Kąpielisko „Fala”
otwarto w czerwcu 1976 roku. Był to najnowocześniejszy basen, a w
zasadzie kompleks basenów w naszym mieście. Jego największą
atrakcją była sztuczna fala, czyli coś czego łodzianie nigdy
wcześniej nie widzieli.
Decyzję o budowie obiektu podjęto w pierwszej połowie lat 70.
XX wieku. Wznosiło ją kilkanaście firm. Między innymi Instal,
Łódzkie Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych, Chemobudowa,
Uniprot.
Prace podzielono na kilka etapów. Najpierw uzbrojono teren.
Zbudowano budynek, w który znajdowały się szatnie, a nad nim taras
widokowy, na który później bardzo chętnie opalały się zwłaszcza
panie. Postanowiono też dom, w którym uzdatniano wodę.
Następnie
przyszedł czas na baseny. W jednym miejscu wybudowano cztery. Dla
łodzian było to coś niewyobrażalnego. Wszystkie miały dno
pomalowane na niebiesko.
Już latem 1976 roku łodzianie mogli kąpać się w nowych
basenach. Uroczyste otwarcie miało miejsce 19 czerwca 1976 roku, w
sobotę. Przybyli na nie niemal wszyscy łódzcy notable. Był
Bolesław Koperski, I sekretarz Komitetu Łódzkiego PZPR, Jerzy
Lorens, prezydent Łodzi, naczelnicy dzielnic.
"Dziennik Popularny", rok 1976.
Inaugurację kompleksu
basenów uświetniły gwiazdy polskiej estrady. Śpiewała Joanna
Rawik, Jacek Lech, Stenia Kozłowska. Pojawił się też słynny
Janosik, czyli Marek Perepeczko.
"Dziennik Popularny", rok 1976.
- Było tłoczno, wesoło, przyjemnie - tak relacjonował to
wydarzenie dziennikarz łódzkiego tygodnika „Odgłosy”. - Nie
było upalnie, nie było gorąco, ale nie było deszczu i nie było
zimno - Łodzianie skorzystali też z pierwszej kąpieli na Fali. Był
taki tłok, że trudno było pływać, ludzie wypełnili wszystkie
baseny.
Kąpielisko „Fala” zajmowało 7 hektarów powierzchni. I mogło
pomieścić 4 tysiące osób.
- Obiekt ten powstał wspólnym wysiłkiem łódzkiego
społeczeństwa, pracowały tu załogi zakładów pracy, duży wkład
wnieśli żołnierze polscy i radzieccy, łódzka młodzież i
indywidualni, bezimienni ludzie dobrej pracy - pisał po otwarciu
kąpieliska jeden z dziennikarzy „Głosu Robotniczego”. -
Powiedzieć można - sami sobie zafundowaliśmy jeden z piękniejszych
obiektów rekreacyjnych, wykazując jak wiele uczynić można dobrą
robotą, społeczną ofiarnością, zaangażowaniem.
Jeden z basenów o wymiarach olimpijskich, czyli 50 na 21 metrów
ma głębokość 1,90 m. Drugi - 40 na 40 metrów posiada głębokość
od 80 do 1,60 m, trzeci - 30 na 40 metrów o podobnej głębokości i
czwarty - 30 na 40 m głęboki na 1,50 m - tak opisywano „Falę”
w „Dzienniku Łódzkim”. - Woda w basenach w ciągu 20 godzin
wymieniona zostanie pięciokrotnie. Temperaturę można regulować w
zależności od pogody. Dla dzieci przeznaczone są trzy brodziki. W
jednym zainstalowano karuzelę wodną, w drugim zjeżdżalnię, a w
trzecim z fontanną odbywać się będą zabawy i gry. Z myślą o
dzieciach zorganizowano także plac zabaw z wszystkimi urządzeniami.
Jest tu nawet koń na biegunach.
Wypoczynek na tym kąpielisku nie był jednak tani. Zwykły
kosztował 10 zł. Młodzież i dzieci płaciły połowę. Bilety dla
najmłodszych, a więc do 7 lat kosztowały 3 zł.
W upalne dni trudno było się dostać do ośrodka. Do kas
ustawiały się wielkie kolejki. Podobno nie raz, zwłaszcza w
weekendy, sięgały al. Unii.
"Dziennik Łódzki", rok 1981.
"Dziennik Łódzki", rok 1989.
Krzysztof Jagiełło, były prezydent Łodzi był kierownikiem
„Fali” w jej ostatnim okresie, a więc od 1990 do 1993 roku.
Przypomina, że przez długi czas było to drugie takie kąpielisko w
Polsce. Jeśli wzięło się pod uwagę wielkość terenu i basenów.
- „Fala” stanowiła kiedyś część Łódzkiego Parku Kultury
i Wypoczynku - mówił Krzysztof Jagiełło. - Podobny park znajdował
się na południu Polski, w Chorzowie. Był to Chorzowski Park
Kultury i Rozrywki. Oba były położone w naturalnych leśnych
terenach.
„Fala” zajmowała kilka hektarów położonych w parku
„Zdrowie”. To sprawiało pewien problem. Bywało, że ktoś
przedostawał się przez płot, na skróty, omijając kasę dostawał
się na teren obiektu. Robiły to głównie dzieci i młodzież
szkolna.
- Gdy chodziło o dzieci to patrzyliśmy na to trochę z
przymrużeniem oka - wspomina Krzysztof Jagiełło. - Wiadomo, że
większość naszych gości przechodziło przez kasy. Zawsze była
jednak grupa dzieci z biednych rodzin, których nie stać było na
bilet. Więc radzili sobie w inny sposób.
Bywały weekendy, w słoneczne, letnie dni, że „Fala” gościła
15 tysięcy ludzi. Co prawda była przeznaczona dla znacznie mniejszą
ilość gości, ale wszyscy się zmieścili. Największą atrakcją
była oczywiście sztuczna fala.
- Mieliśmy urządzenie mechaniczne, które wytwarzało sztuczną
falę - dodaje pan Krzysztof. - Była to taka namiastka Bałtyku w
Łodzi.
Gdy dopisywała pogoda „Falę” otwierano już w maju i kąpano
się tam do września. Bywały jednak lata, gdy czynna była dopiero
od połowy czerwca.
- Kiedy nie było słońca, pogoda była kiepska to ludzie tylko
pływali, nie było tych, którzy chcieli się opalać, odpocząć na
słońcu - wyjaśnia były kierownik „Fali”. - Nie zapominajmy,
że był to obiekt sezonowy. Był czynny przez trzy - cztery
miesiące, a nie przez cały rok. Po sezonie nasi pracownicy
techniczni dokonywali konserwacji, przeglądów i usuwali awarie.
Krzysztof Jagiełło przypomina, że jeszcze do dziś przy al.
Unii stoi budynek, w którym mieściła się stacja uzdatniania wody.
- Tam znajdowały się wszystkie pompy dzięki którym woda
dopływała do basenów - tłumaczy. - To była mała fabryka. Mogła
uzdatnić wodę dla osiedla mieszkaniowego. Kontrolował ją sanepid,
codziennie pobierał próbki. Muszę przyznać, że nie mieliśmy
przypadków zatruć.
Na „Fali” organizowano festyny, koncerty, imprezy sportowe.
Grał tam zespół „Dżem”, śpiewał Andrzej Rosiewicz. Bywało,
że nad kąpieliskiem latał samolot i rozrzucał kulki z numerami.
Szczęśliwcy mogli wygrać różne gadżety, albo rower.
Wybierano Miss Lata, ale też Miss Natura, a na początku lat 90.
Miss Mokrego Podkoszulka. Później „Fala” stała się miejscem
spotkań łódzkich naturystów. - Mieli miejsce na tarasie widokowym, który znajdował się nad
basenem ze sztuczną falą - opowiada Krzysztof Jagiełło. - Taras
był ogrodzony. Nie był duży, ale zawsze pełny.
Wybory Miss Lata w 1987 roku relacjonował „Ekspress Ilustrowany”.
Impreza miała miejsce podczas tradycyjnej niedzieli z „Expressem”
na „Fali”. Brało w niej udział ponad trzy tysiące łodzian. Do
konkursu zgłosiło się blisko czterdzieści pań. Podawano, że w
jury konkursu zasiadły: Joanna Śledzicka - wicemiss Polonia, Ewa
Cynkier - przedstawicielka biura podróży Wojciecha Marzyńskiego,
Stanisław Kobyliński - wilk morski, zdobywca oceanów, prezes Ligi
Morskiej, Krzysztof Drzewiecki - reżyser, Edward Marciniak -
dziennikarz ośrodka TVP w Łodzi, Julian Beck - dziennikarz
Expressu. Podczas tej imprezy gości zabawiała kapela „Bałuciarze”.
Podkreślano, że wszystkie panie, które zgłosiły się do konkursu
były bardzo ładne. Ostatecznie Miss Lata 1987 została 23 letnia
Jolanta Stopa, pielęgniarka ze szpitala dziecięcego przy ul.
Spornej. Drugie miejsce przypadło 19 letniej Annie Jankowskiej, a
trzecie Agnieszce Kędziorze, uczennicy XXVI LO w Łodzi.
"Dziennik Łódzki", rok 1990.
Na początku lat 90. „Fala” pożegnała się z łodzianami.
- Zadecydowały problemy technicznej - mówi Krzysztof Jagiełło.
- Chodzi o budynek, w którym znajdowały się szatnie, pomieszczenia
socjalne, sanitarne. Nad nim znajdował się taras widokowy. Miał
150 metrów długości i 25 metrów szerokości. Niestety, już w
latach osiemdziesiątych ten taras zaczął przeciekać. Postanowiono
go wyremontować. Ktoś wpadł na pomysł, by go uszczelnić
wylewając warstwę betonu. Czas pokazał, że nie był to zbyt
trafiony pomysł. Warstwa betonu była za ciężka. - Zaczęła wgniatać ten budynek w ziemię - wspomina Krzysztof
Jagiełło. - Pękały ściany nośne. Gdy byłem kierownikiem
obiektu próbowaliśmy ratować ten budynek stawiając stemple. Nie
było jednak pieniędzy, na przykład unijnych, żeby dokonać
remontu. Budynek groził zawaleniem. Mój następca podjął decyzję
o zamknięciu obiektu na najbliższy sezon.
Dziś po starej „Fali” nie ma śladu. Przez wiele lat
mieszkańcy miasta z rozpaczą przyglądali się rozpadającemu się
obiektowi. Ostatecznie na początku lat dwutysięcznych, zostały
rozebrane. W tym miejscu zaczęto budować nowoczesny aquapark.
Nową „Falę” otwarto w styczniu 2008 roku. Obiekt ma 10
hektarów powierzchni, z czego 2,5 tysiąca metrów kwadratowych
zajmuje woda. Są też sztuczne palmy, baseny wewnątrz i na
zewnątrz. Nie mogło oczywiście zabraknąć sztucznej fali. Jest
wiele zjeżdżalni, nie brakuje saun. To dziś najnowocześniejszy
kompleks basenów w Łodzi. I tak jak ta stara „Fala” także
cieszy się wielką popularnością wśród łodzian.- Teraz mamy
piękny aquapark, może być dumą miasta- mówi Krzysztof Jagiełło.
- Ale z naszej starej „Fali” także byliśmy dumni. Był to
kultowy obiekt.
U zbiegu ulic Warszawskiej i Szewskiej w Pabianicach w 2016 roku
powstał mural. Jego bohaterem jest żołnierz w randze kaprala i
bohater bitwy pod Monte Cassino, czyli kapral Wojtek. Ze ściany kamienicy zerka ogromny niedźwiedź brunatny. Obok smutnej
mordki zwierzaka widać zbocze Monte Casino, po którym wspinają się
polscy żołnierze. Na samej górze powiewa polska flaga. Bohaterem
malowidła jest... miś Wojtek, kapral armii gen. Andersa. Namalował go Adam
Wirski „Kruk”, artysta z Pabianic.
Historię niedźwiedzia służącego w armii gen. Władysława
Andersa opowiadano na wielu kontynentach, wszędzie tam, gdzie polscy
żołnierze trafili po II wojnie światowej, a więc w USA,
Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii. Opowieści o szeregowym misiu
Wojtku były tak niesamowite, że niewielu dawało wiarę
autentyczności tej historii, przypisując jej autorom fantazję i bujną wyobraźnię. Trudno było sobie
wyobrazić dwumetrowego niedźwiedzia ważącego 250 kg służącego
w wojsku. A jednak…
O niedźwiedziu służącym w polskim wojsku ukazało się setki
publikacji. Jego historię tworzyli często autorzy, którzy
lubili dać upust własnej fantazji, przypisując zwierzęciu
niezwykłe umiejętności i prawie ludzkie cechy.
WOJTEK BEAR
(źródło: YouTube.pl)
Brunatny Niedźwiadek, nazwany później Wojtkiem, urodził się w
górach Hamadan w Iranie na początku 1942 roku. Myśliwi zastrzeli
jego matkę. Misia sierotę znalazł perski chłopiec. Schował
go do plecaka i zabrał do wioski, by sprzedać na miejscowym
bazarze. Akurat tamtędy przejeżdżali polscy uchodźcy. Jednej z
młodych Polek, Irenie Bokiewicz, spodobał się niedźwiedzi
maluszek. Towarzyszący jej polski oficer bez wahania spełnił jej
życzenie i kupił niedźwiadka. W ten oto sposób zwierzak
został maskotką polskiej grupy udającej się do Teheranu. W
obozie polskich uchodźców niedźwiadek już taki sympatyczny i
grzeczny nie był. Zdecydowano wtedy, że trzeba się go pozbyć.
Irena Bokiewicz i jej koleżanki uznały, że misia dadzą w
prezencie dowódcy 5 dywizji gen. Borucie-Spiechowiczowi, który
wówczas stacjonował w Teheranie i był znany z tego, że lubił
zwierzęta. Ale i w nowym otoczeniu niedźwiadek dał się poznać
jako psotnik. Potrafił w kasynie rozbić kilkadziesiąt jajek
przygotowanych na śniadanie dla oficerów, stłukł dwa telefony i
wszędzie go było pełno. Generał nie miał wątpliwości.
Uciążliwego misia odda wojsku. Na pierwszą linię nie mógł go
wysłać. Pozostało więc zaplecze. Tak oto przyszły niedźwiedzi
bohater armii gen. Andersa trafił do 2. kompanii transportowej przemianowanej później na 22. kompanię zaopatrywania
artylerii.
W kompanijnej kronice pod datą 22 sierpnia 1942 roku tak
zapisano: Porucznik Florczykowski przywiózł do kompanii
sympatycznego niedźwiadka, który był bardzo mile przyjęty przez
żołnierzy.
Dowódca kompanii wyznaczył kaprala Piotra Prendysza na opiekuna
małego misia. Zgodnie ze zwyczajem panującym w Koronie Brytyjskiej,
każde zwierzę będące w posiadaniu wojska musiało mieć dokument
tożsamości i pozostawać na stanie ewidencji pododdziału.
Miś dostał imię Wojtek. W dokumentacji kompanii zapisano go jako: szeregowy Wojtek Miś. Jego żołd przeliczany był na
zwiększoną rację żywnościową oraz mnóstwo słodyczy, jak dżem
czy miód. Szybko stał się ulubieńcem żołnierzy 22
kompanii transportowej artylerii. Kapral Prendysz i jego
podopieczny dostali osobny namiot. Miś miał wygodne posłanie, ale
i tak każdej nocy właził na pryczę swojego opiekuna i
tulił się do niego jak do swojej mamy. Kiedy Prendysz opuszczał
rejon kompanii, Wojtek siedział w namiocie i ryczał żałośnie. Opiekun zaczął go zabierać ze sobą. Niedźwiadek jako
pasażer wojskowej ciężarówki wzbudzał sensację, gdziekolwiek
się pojawili.
Wojtek rósł jak na drożdżach i wkrótce miał dwa
metry wzrostu i ważył 250 kg. Jego ulubioną zabawą stały się
zapasy z żołnierzami. Zazwyczaj z trzema lub czterema naraz.
Żołnierze nauczyli go pić piwo. Papierosów na palił, tylko
zjadał. Papieros koniecznie musiał być zapalony, żeby trafił do
misiowej mordy.
Kapral Wojtek i Piotr Pendrysz.
Miś został oficjalnie wciągnięty na stan ewidencyjny 22
kompanii zaopatrywania artylerii, z którą to jednostką przeszedł
cały szlak bojowy: z Iranu
przez Irak, Syrię, Palestynę, Egipt do Włoch a po demobilizacji do Wielkiej Brytanii. Ćwierćtonowy miś odbył w marcu 1944 roku jedną
podróż przez Morze Śródziemne na pokładzie motorowca "Batory" do
Włoch. Podróż niedźwiedzia na sławnym liniowcu opisali m.in. J.
K. Sawicki i S. A. Sobiś w książce "Na alianckich szlakach" (Wyd.
Morskie, Gdańsk 1985) oraz G. Rogowski w książce o "Piłsudskim" i "Batorym'" (Pod polską banderą przez Atlantyk).
Polski żołnierz z Wojtkiem w Iranie w 1942 roku.
Niedźwiedź Wojtek był już tak duży, że do szoferki na
siedzenie pasażera ledwo się wciskał. Koniecznie chciał jeździć.
Był przecież żołnierzem kompanii. W tym środowisku się
wychował. Chociaż był zwierzęciem, jednak niektóre
zachowania przejął od ludzi, bo innych stworzeń nie znał. Dzięki
misiowi Wojtkowi kompania była sławna nie tylko w armii
Andersa, ale też w sojuszniczej armii brytyjskiej. Korespondenci
wojenni przyjeżdżali i fotografowali niedźwiedzia–żołnierza
oraz robili wywiady z kpr. Prendyszem.
O Wojtku i o jego umiejętnościach zaczęły krążyć legendy. Opowiadano, że nosił pociski z samochodu do dział. Jeszcze trochę, a ktoś powiedziałby, że strzelał z nich do Niemców...
To wtedy pojawiło się logo
kompanii: sylwetka niedźwiedzia niosącego pocisk artyleryjski
wpisana w kierownicę samochodu.
Wojtek nigdy nie nosił pojedynczych pocisków, ale zdarzało się,
że żołnierze podali mu skrzynkę z pociskami i pod ich kontrolą
przeniósł ją kilka metrów. Był bardzo silny i takie ciężary
nie robiły na nim wrażenia. Nie był szkolony do pracy
przy przenoszeniu czterdziestopięciokilogramowych skrzyń z
pociskami. Postępowania z ładunkami nauczył się poprzez
obserwację żołnierzy. Wojtek bez zachęty łapał skrzynie i
przenosił je w charakterystyczny dla siebie sposób: stojąc na
tylnych łapach, rozkładał ramiona, w które żołnierze wkładali
skrzynie z amunicją. Niedźwiedź przenosił je w pobliże stanowisk
ogniowych, po czym wracał do ciężarówki po kolejną porcję
ładunku. Żołnierze czasami zachęcali Wojtka do pomocy dając w
zamian przysmaki, bowiem niedźwiedź sam decydował o tym kiedy i
jak długo będzie pracował. Podczas bitwy o Monte Cassino kompania
Wojtka dostarczyła następujące ładunki dla wojsk polskich i
brytyjskich: 17300 ton amunicji, 1200 ton paliwa i 1100 ton
żywności.
Od tamtej pory symbolem 22 Kompanii stał się niedźwiedź z
pociskiem w łapach. Odznaka taka
pojawiła się na samochodach
wojskowych, proporczykach i mundurach żołnierzy.
Chorągiewka z wizerunkiem Wojtka 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii.
Żołnierze nie zabierali go w rejon bezpośrednich działań
wojennych, choć do wystrzałów armatnich był przyzwyczajony.
Wojtek zapoznaje się w Iranie z psem jednego z oficerów 2 Korpusu.
Jednym z bardziej pamiętnych wyczynów Wojtka była przytaczana
we wspomnieniach wielu żołnierzy sytuacja zaistniała podczas
stacjonowania Korpusu w Iraku. Niedźwiedź samodzielnie złapał
wtedy arabskiego szpiega, który robił rozeznanie przed zaplanowanym
atakiem dywersantów, chcących dokonać kradzieży broni. Lubiący
bardzo kąpiele (o wodę w Iraku było trudno) niedźwiedź zobaczył
otwarte drzwi od łaźni i natychmiast tam wszedł: jak się okazało,
osaczył w środku penetrującego obóz szpiega. Ten, przerażony
widokiem niedźwiedzia zaczął krzyczeć i poddał się bez oporu
żołnierzom. Wojtek w nagrodę dostał łaźnię do dyspozycji na
cały wieczór.
Szeregowy Wojtek-miś w 1946 roku wraz ze swoimi
towarzyszami broni trafił do Szkocji, do obozu przejściowego. Stał się prawdziwym celebrytą. Pisano o nim artykuły,
zrobiono mu setki zdjęć, radio BBC nadawało o nim reportaże.
Został też honorowym członkiem Towarzystwa Polsko-Szkockiego.
Ale powoli jego żołnierze zaczęli opuszczać obóz, emigrowali po
całym świecie, nieliczni wracali do ojczyzny. Z misiem, który
przemierzył szlak bojowy przez 6 państw, który miał
książeczkę wojskową i był na służbie jego Królewskiej Mości
Jerzego VI, trzeba było coś zrobić. Dyrektor ogrodu
zoologicznego w Edynburgu zaoferował, że zabierze Wojtka do
siebie. Został więc niedźwiedź - żołnierz II Polskiego Korpusu
honorowym rezydentem ZOO w stolicy Szkocji. Zamienił żołnierski namiot na klatkę. Trudno sobie wyobrazić, co czuł –
pozbawiony nagle wolności i przyjaciół. Nadal jednak był
bardzo popularny, odwiedzały go tłumy ludzi. Mieszkający po wojnie
w Edynburgu legendarny polski dowódca gen. Stanisław Maczek często
żartował, że do Edynburga przyjeżdżają turyści na festiwal
orkiestr wojskowych, później odwiedzić w ZOO misia Wojtka, a
dopiero na trzecim miejscu spotkać gen. Maczka.
Wojtek po wojnie po demobilizacji na farmie Sunwick w Anglii.
Wojtka odwiedzali też dawni jego towarzysze broni. Kiedy usłyszał
polskie słowa bardzo się ożywiał. Zdarzało się, że któryś z
dawnych żołnierzy przeskoczył barierkę i wszedł do misia, by tak
jak za dobrych lat, bawić się w „zapasy”, które Wojtek
zawsze uwielbiał. Weterani wspominają, że nawet rzucali mu
zapalone papierosy, którymi nigdy nie pogardził. Opiekowało się
nim czterech pielęgniarzy. Zimą miał włączone specjalne lampy,
bo cierpiał na reumatyzm. Wojtek stawał się jednak coraz bardziej
osowiały i markotny. Przestał wychodzić do ludzi. Weterynarze,
żeby zrobić mu zastrzyk, prosili zawsze któregoś z Polaków, by
przyszedł do ZOO i po polsku przekonał misia do wyjścia z
legowiska i poddaniu się zabiegowi. Reagował tylko na
polskie słowa. 15 listopada 1963 roku zakończył życie. Informację
o jego śmierci podały wszystkie brytyjskie media.
Na początku listopada 1963 roku brytyjskie radiostacje nadały
komunikat: „Wojtek, brunatny niedźwiedź, który był maskotką
polskich żołnierzy, zakończył wczoraj życie”. Wiadomość tę
powtórzyły stacje radiowe w Polsce.
W Edynburgu umieszczono tablicę ku czci Wojtka w tamtejszym ZOO.
Podobne tablice znajdują się także w Imperial War Museum w
Londynie oraz w Canadian War Museum w Ottawie. W Edynburgu powstał też pomnik przedstawiający niedźwiedzia Wojtka ze swoim opiekunem
kpr. Piotrem Prendyszem.
Pomnik w Edynburgu. Princes Street Gardens.
(źródło: Wikipedia.pl)
Wojtek przez długie lata pozostawał
w pamięci głównie polskich rodzin mieszkających w Wielkiej
Brytanii. W Polsce jego historia była słabo znana, jednak od
kilkunastu lat następuje zmiana. Coraz więcej młodych ludzi
dowiaduje się i poznaje historię niedźwiedzia, który został
żołnierzem w polskiej armii. Za sprawą pojawiających się anegdot
o zwierzęciu oraz przeprowadzonych wywiadów, których bohaterami
byli polscy weterani wojenni, pamiętający powojenny pobyt w
Szkocji, historia Wojtka dociera do coraz większego grona odbiorców.
Więcej informacji o słynnym niedźwiedziu mozna znaleźć w ksiązkach "Wojtek spod Monte Cassino" Wiesława A. Lasockiego (jednego z żołnierzy armii Andersa) oraz "Wojtek z Armii Andersa" Maryny Miklaszewskiej (powieść o całym 2 Korpusie Polskim i jego wojennych losach).
Niesamowite fakty. "Wzruszająca historia o niedźwiedziu Wojtku, który walczył podczas II wojny światowej"
(źródło: YouTube.pl)
Ściana kamienicy przy zbiegu ulic Warszawskiej i Szewskiej w Pabianicach. Powstał tutaj mural o wymiarach 6 na 15 metrów. Przedstawia postać niedźwiedzia Wojtka i sylwetki żołnierzy walczących pod Monte Casino.
Pamięć o Wojtku-żołnierzu spróbował przywrócić jeden z pabianickich artystów, Adam Wirski "Kruk", okazuje się, że niewielu pabianiczan zna historię misia.
Marika & Maleo Reggae Rockers. "Piosenka o Wojtku".
(źródło: YouTube.pl)
- Słuchałem utworów Mariki i jej "Piosenka o Wojtku" tak na mnie wpłynęła, że postanowiłem zostawić ślad po żołnierzach z Monte Cassino w Pabianicach - przyznał "Kruk".
Kamienica przy Warszawskiej, a na niej żołnierze spod Monte Cassino i ich przyjaciel kapral Wojtek.