzięci, bronili się wściekle, raniąc i zabijając żołnierzy; sami też szli potem pokrwawieni, poranieni, ale z dumnym wejrzeniem. Gdy spotkanym towarzyszom udawało się ich odbić, to duch jeszcze wzrastał. Jedną partię jeńców udało się jednak silnemu oddziałowi wprowadzić do więzienia i tam natychmiast zaczęto ich katować na dziedzińcu, za zamkniętymi bramami. Krzyk katowanych tak podziałał na tłum, który się zebrał przed wejściem, że pomimo ognia, dawanego przez żołnierzy, rzucił się do szturmu z niewypowiedzianą zaciekłością. Bramy zostały i tu wyłamane; więzienie – zdobyte. Tłum rzucił się w dalszym ciągu ku koszarom – tam już zastał bardzo niewiele wojska, i to się, strzelając, wycofało; i koszary wpadły w ręce powstańców, którzy jednak broni, ani amunicji tam nie znaleźli.
Czym sobie wytłumaczyć to powodzenie powstańców? Wojska było wprawdzie w Łodzi w owej chwili tylko 4000, ale przecież sądzić należy, że gdyby było chciało, mogłoby się było bezwarunkowo w więzieniu i w koszarach obronić. Możliwe więc jest i prawdopodobne, że wycofanie się wojska z Łodzi ku Konstantynowu było celowe, odpowiadało planowi stłumienia buntu. Zaznaczamy jeszcze, że napór ludzi był tak wściekły, że w wielu miejscach żołnierze sami stawiali barykady z dorożek itp., aby zza nich dopiero móc strzelać do ludu; w dwóch miejscach zaś, jak opowiadano, żołnierze nie wykonali rozkazów strzelania do robotników. Jedna z tych rot miała być złożoną z Małorusinów, druga – mieszana; później opowiadano sobie, że żołnierzy bez robienia skandalu porozdzielano między inne roty. Dość, że wojsko całe wycofało się około 4 popołudniu z miasta. Z wojskiem, ma się rozumieć, uciekły też wszystkie władze, burmistrz Pieńkowski, policmajster Danilczuk, najgorsi złodzieje, i część fabrykantów. Ci, co nie zdążyli, drżeli ze strachu, siedzieli pozamykani w domach, za zamkniętymi okiennicami nawet; słyszałem o jednym, który ofiarowywał 40 000 rubli komuś, żeby go wyprowadził za miasto. Ale w samej Łodzi panował porządek; nie rabowano, nie zabijano. Tylko nastrój mas robotniczych był nadzwyczaj dumny, tryumfujący. Nastrój ten udzielał się części inteligencji. Nawet panny mówiły o tym, żeby iść razem z robotnikami. Jednak większość inteligencji siedziała cicho po domach; wiem tylko o niektórych wypadkach, że młodsi chwytali za rewolwer, biegli na ulicę, mieszali się z tłumem, chodzili z nim wszędzie, strzelali do wojska. Słyszałem też, że robotnicy niektórzy sarkali między sobą na socjalistów, że proklamacje rozrzucają, a później w ruchu ich nie ma.
Inaczej działo się tymczasem na Bałutach. Tam pobytowi złodzieje zaraz skorzystali ze sposobności i zaczęli rozbijać. Żyd rzeźnik, broniąc swej własności, trzasnął jednego z napastników toporem po głowie i zabił na miejscu. Czy to podziałało, czy też rzeczywiście, jak przypuszczano, policja, która w Łodzi, jak wszędzie, była w najlepszym porozumieniu ze złodziejami, wycofując się, dała im wskazówkę, aby bili Żydów, w celu zamącenia i sparaliżowania ruchu, dość że zaczął się na Bałutach straszliwy pogrom Żydów, rabowanie, pustoszenie mieszkań, mordowanie, szczególnie małych dzieci. Chociaż masa robotników łódzkich nie brała w tym udziału, jednak zajścia te zachwiały mocno ich nastrój, wzbudziły wahanie się i niepewność.
Nie objawiło się to natychmiast. Po wyjściu wojska robotnicy czuli się panami Łodzi i myśleli nawet o jej obronie. Broni wprawdzie nie mieli, bo obydwa sklepy z bronią zostały całkowicie przez wojsko przed wyjściem opróżnione i broń zabrana. Wojsko zostawiło tylko w pośpiechu dwie armaty przed cerkwią, którą poprzednio kazano przede wszystkim zabezpieczyć. Armaty te stały przed cerkwią i nie przeszkodziły ludowi powybijać w cerkwi wszystkich szyb kamieniami. Że jednak część przynajmniej robotników myślała o obronie miasta, świadczy ten fakt, że grupy wychodziły na plant kolei i psuły relsy. Plant był już strzeżony przez wojsko, które koncentrowało się na stacji Andrzejów; robotnicy jednak przepędzili pierwszą, nieliczną straż i dopiero przez nadbiegające posiłki zostali wyparci, i plant doprowadzony do porządku.
Około 4 i pół popołudniu tłumy robotników zapełniły wielki rynek. Przyniesiono tam trupy poległych; był między nimi i ów zabity przez rzeźnika. Wystąpiło paru mówców i zaczęli dowodzić, że trzeba teraz wybrać wodza – „króla polskiego”. I wybrano tego „króla polskiego”: został nim niejaki W., krawiec-łatacz z zawodu, którego i przedtem znałem i spotykałem. Zobaczyłem go też, jak wszedł na stół i zaczął mowę, której jednak z powodu odległości słyszeć nie mogłem. Gdy tak mówił, nagle od strony przeciwnej ulicy Konstantynowskiej wpadł silny oddział kozaków konnych. Chociaż bowiem wojsko było wyszło z miasta i zaczęło je otaczać z różnych stron, podjazdy takie wpadały od czasu do czasu, przelatywały co koń wyskoczy po ulicach, na których nie było ani placówek robotniczych, ani żadnych środków obronnych. Kozacy, tratując i rozpędzając tłum, rzucili się ku W…., pochwycili go i popędzili ulicą Konstantynowską. Posypały się za nimi kamienie; część tłumu rzuciła się w pogoń z krzykiem: „Króla zabrali!” – ale go nie odbito.
Później widziałem byłego „króla” na ulicach Łodzi; był znów krawcem-łataczem. Podobno zsieczono go okrutnie, potrzymano krótki czas i wypuszczono.
Ogromna masa robotników nad wieczorem zebrała się na Księżym Młynie i odbyła tam naradę, której rezultatem było gromadne wyjście do lasu Konstantynowskiego. Przez dobre dwie godziny przeciągał tłum w porządku pryncypalną ulicą miasta, Piotrkowską, ku Nowemu Rynkowi i ulicy Konstantynowskiej butnie, śpiewając i bijąc laskami po zamkniętych okiennicach burżujów, niosąc zapasy jedzenia. W lesie rozłożono się obozowiskiem.
Tymczasem ściągano wojsko ze wszystkich stron. Z Kalisza dragoni, z Wielunia kozacy przybyli forsownym marszem na rano. Przyszło też wojsko z Częstochowy, z Piotrkowa, później i z Warszawy. Po paru dniach było w Łodzi wojska 40 000. Ale już nazajutrz rano, po wyjściu robotników do lasu, zaczęło ono z powrotem z różnych stron wchodzić do miasta. Najpierw o świcie wpadały całym pędem silne patrole konne; wydawano rozkazy, aby wszędzie okiennice i drzwi były pozamykane, aby nikt nie śmiał wychodzić na ulicę pod niebezpieczeństwem śmierci. Pomimo to, gdy wchodził pierwszy oddział piechoty od strony Księżego Młyna, z najwyższego piętra jednego domu gruchnęły do niego dwa strzały, co miało ten skutek, że żołnierze poszli w rozsypkę i zaczęli uciekać. Strzelano też do żołnierzy z budującego się domu przy ulicy Konstantynowskiej; żołnierze wpadli tam, ale nikogo nie schwytali. Później jeszcze przez szereg dni ginęli szczególniej kozacy, jeżdżący małymi grupkami na patrole; znajdowano ich pod mostem na rzeczce Łódce, w sąsiedztwie Bałut.
Z robotnikami, obozującymi w lesie, rząd zaczął pertraktacje. Miller, gubernator piotrkowski, który zaraz przyjechał, żądał wybrania delegatów. Robotnicy odmówili i zażądali, aby Miller do nich przyjechał. Podczas swej bytności dostał kamieniem. Robotnicy stopniowo wrócili do miasta i poszli do roboty. Fabrykanci, przerażeni, byliby im porobili na razie jak największe ustępstwa; ale Miller najsurowiej tego zakazał.
Robotników zabitych, tych tylko, których pogrzebano po wejściu wojska do miasta, było 108. Żołnierzy zabitych i ciężko rannych podawano na 51. I jedna, i druga liczba są prawdopodobnie niższe, niż w rzeczywistości.
Robotników obojga płci, którzy brali udział w rozruchach, było najmniej 100 000. Do łódzkich przyłączyli się zgierscy i pabianiccy, którzy nadciągnęli zaraz w kilka godzin po początku rozruchów. Ruszyli się też i chłopi okoliczni, którzy mają w Łodzi krewnych i znajomych. Słysząc, że „nasi biją”, a to znów że „naszych biją moskale”, a to, że Żydzi, a to że burzą moskale kościoły, gromada za gromadą szła z widłami, cepami, z czym kto mógł. Ale już ich wojsko nie przepuściło. Brano tylko grzecznie po kilkunastu, wprowadzano do miasta i pokazywano, że kościoły stoją nienaruszone, o czym oni świadczyli pozostałym; uspokojone gromady wracały do domów.
Długo jeszcze trwało wrzenie w Łodzi; lecz później masy opanowało długotrwałe zniechęcenie.
Ł.
Historia wielkiego ruchu robotniczego w Łodzi dotychczas nie jest prawie znaną. Był to ruch żywiołowy, nieprzygotowany, niekierowany i niespodziewany, a rząd, przerażony rozmiarami ruchu, robił wszystko, co mógł, aby się wieści o nim nie rozeszły i aby o tym zapomniano. Drukując wspomnienie jednego z naocznych świadków, nie możemy brać na siebie odpowiedzialności za ścisłość jego przedstawienia rzeczy; dlatego wzywamy i innych świadków, którzy niniejsze opowiadanie sprostować lub dopełnić by mogli, aby się do nas zwracali ze swymi wspomnieniami. W ten sposób uda nam się może zbudować całkowitą historię tego ruchu i pozwoli na wyprowadzenie z niej wniosków.
Wydawcy”.
 ___________________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w pracy „Z pola walki. Zbiór materiałów tyczących się polskiego ruchu socjalistycznego”, wydanego nakładem Polskiej Partii Socjalistycznej, w drukarni partyjnej, Londyn 1904. Wydawnictwo to nawiązywało tytułem do publikacji z roku 1886, wydanej w Genewie w wydawnictwie „Walki Klas”, opisującej proces działaczy I Proletariatu. Wydawnictwo londyńskie uznaje się za jeden z pierwszych przejawów rodzenia się w ruchu socjalistycznym poczucia konieczności dokumentowania dziejów tego ruchu. Autorem powyższego tekstu, skrytym za literą Ł., był Stanisław Wrzosek, a jego relację w Wiedniu w 1901 r. spisał Kazimierz Kelles-Krauz. Sam tekst i powyższe informacje podajemy za reprintem „Z pola walki”, opublikowanym przez Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1986, z posłowiem Feliksa Tycha. Poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Na potrzeby Lewicowo.pl tekst przygotował Piotr Kuligowski.

Czytaj jeszcze:
BUNT TKACZY

źródła:
Marek Budziarek, Leszek Skrzydło, Marek Szukalak. Łódź, nasze miasto.
Bronisław Pawlak. Na łódzkim bruku.
Stanisław Wrzosek. Bunt łódzki.(www.lewicowo.pl)
Adam Próchnik. Bunt łódzki 1892.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

ŁÓDZKA SCENA NARODOWA - TEATR WIELKI


Gwałtowne procesy urbanizacyjne jakie zachodziły w Łodzi w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku w znaczący sposób zmieniły wizerunek miasta, jednak było to oblicze wyjątkowo monotonne: kamienice czynszowe sąsiadowały z wszechobecnymi fabrykami, tu i tam pyszniły się pałace, wśród setek kominów dostrzec można było wieże kilku kościołów. Brakowało odpowiednio reprezentacyjnych gmachów użyteczności publicznej - muzeów, teatrów, itp. Starania o zmianę tego stanu, podjęte w okresie dwudziestolecia międzywojennego nie przyniosły rezultatu - większość wykonanych wówczas projektów pozostała na papierze.

"Ilustrowana Republika", rok 1927.

W nowej rzeczywistości po zakończeniu II wojny światowej zagadnienie wyposażenia miasta w odpowiednie budynki o funkcji kulturalnej stało się niezwykle ważne - socjalistyczny robotnik w czasie wolnym od pracy winien brać aktywny udział w wydarzeniach kulturalnych. Powyższe dążenia zbiegły się z trudną sytuacją lokalową odtworzonych i nowych łódzkich zespołów teatralnych, co skłoniło Zarząd Miasta do traktowania sprawy budowy nowego gmachu teatru w sposób priorytetowy.
W 1948 roku powołany został pod przewodnictwem Leona Schillera Komitet Budowy Teatru Narodowego w Łodzi, w jego skład weszli również: Adam Ginsberg - dyrektor Zarządu Miejskiego, Cyprian Jaworski - naczelnik Wydziału Planowania Przestrzennego, dyrektor Instytutu Scenograficznego, Władysław Daszewski oraz Edward Andrzejczak - przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej.

Jesienią 1948 roku z inicjatywy Komitetu ogłoszony został konkurs architektoniczny, na budynek teatru, którego celem, prócz znalezienia najwłaściwszej formy architektonicznej, było ukształtowanie placu Dąbrowskiego - przewidzianego do lokalizacji teatru - oraz jego otoczenia wraz z rozwiązaniem problemu istniejącej i planowanej komunikacji w tym rejonie.
Warunki konkursowe przewidywały dodatkowo, iż gmach powinien być wybitnie reprezentacyjny, stanowić monumentalną dominantę Łodzi, należało więc zapewnić jego odpowiednie wyakcentowanie z różnych kierunków. 
Jako najwłaściwszą lokalizację uznano w zasadzie północną część placu, na zamknięciu południowego wylotu ulicy Sterlinga oraz północnego wylotu ulicy Targowej, po jej przebiciu przez tereny Dworca Fabrycznego. Do zadań projektantów należało również architektoniczno-urbanistyczne opracowanie wylotów tych ulic oraz południowo-zachodniego narożnika placu przy ulicy Narutowicza - istniejący tu budynek przytułku dla starców planowano wyburzyć, a w jego miejscu miał powstać gmach realizujący cele użyteczności publicznej (muzeum lub urzędy).

Collegium Anatomicum.
Przeczytaj w baedekerze:

"Dziennik Łódzki", rok 1949.

Dopuszczono, by część gospodarcza teatru - w formie aneksu - mogła zająć również północno-zachodni narożnik placu, w którym to miejscu zaplanowano zieleniec miejski ciągnący się wzdłuż ulicy Jaracza; należało jednak zadbać, by kompozycyjnie i funkcjonalnie wiązała się z bryłą główną. 

"Express Ilustrowany", rok 1949.


Gmach teatru winien być dostosowany do skali wschodniej pierzei placu Dąbrowskiego, zajętej w większości przez Sąd Okręgowy zbudowany w latach 1927-1932 według projektu Józefa Kabana (Korskiego) w półmodernistycznych, klasycznych formach; takież klasyczne, ponadczasowe i uniwersalne formy powinna też reprezentować architektura projektowanego teatru.

Teatr Wielki w trakcie budowy. Po lewo widoczny fragment budynku Przytułku dla Starców i Kalek Chrześcijańskiego Towarzystwa Dobroczynności (dzisiaj Collegium Anatomicum).

"Dziennik Łódzki", rok 1948.

"Dziennik Łódzki", rok 1950.


Front budynku miał być zwrócony w kierunku ulicy Narutowicza, plac przed nim należało ukształtować na potrzeby właściwego dojazdu, parkingu oraz miejsca manifestacji partyjnych i robotniczych.

"Dziennik Łódzki", rok 1951.

Lata 70.

Teatr zaplanowano w zasadzie jako teatr dramatyczny, jednak urządzenia sceniczne oraz wnętrza zostały zaprojektowane tak, by możliwe stało się  wystawianie również widowisk muzycznych, operowych. Widownię teatru przewidziano na 1500 miejsc, a program funkcjonalny uzupełniony został o zwykłe dla tego typu budynku wnętrza: foyer, palarnię, bufet, szatnie, toalety itp. oraz pomieszczenia pomocnicze.
Wejście główne oraz kasy zaplanowano od ulicy Narutowicza; zadbano w warunkach konkursowych również o zaprojektowanie właściwych dróg szybkiej ewakuacji publiczności oraz założono możliwość etapowego wykonania budowy. W takiej postaci gmach Teatru Narodowego byłby największą i najnowocześniejszą placówką tego typu w kraju, słusznie zasługując na swą dzisiejszą nazwę - Teatru Wielkiego.

Teatr Wielki z lotu ptaka. fot: Fotopolska.

Na konkurs wpłynęło 17 prac złożonych przez biura projektowe z różnych miast - Warszawy, Katowic, Gdańska; jedną z prac przedstawili architekci łódzcy - Stefan Jarosiński, Tadeusz Melchinkiewicz, Roman Szymborski. Sąd Konkursowy pod przewodnictwem Piotra Biegańskiego, w skład którego weszli także przedstawiciele Komitetu Budowy, delegat Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz architekci z Lechem Niemojewskim na czele, stanął przed niezwykle trudnym zadaniem wyłonienia zwycięzcy, co wymagało kilku sesji rozmów między listopadem a grudniem 1948 roku. Kłopoty w ocenie projektów sprawił przede wszystkim szeroki zakres opracowań, w którym problemy architektoniczne samego budynku teatru rozszerzone zostały o konieczność zaprojektowania również sytuacji urbanistycznej.

Koniec lat 60.

Już na samym wstępie obrad jurorzy zwrócili uwagę, iż przedstawiona w warunkach konkursowych kubatura budynku (50 tys. m3) w żadnym z projektów nie została dotrzymana, co skłoniło ich do odrzucenia tego punktu założeń z uzasadnieniem, iż nie jest możliwe osiągnięcie monumentalnego charakteru przy tak niewielkiej objętości bryły gmachu. Ostatecznie w dniu 16 grudnia 1948 roku kolegium sędziów uznało, że żaden z projektów nie zasługuje na główną nagrodę, dwie równorzędne II nagrody przyznano pracy nr 6 autorstwa Juliana Duchowicza i Zygmunta Majerskiego z Katowic oraz pracy nr 17 projektu Jana Bogusławskiego i Bohdana Gniewiewskiego z Warszawy.


Przedstawiona ocena nagrodzonych prac wskazywała, iż zagadnienia urbanistyczno-architektoniczne zostały w nich rozwiązane w sposób dobry i poprawny, jednak bez szczególnych rewelacji, czego wymagała specyficzna rola łódzkiego teatru. Nagrody III i IV przyznano warszawskim projektantom Zbigniewowi Ihnatowiczowi i Jerzemu Romańskiemu za pracę nr 4 oraz Zbigniewowi Wacławkowi za pracę nr 14; zdecydowano również o zakupie trzech kolejnych opracowań, w tym - projektu przedstawionego przez zespół łódzki.
Decyzją sądu postanowiono zaprosić cztery zwycięskie zespoły do drugiego ścisłego konkursu architektonicznego o charakterze zamkniętym, w wyniku którego wyłoniony zostałby projekt realizacyjny.


Nieoczekiwany wniosek zgłosił profesor Lech Niemojewski. Wskazując, iż problemem architektury teatralnej zajmował się już od dłuższego czasu, zaproponował, by powrócić do - świetnego jego zdaniem - projektu Teatru Miejskiego dla Łodzi przygotowanego w 1924 roku przez Czesława Przybylskiego. W związku z powyższym do kolejnego konkursu należałoby dopuścić specjalnie powołany zespół, którego zadaniem byłoby przeprojektowanie i uwspółcześnienie pomysłu Przybylskiego. Propozycja Niemojewskiego spotkała się z aprobatą, jednak do ogłoszenia drugiego konkursu ostatecznie nie doszło, ze względu na opór nagrodzonych katowickich architektów, którzy nie zgodzili się na wprowadzenie zmian w swoim opracowaniu. W tej sytuacji przygotowanie projektu realizacyjnego powierzono Centralnemu Biuru Projektów Architektonicznych i Budowlanych w Łodzi, zaś z jego inicjatywy dalsze prace prowadził zespół łódzkich projektantów w składzie - Józef i Witold Korscy oraz Roman Szymborski; funkcjonalne założenia projektu powstały przy współudziale m.in. Leona Schillera i Erwina Axera. 

"Dziennik Łódzki", rok 1946.

"Dziennik Łódzki", rok 1948.


W końcu 1949 roku nowy projekt teatru został zatwierdzony rzez Komitet Budowy, zaś w kwietniu następnego roku zyskał akceptację władz centralnych, a zamierzona budowa została włączona jako jedna z kluczowych inwestycji do Planu 6-Letniego.

Lata 80.

Zaplanowany w biurze Korskich obiekt przewidywał zrealizowanie gmachu w uproszczonych i zgeometryzowanych klasycznych formach. W elewacji frontowej wyróżniały się niskie, prosto zamknięte filarowe podcienia, ponad którymi przebiegał szeroki pas muru z fryzem dekoracji figuralnej; powyżej zaprojektowany został wysoki, wielokondygnacjowy, kolumnowy portyk zwieńczony gzymsem. 


Elewacje boczne powielały zasadniczą strukturę frontu, choć w mniej plastyczny sposób - zrezygnowano w nich z podcieni i portyku. 
W tylnej części budynku pojawiły się dwa boczne aneksy, w których znalazły się pomieszczenia pracowni scenograficznej, stolarskiej, ślusarskiej, krawieckiej i innych oraz sale prób i pokoje do pracy indywidualnej aktorów. Zaplecze gospodarcze stanowił również zrealizowany ostatecznie pawilon przy ulicy Jaracza, w części sąsiadującej z północno-zachodnim narożnikiem placu Dąbrowskiego, połączony z gmachem głównym za pomocą galerii przerzuconej nad zachodnią jezdnią placu. 


Nad sceną wyrastał blok mieszczący sztankiety do opuszczania dekoracji, sięgający 46 metrów wysokości. Całość miała zostać obłożona płytami piaskowca o złotawym odcieniu. 
We wnętrzu uwagę zwracał duży reprezentacyjny hall, widownia na 1300 miejsc...


... oraz nowoczesna scena, największa w tym czasie w kraju i jedna z większych w Europie, o wymiarach 27 metrów szerokości i 20 metrów głębokości (prawie 40 metrów głębokości wraz z zasceniem), wyposażona w liczne zapadnie sceniczne i osobowe oraz scenę obrotową o średnicy 16 metrów; proscenium dodatkowo można było powiększyć poprzez podniesienie fosy orkiestrowej do poziomu sceny. 


Zaplanowano tu miejsce dla pełnego składu orkiestry symfonicznej, tak, by możliwe stało się wystawianie również widowisk operowych.


Wydaje się, iż przedstawiony projekt łączył przedwojenne i powojenne doświadczenia Józefa Korskiego, architekta, który chętnie posługiwał się formami uproszczonego klasycyzmu czy to w jego wersji półmodernistycznej, jak w przypadku sąsiedniego budynku Sądu Okręgowego, czy też w wersji narzuconej przez żelbetonową konstrukcję, jak to miało miejsce w równolegle powstającym projekcie kościoła pw. św. Teresy (zobacz TUTAJ). Nieodparcie narzuca się też wrażenie, że projektanci z uwagą odnieśli się do propozycji Niemojewskiego i u podstaw aktualnego projektu - nie umniejszając oryginalnego wkładu - legła niezrealizowana koncepcja Czesława Przybylskiego. 
Twórcy gmachu uzyskali za swą pracę w dniu 28 grudnia 1950 roku Nagrodę Sztuk Plastycznych miasta Łodzi, zaś w uzasadnieniu znalazło się stwierdzenie, iż przedstawiony projekt jest największym dziełem w dziedzinie plastyki architektonicznej na terenie Łodzi.
Skomplikowanie ułożyły się dzieje realizacji gmachu Teatru Narodowego. Już w sierpniu 1949 roku ogrodzony został plac przyszłej budowy, gromadzono materiał budowlany i stawiano baraki dla robotników. Wkrótce też, mimo zastrzeżeń władz centralnych, przystąpiono do wykonania pierwszych robót przygotowawczych. Prace postępowały szybko - w początku 1950 roku wylewano fundamenty, a już we wrześniu tego roku betonowane były stropy nad drugim piętrem. Budowa w tym czasie postępowała bez przerwy - dniem i nocą, w systemie trójzmianowym, jak z dumą donosił reporter "Głosu Robotniczego" z 19 września 1950 roku.


Kolejne lata to okres zastoju spowodowany z jednej strony problemami gospodarki centralnie planowanej, z drugiej zmianami ogólnej koncepcji charakteru teatru. W sierpniu 1952 roku na łamach "Dziennika Łódzkiego" dyrektor Kazimierz Dejmek zaproponował m.in. by w ogóle zrezygnować z funkcji teatru dramatycznego, a realizowany budynek przekształcić w operę; jego zdaniem na obecnym etapie prac istniały takie możliwości. 

"Dziennik Łódzki", rok 1965.

Konieczność wprowadzenia stosownych przekształceń w dokumentacji technicznej, problemy ze zmieniającym się głównym oraz kłopoty z wyłonieniem wykonawców znacząco wydłużyły czas inwestycji. I - mimo, iż Teatr Narodowy w Łodzi stanowił znaczącą pozycję każdego, kolejnego wieloletniego planu gospodarczego - to pierwsze, inaugurujące działalność przedstawienie odbyło się dopiero w 18 lat po rozpoczęciu budowy, w dniu 19 stycznia 1967 roku.

"Dziennik Łódzki", rok 1966.

Dziennik Łódzki, rok 1967.


W budynku Teatru Wielkiego gościło również kino, tutaj Krzysztof Kieślowski kręcił film "Personel", a Waldemar Dziki "Cudowne dziecko" (zobacz TUTAJ).
W 2008 roku w ramach projektu "Fontanny dla Łodzi" ogłoszonego w 2004 roku przez Zakład Wodociągów i Kanalizacji przed budynkiem Teatru Wielkiego pojawiła się fontanna. Autorem projektu i dostosowanego do niej nowego wyglądu placu jest łódzki architekt Rafał Szrajber.
Większość łodzian nie jest zachwycona wodotryskiem...

"Dziennik Łódzki", rok 1968.


Oficjalna strona Teatru Wielkiego:
TEATR WIELKI W ŁODZI

"Dziennik Łódzki", rok 1969.

Fot. współczesne Monika Czechowicz

Najpiękniejsze post scriptum od baedekera:
Maria Stuarda Gaetano Donizettiego. 
Teatr Wielki w Łodzi. Śpiewa Joanna Woś
źródło: YouTube.pl


źródło:

Piotr Gryglewski, Robert Wróbel, Agnieszka Ucińska. Łódzkie budynki 1945-1970.

Fot. archiwalne ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Józefa Piłsudskiego w Łodzi oraz YouTube.pl