poniedziałek, 4 lipca 2022

KĄPIELISKO "FALA" 🙂🌊


Kąpielisko „Fala” otwarto w czerwcu 1976 roku. Był to najnowocześniejszy basen, a w zasadzie kompleks basenów w naszym mieście. Jego największą atrakcją była sztuczna fala, czyli coś czego łodzianie nigdy wcześniej nie widzieli.


Decyzję o budowie obiektu podjęto w pierwszej połowie lat 70. XX wieku. Wznosiło ją kilkanaście firm. Między innymi Instal, Łódzkie Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych, Chemobudowa, Uniprot.


Prace podzielono na kilka etapów. Najpierw uzbrojono teren. Zbudowano budynek, w który znajdowały się szatnie, a nad nim taras widokowy, na który później bardzo chętnie opalały się zwłaszcza panie. Postanowiono też dom, w którym uzdatniano wodę. 


Następnie przyszedł czas na baseny. W jednym miejscu wybudowano cztery. Dla łodzian było to coś niewyobrażalnego. Wszystkie miały dno pomalowane na niebiesko.


Już latem 1976 roku łodzianie mogli kąpać się w nowych basenach. Uroczyste otwarcie miało miejsce 19 czerwca 1976 roku, w sobotę. Przybyli na nie niemal wszyscy łódzcy notable. Był Bolesław Koperski, I sekretarz Komitetu Łódzkiego PZPR, Jerzy Lorens, prezydent Łodzi, naczelnicy dzielnic.

"Dziennik Popularny", rok 1976.

Inaugurację kompleksu basenów uświetniły gwiazdy polskiej estrady. Śpiewała Joanna Rawik, Jacek Lech, Stenia Kozłowska. Pojawił się też słynny Janosik, czyli Marek Perepeczko.

"Dziennik Popularny", rok 1976.


- Było tłoczno, wesoło, przyjemnie - tak relacjonował to wydarzenie dziennikarz łódzkiego tygodnika „Odgłosy”. - Nie było upalnie, nie było gorąco, ale nie było deszczu i nie było zimno - Łodzianie skorzystali też z pierwszej kąpieli na Fali. Był taki tłok, że trudno było pływać, ludzie wypełnili wszystkie baseny.

Kąpielisko „Fala” zajmowało 7 hektarów powierzchni. I mogło pomieścić 4 tysiące osób.


- Obiekt ten powstał wspólnym wysiłkiem łódzkiego społeczeństwa, pracowały tu załogi zakładów pracy, duży wkład wnieśli żołnierze polscy i radzieccy, łódzka młodzież i indywidualni, bezimienni ludzie dobrej pracy - pisał po otwarciu kąpieliska jeden z dziennikarzy „Głosu Robotniczego”. - Powiedzieć można - sami sobie zafundowaliśmy jeden z piękniejszych obiektów rekreacyjnych, wykazując jak wiele uczynić można dobrą robotą, społeczną ofiarnością, zaangażowaniem.

Jeden z basenów o wymiarach olimpijskich, czyli 50 na 21 metrów ma głębokość 1,90 m. Drugi - 40 na 40 metrów posiada głębokość od 80 do 1,60 m, trzeci - 30 na 40 metrów o podobnej głębokości i czwarty - 30 na 40 m głęboki na 1,50 m - tak opisywano „Falę” w „Dzienniku Łódzkim”. - Woda w basenach w ciągu 20 godzin wymieniona zostanie pięciokrotnie. Temperaturę można regulować w zależności od pogody. Dla dzieci przeznaczone są trzy brodziki. W jednym zainstalowano karuzelę wodną, w drugim zjeżdżalnię, a w trzecim z fontanną odbywać się będą zabawy i gry. Z myślą o dzieciach zorganizowano także plac zabaw z wszystkimi urządzeniami. Jest tu nawet koń na biegunach.


Wypoczynek na tym kąpielisku nie był jednak tani. Zwykły kosztował 10 zł. Młodzież i dzieci płaciły połowę. Bilety dla najmłodszych, a więc do 7 lat kosztowały 3 zł.


W upalne dni trudno było się dostać do ośrodka. Do kas ustawiały się wielkie kolejki. Podobno nie raz, zwłaszcza w weekendy, sięgały al. Unii.

"Dziennik Łódzki", rok 1981.


"Dziennik Łódzki", rok 1989.


Krzysztof Jagiełło, były prezydent Łodzi był kierownikiem „Fali” w jej ostatnim okresie, a więc od 1990 do 1993 roku. Przypomina, że przez długi czas było to drugie takie kąpielisko w Polsce. Jeśli wzięło się pod uwagę wielkość terenu i basenów.


- „Fala” stanowiła kiedyś część Łódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku - mówił Krzysztof Jagiełło. - Podobny park znajdował się na południu Polski, w Chorzowie. Był to Chorzowski Park Kultury i Rozrywki. Oba były położone w naturalnych leśnych terenach.


„Fala” zajmowała kilka hektarów położonych w parku „Zdrowie”. To sprawiało pewien problem. Bywało, że ktoś przedostawał się przez płot, na skróty, omijając kasę dostawał się na teren obiektu. Robiły to głównie dzieci i młodzież szkolna.
- Gdy chodziło o dzieci to patrzyliśmy na to trochę z przymrużeniem oka - wspomina Krzysztof Jagiełło. - Wiadomo, że większość naszych gości przechodziło przez kasy. Zawsze była jednak grupa dzieci z biednych rodzin, których nie stać było na bilet. Więc radzili sobie w inny sposób.


Bywały weekendy, w słoneczne, letnie dni, że „Fala” gościła 15 tysięcy ludzi. Co prawda była przeznaczona dla znacznie mniejszą ilość gości, ale wszyscy się zmieścili. Największą atrakcją była oczywiście sztuczna fala.


- Mieliśmy urządzenie mechaniczne, które wytwarzało sztuczną falę - dodaje pan Krzysztof. - Była to taka namiastka Bałtyku w Łodzi.


Gdy dopisywała pogoda „Falę” otwierano już w maju i kąpano się tam do września. Bywały jednak lata, gdy czynna była dopiero od połowy czerwca.


- Kiedy nie było słońca, pogoda była kiepska to ludzie tylko pływali, nie było tych, którzy chcieli się opalać, odpocząć na słońcu - wyjaśnia były kierownik „Fali”. - Nie zapominajmy, że był to obiekt sezonowy. Był czynny przez trzy - cztery miesiące, a nie przez cały rok. Po sezonie nasi pracownicy techniczni dokonywali konserwacji, przeglądów i usuwali awarie.
Krzysztof Jagiełło przypomina, że jeszcze do dziś przy al. Unii stoi budynek, w którym mieściła się stacja uzdatniania wody. 
- Tam znajdowały się wszystkie pompy dzięki którym woda dopływała do basenów - tłumaczy. - To była mała fabryka. Mogła uzdatnić wodę dla osiedla mieszkaniowego. Kontrolował ją sanepid, codziennie pobierał próbki. Muszę przyznać, że nie mieliśmy przypadków zatruć.


Na „Fali” organizowano festyny, koncerty, imprezy sportowe. Grał tam zespół „Dżem”, śpiewał Andrzej Rosiewicz. Bywało, że nad kąpieliskiem latał samolot i rozrzucał kulki z numerami. Szczęśliwcy mogli wygrać różne gadżety, albo rower.


Wybierano Miss Lata, ale też Miss Natura, a na początku lat 90. Miss Mokrego Podkoszulka. Później „Fala” stała się miejscem spotkań łódzkich naturystów. - Mieli miejsce na tarasie widokowym, który znajdował się nad basenem ze sztuczną falą - opowiada Krzysztof Jagiełło. - Taras był ogrodzony. Nie był duży, ale zawsze pełny.


Wybory Miss Lata w 1987 roku  relacjonował „Ekspress Ilustrowany”. Impreza miała miejsce podczas tradycyjnej niedzieli z „Expressem” na „Fali”. Brało w niej udział ponad trzy tysiące łodzian. Do konkursu zgłosiło się blisko czterdzieści pań. Podawano, że w jury konkursu zasiadły: Joanna Śledzicka - wicemiss Polonia, Ewa Cynkier - przedstawicielka biura podróży Wojciecha Marzyńskiego, Stanisław Kobyliński - wilk morski, zdobywca oceanów, prezes Ligi Morskiej, Krzysztof Drzewiecki - reżyser, Edward Marciniak - dziennikarz ośrodka TVP w Łodzi, Julian Beck - dziennikarz Expressu. Podczas tej imprezy gości zabawiała kapela „Bałuciarze”. Podkreślano, że wszystkie panie, które zgłosiły się do konkursu były bardzo ładne. Ostatecznie Miss Lata 1987 została 23 letnia Jolanta Stopa, pielęgniarka ze szpitala dziecięcego przy ul. Spornej. Drugie miejsce przypadło 19 letniej Annie Jankowskiej, a trzecie Agnieszce Kędziorze, uczennicy XXVI LO w Łodzi.


"Dziennik Łódzki", rok 1990.

Na początku lat 90. „Fala” pożegnała się z łodzianami.

- Zadecydowały problemy technicznej - mówi Krzysztof Jagiełło. - Chodzi o budynek, w którym znajdowały się szatnie, pomieszczenia socjalne, sanitarne. Nad nim znajdował się taras widokowy. Miał 150 metrów długości i 25 metrów szerokości. Niestety, już w latach osiemdziesiątych ten taras zaczął przeciekać. Postanowiono go wyremontować. Ktoś wpadł na pomysł, by go uszczelnić wylewając warstwę betonu. Czas pokazał, że nie był to zbyt trafiony pomysł. Warstwa betonu była za ciężka. - Zaczęła wgniatać ten budynek w ziemię - wspomina Krzysztof Jagiełło. - Pękały ściany nośne. Gdy byłem kierownikiem obiektu próbowaliśmy ratować ten budynek stawiając stemple. Nie było jednak pieniędzy, na przykład unijnych, żeby dokonać remontu. Budynek groził zawaleniem. Mój następca podjął decyzję o zamknięciu obiektu na najbliższy sezon.


Dziś po starej „Fali” nie ma śladu. Przez wiele lat mieszkańcy miasta z rozpaczą przyglądali się rozpadającemu się obiektowi. Ostatecznie na początku lat dwutysięcznych, zostały rozebrane. W tym miejscu zaczęto budować nowoczesny aquapark.


Nową „Falę” otwarto w styczniu 2008 roku. Obiekt ma 10 hektarów powierzchni, z czego 2,5 tysiąca metrów kwadratowych zajmuje woda. Są też sztuczne palmy, baseny wewnątrz i na zewnątrz. Nie mogło oczywiście zabraknąć sztucznej fali. Jest wiele zjeżdżalni, nie brakuje saun. To dziś najnowocześniejszy kompleks basenów w Łodzi. I tak jak ta stara „Fala” także cieszy się wielką popularnością wśród łodzian.- Teraz mamy piękny aquapark, może być dumą miasta- mówi Krzysztof Jagiełło. - Ale z naszej starej „Fali” także byliśmy dumni. Był to kultowy obiekt.

Źródło:



Fot. współczesne Monika Czechowicz
Fot. archiwalne archiwum Andrzej Wach
Wycinki prasowe ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi.


środa, 29 czerwca 2022

Kapral Wojtek - miś z armii gen. Andersa/ Pabianice.

 

U zbiegu ulic Warszawskiej i Szewskiej w Pabianicach w 2016 roku powstał mural. Jego bohaterem jest żołnierz w randze kaprala i bohater bitwy pod Monte Cassino, czyli kapral Wojtek. Ze ściany kamienicy zerka ogromny niedźwiedź brunatny. Obok smutnej mordki zwierzaka widać zbocze Monte Casino, po którym wspinają się polscy żołnierze. Na samej górze powiewa polska flaga. Bohaterem malowidła jest... miś Wojtek, kapral armii gen. Andersa. Namalował go Adam Wirski „Kruk”, artysta z Pabianic.


Strona Adama Wirskiego „Kruka” na FB:

Historię niedźwiedzia służącego w armii gen. Władysława Andersa opowiadano na wielu kontynentach, wszędzie tam, gdzie polscy żołnierze trafili po II wojnie światowej,  a więc w USA, Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii. Opowieści o szeregowym misiu Wojtku były tak  niesamowite, że niewielu dawało wiarę autentyczności tej historii, przypisując jej autorom fantazję i bujną wyobraźnię. Trudno było sobie wyobrazić dwumetrowego niedźwiedzia ważącego 250 kg służącego w wojsku. A jednak…


O niedźwiedziu służącym w polskim wojsku ukazało się setki publikacji. Jego  historię tworzyli często autorzy, którzy lubili dać upust własnej fantazji, przypisując zwierzęciu niezwykłe umiejętności i prawie ludzkie cechy.

WOJTEK BEAR
(źródło: YouTube.pl)

Brunatny Niedźwiadek, nazwany później Wojtkiem, urodził się w górach Hamadan w Iranie na początku 1942 roku. Myśliwi zastrzeli jego matkę. Misia sierotę znalazł perski  chłopiec. Schował go do plecaka i zabrał do wioski, by sprzedać na miejscowym bazarze. Akurat tamtędy przejeżdżali polscy uchodźcy. Jednej z młodych Polek, Irenie Bokiewicz, spodobał się niedźwiedzi maluszek. Towarzyszący jej polski oficer bez wahania spełnił jej życzenie i kupił niedźwiadka. W ten oto sposób  zwierzak został maskotką polskiej grupy udającej się do Teheranu. W obozie polskich uchodźców niedźwiadek już taki sympatyczny i grzeczny nie był. Zdecydowano wtedy, że trzeba się go pozbyć. Irena Bokiewicz i jej koleżanki uznały, że misia dadzą w prezencie dowódcy 5 dywizji gen. Borucie-Spiechowiczowi, który wówczas stacjonował w Teheranie i był znany z tego, że lubił zwierzęta. Ale i w nowym otoczeniu niedźwiadek dał się poznać jako psotnik. Potrafił w kasynie rozbić kilkadziesiąt jajek przygotowanych na śniadanie dla oficerów, stłukł dwa telefony i wszędzie go było pełno. Generał nie  miał wątpliwości. Uciążliwego misia odda wojsku. Na pierwszą linię nie mógł go wysłać. Pozostało więc zaplecze. Tak oto przyszły niedźwiedzi bohater armii gen. Andersa trafił do 2. kompanii transportowej przemianowanej później  na 22. kompanię zaopatrywania artylerii.


W kompanijnej kronice pod datą 22  sierpnia 1942 roku tak zapisano: Porucznik Florczykowski  przywiózł do kompanii sympatycznego niedźwiadka, który był bardzo mile przyjęty przez żołnierzy.

Dowódca kompanii wyznaczył kaprala Piotra Prendysza na opiekuna małego misia. Zgodnie ze zwyczajem panującym w Koronie Brytyjskiej, każde zwierzę będące w posiadaniu wojska musiało mieć dokument tożsamości i pozostawać  na stanie ewidencji pododdziału.  Miś dostał imię Wojtek. W dokumentacji kompanii zapisano go jako: szeregowy Wojtek Miś. Jego żołd przeliczany był na  zwiększoną rację żywnościową oraz mnóstwo słodyczy, jak dżem czy miód.  Szybko stał się ulubieńcem żołnierzy 22 kompanii transportowej artylerii.  Kapral Prendysz i jego podopieczny dostali osobny namiot. Miś miał wygodne posłanie, ale i tak każdej nocy właził na pryczę swojego opiekuna i tulił się do niego jak do swojej mamy. Kiedy Prendysz opuszczał rejon kompanii, Wojtek siedział w namiocie i ryczał żałośnie. Opiekun  zaczął go zabierać ze sobą. Niedźwiadek jako pasażer wojskowej ciężarówki wzbudzał sensację, gdziekolwiek się pojawili. 


Wojtek rósł jak na drożdżach i wkrótce miał dwa metry wzrostu i ważył 250 kg. Jego ulubioną zabawą stały się zapasy z żołnierzami. Zazwyczaj z trzema lub czterema naraz. 


Żołnierze nauczyli go pić piwo. Papierosów na palił, tylko zjadał. Papieros koniecznie musiał być zapalony, żeby trafił do misiowej  mordy.

Kapral Wojtek i Piotr Pendrysz.

Miś został oficjalnie wciągnięty na stan ewidencyjny 22 kompanii zaopatrywania artylerii, z którą to jednostką przeszedł cały szlak bojowy: z Iranu przez Irak, Syrię, Palestynę, Egipt do Włoch  a po demobilizacji do Wielkiej Brytanii. Ćwierćtonowy miś odbył w marcu 1944 roku jedną podróż przez Morze Śródziemne na pokładzie motorowca "Batory" do Włoch. Podróż niedźwiedzia na sławnym liniowcu opisali m.in. J. K. Sawicki i S. A. Sobiś w książce "Na alianckich szlakach" (Wyd. Morskie, Gdańsk 1985) oraz G. Rogowski w książce o "Piłsudskim" i "Batorym'" (Pod polską banderą przez Atlantyk). 

Polski żołnierz z Wojtkiem w Iranie w 1942 roku.


Niedźwiedź Wojtek był już tak duży, że do szoferki na siedzenie pasażera ledwo się wciskał. Koniecznie chciał jeździć. Był przecież żołnierzem kompanii. W tym środowisku się wychował. Chociaż był zwierzęciem,  jednak  niektóre zachowania przejął od ludzi, bo innych stworzeń nie znał. Dzięki misiowi Wojtkowi kompania  była sławna nie tylko w armii Andersa, ale też w sojuszniczej armii brytyjskiej. Korespondenci wojenni przyjeżdżali i fotografowali niedźwiedzia–żołnierza oraz robili wywiady z kpr. Prendyszem. 


O Wojtku i o jego umiejętnościach zaczęły krążyć legendy. Opowiadano, że  nosił pociski z samochodu do dział. Jeszcze trochę, a ktoś powiedziałby, że strzelał z nich do Niemców...
To wtedy pojawiło się logo kompanii: sylwetka niedźwiedzia niosącego pocisk artyleryjski wpisana w kierownicę samochodu. 


Wojtek nigdy nie nosił pojedynczych pocisków, ale zdarzało się, że żołnierze podali mu skrzynkę z pociskami i pod ich kontrolą przeniósł ją kilka metrów. Był bardzo silny i takie ciężary nie robiły na nim wrażenia. Nie był szkolony do pracy przy przenoszeniu czterdziestopięciokilogramowych skrzyń z pociskami. Postępowania z ładunkami nauczył się poprzez obserwację żołnierzy. Wojtek bez zachęty łapał skrzynie i przenosił je w charakterystyczny dla siebie sposób: stojąc na tylnych łapach, rozkładał ramiona, w które żołnierze wkładali skrzynie z amunicją. Niedźwiedź przenosił je w pobliże stanowisk ogniowych, po czym wracał do ciężarówki po kolejną porcję ładunku. Żołnierze czasami zachęcali Wojtka do pomocy dając w zamian przysmaki, bowiem niedźwiedź sam decydował o tym kiedy i jak długo będzie pracował. Podczas bitwy o Monte Cassino kompania Wojtka dostarczyła następujące ładunki dla wojsk polskich i brytyjskich: 17300 ton amunicji, 1200 ton paliwa i 1100 ton żywności. 


Od tamtej pory symbolem 22 Kompanii stał się niedźwiedź z pociskiem w łapach. Odznaka taka pojawiła się na samochodach wojskowych, proporczykach i mundurach żołnierzy.

Chorągiewka z wizerunkiem Wojtka 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii.

Żołnierze nie zabierali go w rejon bezpośrednich działań wojennych, choć do wystrzałów armatnich był przyzwyczajony.

Wojtek zapoznaje się w Iranie z psem jednego z oficerów 2 Korpusu.

Jednym z bardziej pamiętnych wyczynów Wojtka była przytaczana we wspomnieniach wielu żołnierzy sytuacja zaistniała podczas stacjonowania Korpusu w Iraku. Niedźwiedź samodzielnie złapał wtedy arabskiego szpiega, który robił rozeznanie przed zaplanowanym atakiem dywersantów, chcących dokonać kradzieży broni. Lubiący bardzo kąpiele (o wodę w Iraku było trudno) niedźwiedź zobaczył otwarte drzwi od łaźni i natychmiast tam wszedł: jak się okazało, osaczył w środku penetrującego obóz szpiega. Ten, przerażony widokiem niedźwiedzia zaczął krzyczeć i poddał się bez oporu żołnierzom. Wojtek w nagrodę dostał łaźnię do dyspozycji na cały wieczór.


Szeregowy Wojtek-miś w 1946 roku wraz ze swoimi towarzyszami broni trafił do Szkocji, do obozu przejściowego. Stał się prawdziwym celebrytą. Pisano o nim artykuły, zrobiono mu setki zdjęć, radio BBC nadawało o nim reportaże. Został też honorowym członkiem Towarzystwa Polsko-Szkockiego.  Ale powoli jego żołnierze zaczęli opuszczać obóz, emigrowali po całym świecie, nieliczni wracali do ojczyzny. Z misiem, który przemierzył szlak bojowy przez 6 państw, który miał książeczkę wojskową i był na służbie jego Królewskiej Mości Jerzego VI, trzeba było coś zrobić.  Dyrektor ogrodu zoologicznego w Edynburgu zaoferował, że zabierze Wojtka do siebie. Został więc niedźwiedź - żołnierz II Polskiego Korpusu honorowym rezydentem ZOO w stolicy Szkocji. Zamienił żołnierski namiot na klatkę. Trudno sobie wyobrazić, co czuł – pozbawiony nagle wolności i przyjaciół.  Nadal jednak był bardzo popularny, odwiedzały go tłumy ludzi. Mieszkający po wojnie w Edynburgu legendarny polski dowódca gen. Stanisław Maczek często żartował, że do Edynburga przyjeżdżają turyści na festiwal orkiestr wojskowych, później odwiedzić w ZOO misia Wojtka, a dopiero na trzecim miejscu spotkać gen. Maczka.

Wojtek po wojnie po demobilizacji na farmie Sunwick w Anglii.

Wojtka odwiedzali też dawni jego towarzysze broni. Kiedy usłyszał polskie słowa bardzo się ożywiał. Zdarzało się, że któryś z dawnych żołnierzy przeskoczył barierkę i wszedł do misia, by tak jak za dobrych lat, bawić się w „zapasy”, które Wojtek  zawsze uwielbiał. Weterani wspominają, że nawet rzucali mu zapalone papierosy, którymi nigdy nie pogardził. Opiekowało się nim czterech pielęgniarzy. Zimą miał włączone specjalne lampy, bo cierpiał na reumatyzm. Wojtek stawał się jednak coraz bardziej osowiały i markotny. Przestał wychodzić do ludzi. Weterynarze, żeby zrobić mu zastrzyk, prosili zawsze któregoś z Polaków, by przyszedł do ZOO i po polsku przekonał misia do wyjścia z legowiska i poddaniu się zabiegowi.  Reagował tylko  na polskie słowa. 15 listopada 1963 roku zakończył życie. Informację o jego śmierci podały wszystkie brytyjskie media.


Na początku listopada 1963 roku brytyjskie radiostacje nadały komunikat: „Wojtek, brunatny niedźwiedź, który był maskotką polskich żołnierzy, zakończył wczoraj życie”. Wiadomość tę powtórzyły stacje radiowe w Polsce.
W Edynburgu umieszczono tablicę ku czci Wojtka w tamtejszym ZOO. Podobne tablice znajdują się także w Imperial War Museum w Londynie oraz w Canadian War Museum w Ottawie. W Edynburgu powstał też pomnik przedstawiający niedźwiedzia Wojtka ze swoim opiekunem kpr. Piotrem Prendyszem.

Pomnik w Edynburgu. Princes Street Gardens.
(źródło: Wikipedia.pl)

Wojtek przez długie lata pozostawał w pamięci głównie polskich rodzin mieszkających w Wielkiej Brytanii. W Polsce jego historia była słabo znana, jednak od kilkunastu lat następuje zmiana. Coraz więcej młodych ludzi dowiaduje się i poznaje historię niedźwiedzia, który został żołnierzem w polskiej armii. Za sprawą pojawiających się anegdot o zwierzęciu oraz przeprowadzonych wywiadów, których bohaterami byli polscy weterani wojenni, pamiętający powojenny pobyt w Szkocji, historia Wojtka dociera do coraz większego grona odbiorców.
Więcej informacji o słynnym niedźwiedziu mozna znaleźć w ksiązkach "Wojtek spod Monte Cassino" Wiesława A. Lasockiego (jednego z żołnierzy armii Andersa) oraz "Wojtek z Armii Andersa" Maryny Miklaszewskiej (powieść o całym 2 Korpusie Polskim i jego wojennych losach).

Niesamowite fakty. "Wzruszająca historia o niedźwiedziu Wojtku, który walczył podczas II wojny światowej"
(źródło: YouTube.pl)


Ściana kamienicy przy zbiegu ulic Warszawskiej i Szewskiej w Pabianicach. Powstał tutaj mural o wymiarach 6 na 15 metrów. Przedstawia postać niedźwiedzia Wojtka i sylwetki żołnierzy walczących pod Monte Casino.


Pamięć o Wojtku-żołnierzu spróbował przywrócić jeden z pabianickich artystów, Adam Wirski "Kruk", okazuje się, że niewielu pabianiczan zna historię misia.

Marika & Maleo Reggae Rockers. "Piosenka o Wojtku".
(źródło: YouTube.pl)

- Słuchałem utworów Mariki i jej "Piosenka o Wojtku" tak na mnie wpłynęła, że postanowiłem zostawić ślad po żołnierzach z Monte Cassino w Pabianicach - przyznał "Kruk".

Kamienica przy Warszawskiej, a na niej żołnierze spod Monte Cassino i ich przyjaciel kapral Wojtek.

źródła:
Tadeusz Dytko. Kapral Wojtek.
Fot. archiwalne pochodzą ze stron:
Filmy: YouTube.pl

Fot. współczesne Monika Czechowicz