środa, 12 września 2012

Hotel Savoy. Łódź, ulica Traugutta 6.

Przed wybuchem I wojny światowej bujnie rozwijające się miasto nie posiadało dostatecznej liczby hoteli o zadowalająco wysokim standardzie. Nic zatem dziwnego, że kiedy w 1911 roku przy ul. Krótkiej 6 (dzisiejszej Traugutta) wyrósł nowoczesny Hotel Savoy, zachwycony korespondent warszawskiego tygodnika „Świat” nazwał go „Europą w Łodzi”.
"Rozwój", rok 1913.


"Czas", kalendarz informacyjno-adresowy, rok 1914.
Dziś to jeden z trzech zabytkowych łódzkich hoteli, które zachowują swoją funkcję od początku XX wieku. Zastosowana konstrukcja szkieletowa pozwoliła wznieść budynek na zawrotną wtedy wysokość 35 metrów. Hotel miał sześć pięter, choć za sprawą wysokiego parteru z antresolą oraz poddasza mówiono zwykle o siedmiu. 
Na tle niewielkich śródmiejskich kamienic, gmach Savoyu, mógł się wydawać prawdziwym „drapaczem chmur”, „pierwszym łódzkim wysokościowcem” - jak go wtedy określano. I rzeczywiście, do 1951 roku, kiedy w centrum stanął wieżowiec telewizji, hotel wiedeńskiego finansisty Salomona Ringera był jednym z najwyższych obiektów niesakralnych w Łodzi.

Projekt budynku przygotował Stefan Lemmene, powiatowy architekt. Jego koncepcję realizowali przedsiębiorcy z Warszawy i Katowic. Hotel postawiono w niecałe dwa lata. Zajął ciasną, prostokątną działkę przy uliczce łączącej się bezpośrednio z ulicą Piotrkowską. Budowla hotelu Savoy łączy elementy secesyjne i modernistyczne, stając się świadectwem dominujących wówczas preferencji estetycznych. Z płaskiej fasady łagodnie odcinają się półokrągłe boczne wykusze i kilka wąskich balkonów. Na parterze wstawiono przeszklone witryny, a na pierwszym piętrze duże kwadratowe okna.

Charakterystyczny detal to okrągłe okno umieszczone w samym centrum pierwszej kondygnacji, nad wejściem. Ozdobiono je metalową ramą, w której zostały wykute wizerunki dwóch pawi z długimi ogonami, ptaków-symboli secesji.
"Rozwój", rok 1913.
Doskonałe wrażenie musiał robić również wystrój wnętrza i nowoczesne jak na ówczesne czasy wyposażenie: z elektrycznymi lampami w różnokolorowych abażurach, bieżącą wodą, kanalizacją, windą, telefonami i stołami bilardowymi. „Nawet najwybredniejsi podróżnicy zaspokojeni zostaną za sprawą świeżo otwartego hotelu Savoy, urządzonego według ostatniego słowa komfortu i techniki” - pisał jeden z żyjących ówcześnie dziennikarzy, którego opinię cytuje Jarosław Skowroński, autor przedmowy do powieści „Hotel Savoy”. Powstanie tak wyjątkowego miejsca nie uszło bowiem uwadze literatów. 
W 1924 roku Josef Roth, austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia w łódzkim hotelu umieścił akcję swojej głośnej powieści. Jej bohater Gabriel Dan po powrocie z wieloletniej rosyjskiej tułaczki zatrzymuje się w niewymienionym z nazwy fabrykanckim mieście, na miejsce noclegu wybierając lokal przy Krótkiej. Roth określił Savoy „bramą Europy” .Warto zaznaczyć, że pochwały te wygłaszał człowiek o dość krytycznym stosunku do samej Łodzi, którą opisywał w następujących słowach: „"Wszelako miasto przyjemniej wyglądało wieczorem niż w dzień. Przed południem było szare, unosił się nas nim dym z olbrzymich kominów pobliskich fabryk, na rogach ulic siedzieli skuleni brudni żebracy płaszczyli, a na wąskich uliczkach leżały śmiecie i gnój. Ciemność jednak po macierzyńsku ukrywała, dobrotliwie przebaczała i tuszowała brud, występki, zarazę i nędzę" .
"Rozwój", rok 1913.
To Łódź, jaką znamy z "Ziemi obiecanej" Reymonta, ale opisana z innej perspektywy i w odmiennym stylu. "Po raz pierwszy od pięciu lat stoję znowu przed bramą Europy. Hotel 'Savoy' z jego siedmiu piętrami, złotym herbem i portierem w liberii wydaje mi się bardziej europejski niż wszystkie inne gospody na Wschodzie. Obiecuje wodę, mydło, kanalizację, windę; pokojówki w białych czepeczkach; mile połyskujące nocniki - przepyszne niespodzianki w brunatnych szafeczkach; elektryczne lampy, wykwitające z różowych i zielonych abażurów, niby z kielichów; przenikliwe dzwonki, posłuszne naciskowi kciuka, oraz łóżka zasłane piernatami, pulchne i radośnie gotowe na przyjęcie ciała." - cieszy się bohater powieści Rotha po powrocie z Rosji. Powieściowy hotel okazuje się mikroświatem, w którym najbogatsi zajmują dolne piętra, a biedacy nocują w ciasnych klitkach poddasza. Wszyscy czczą mamonę.

Jednodniówka "Ratujcie Dzieci" z 1916 roku.

Szybko stał się Savoy przystanią łódzkiej cyganerii. 

Dziennik Urzędowy Komisariatu Ludowego m. Łodzi, rok 1919.

"Rozwój", rok 1919.

W latach 1914-1915 działał tu kabaret Bi-Ba-Bo, z którym w owym czasie współpracował m.in. Artur Szyk, wybitny łódzki karykaturzysta i miniaturzysta żydowskiego pochodzenia oraz Julian Tuwim. Wielki łódzki poeta mieszkał zresztą całkiem niedaleko hotelowego budynku, w domu przy ul. Dzielnej 50 (dzisiejszej Narutowicza 54), gdzie jego rodzina przeprowadziła się z chwilą wybuchu I wojny światowej. 

"Rozwój", rok 1921.


"Ekspress Wieczorny Ilustrowany", rok 1923.

"Ekspress Wieczorny Ilustrowany", rok 1923.

"Republika", rok 1924.
Po zakończeniu II wojny światowej hotel Savoy, tak jak wszystkie inne, został przejęty przez władze miejskie i upaństwowiony. Nadal jednak skupiał artystów i pisarzy. Mieszkali tu aktorzy prywatnego teatru Syrena, którzy hucznie świętowali sceniczne sukcesy. Przez lata działał słynny Klub Literatów „Pickwick”, którego bywalcami byli wielcy ludzie polskiej kultury i sztuki, m.in. poeci Konstanty Ildefons Gałczyński i Julian Tuwim, aktorzy Józef Węgrzyn i Adolf Dymsza, reżyser i dyrektor łódzkich scen, Leon Schiller. Wielcy artyści bywają tu do dziś, ( zanim nieodżałowany dla wszystkich aktor Jan Machulski otrzymał apartament w Grandzie, miał własny pokój w hotelu Savoy, gdzie często przebywał).
W latach 60. Savoy został przebudowany i wyremontowany. Ocalały elementy łazienek, drzwi, posadzek i pochyłe ściany siódmego piętra. 
"Dziennik Łódzki", rok 1946.

"Dziennik Łódzki", rok 1947.
Od 1974 roku hotelem zarządzało „Przedsiębiorstwo Turystyczne Łódź”, obecnym właścicielem jest spółka „Centrum-Hotele”. Dawną świetność i artystowski klimat przywróciła mu w latach 90-tych secesyjna stylizacja recepcji oraz ulokowanej we wnętrzach hotelu restauracji braci Zielińskich, nagrodzonej w 1991 roku za wystrój.
"Dziennik Łódzki", rok 1946.

Postawienie hotelu przy ul. Krótkiej zarówno wtedy, jak i dziś, oznaczało bardzo korzystną lokalizację. Na początku XX wieku życie miasta, skupione dotąd wokół Nowego Rynku, zaczęło się koncentrować w okolicach dworca Łódź-Fabryczna i prowadzących do niego ulic. Budowano tam sklepy, banki i restauracje. Dziś liczy się usytuowanie obiektu zaledwie kilkanaście metrów od reprezentacyjnej ulicy Piotrkowskiej. Zabytkowy deptak pełen secesyjnych kamienic, urokliwych podwórek i magicznych miejsc, to świetne miejsce do zwiedzania (warto przejechać się specjalnymi łódzkimi środkami transportu: zabytkowym tramwajem albo rikszą). W ciągu dnia życie tętni w restauracjach, kawiarniach i galeriach sztuki, wieczorami - w pubach i klubach.
"Republika", rok 1924.

Łódzkie Echo Wieczorne, rok 1925.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Dwugwiazdkowy hotel Savoy znajduje się zaledwie 150 metrów od słynnej ulicy Piotrkowskiej. Oferuje on przestronne pokoje z bezpłatnym bezprzewodowym dostępem do Internetu i telewizją satelitarną.
Śniadanie w formie bufetu serwowane jest codziennie rano w hotelowej restauracji, która specjalizuje się w daniach kuchni polskiej i międzynarodowej. Goście hotelu mogą także zrelaksować się przy drinku w barze.
Wszystkie pokoje w hotelu Savoy dysponują łazienką z wanną lub prysznicem. Każdy z pokoi obejmuje również miejsce do pracy.
W czynnej przez całą dobę recepcji do dyspozycji Gości jest sejf. Hotel dysponuje także przechowalnią bagażu.

OFICJALNA STRONA HOTELU

Hotel Savoy
ul. Traugutta 6, 90-107 Łódź



REZERWACJA:
--------------------------------------------------------------------------------------
.... i sensacyjnie:

"Republika", rok 1925.
W tym roku łódzki Savoy obchodzi swoje stulecie. Od 14 do 22 września zapraszamy na spotkania literackie (w tym te dotyczące Józefa Rotha), projekcje filmów według powieści Józefa Rotha, spektakl "Hotel Savoy" (koprodukcja Teatru Nowego im. Kazimierze Dejmka w Łodzi i Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi) w reżyserii Michała Zadary, wykłady otwarte na temat Łodzi, projekcje filmów dla dzieci.
Michał Zadara reżyseruje instalację teatralną według powieści Josepha Rotha "Hotel Savoy" opublikowanej w 1924 roku. W przedstawieniu grają aktorzy Teatru Nowego w Łodzi i studenci łódzkiej Szkoły Filmowej. Premiera w sobotę (15 września) na Festiwalu Łódź Czterech Kultur.


Niezwykły spektakl zostanie zabrany na festiwalu trzy razy, później jeszcze 20 i 21 września i w październiku. Później zostanie zawieszony aż do ciepłych dni wiosny (część widowiska rozgrywa się na podwórzu).
Przedstawienie zapowiada się ciekawie. Jak mówi drugi reżyser Łukasz Korczak, całość trwa trzy godziny, akcja dzieje się w pomieszczeniach hotelu od piwnicy do siódmego piętra i za jednym razem wędrujący widz nie zobaczy wszystkich scen (prawdopodobnie będzie ich 18).
- Każdy dostanie mapkę i sam będzie tworzyć swoją wersję "Hotelu Savoy" - mówi Korczak. - Spektakl czyta się jak "Grę w klasy" Cortazara.
Na raz spektakl może obejrzeć 120 widzów. Przedsięwzięcie jest koprodukcją Teatru Nowego w Łodzi i Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Centrum wydaje na festiwal wznowienie powieści w przekładzie Izydora Bermana. Będzie można ją kupić podczas festiwalowych wydarzeń (14 - 22 września) za 15 zł. Powieść była drukowana w odcinkach przez "Frankfurter Zeitung" w lutym i marcu 1924 roku.

Do kupienia będzie również nowe wydanie książki Józefa Rotha pt.: "Hotel Savoy".
"Dziennik Łódzki", rok 1986.

Przeczytaj jeszcze:
Łódź, Hotel Savoy i… cały ten jazz!

wtorek, 11 września 2012

ZIEMIA OBIECANA

"Dawid Halpern szedł wolno Piotrkowską, rozmyślał o Myszkowskim i przypatrywał się miastu, które kochał całą swoją entuzjastyczną duszą.
Nie chciał pamiętać, że to miasto zabrało mu wszystko, co kiedyś posiadał po ojcu, że od lat wielu żyje z dnia na dzień, że wciąż zmieniać musi sposoby zarobkowania, że wciąż jest tylko na drodze do majątku, który mu się wiecznie wyślizgiwał z rąk, co sobie tłumaczył brakiem szczęścia, ale pomimo tego wytrwale zakładał kantory, to sklepy, to zostawał agentem i zawsze kończył bankructwem, ale nie tracił nadziei, szedł jednako przez życie, zapatrzony w Łódź i jego potęgę, oszołomiony jej wielkością, zahipnotyzowany milionami, jakie się przewalały dookoła niego.
Nie miał dzieci, miał tylko żonę, na którą pracował, aby mogła corocznie jeździć do Franzensbadu leczyć się, sam zaś od wielu lat nie wychylał się za Łódź, nie dbał, co jada, jak mieszka, w czym chodzi, sam nic nie miał, ale był szczęśliwym, że miasto posiada coraz więcej, że mógł widzieć ten ruch szalony, przewalanie się towarów, huk maszyn pracujących, zgiełk na ulicach, zapchane składy, nowe ulice, milionerów, fabryki, wszystko, co składało się na ten kolos, który spał teraz pod cichym ciemnym niebem, przez które płynął księżyc.
Kochał Łódź, jak kochał fabrykantów i robotników i jak kochał nawet prostych chłopów, tłumnie ściągających na każdą wiosnę, bo większa ich liczba na ulicach mówiła, że znowu przybędzie miastu fabryk i domów, i ruchu.
Kochał Łódź".

Władysław Reymont. Ziemia obiecana.
(Ziemia obiecana była drukowana w łódzkim Kurierze Codziennym w latach 1897-1898. Drukiem ukazała się w 1899 roku w Warszawie).

czwartek, 6 września 2012

Łódź. Odsłonięcie murali w 70-tą rocznicę Wielkiej Szpery.

Trzy murale przedstawiające postaci dzieci żydowskich z łódzkiego getta odsłonięto na ścianach trzech kamienic w łódzkiej dzielnicy Bałuty. Grupy młodzieży przeszła także ulicami dawnego getta w symbolicznym Marszu Pamięci.
Oba wydarzenia upamiętniają 70-tą  rocznicę Wielkiej Szpery - akcji wysiedleńczej, w trakcie której od 5 do 12 września 1942 roku do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem wywieziono z Litzmannstadt Getto ponad 15 tysięcy osób - w tym niemal wszystkie dzieci poniżej 10-tego  roku życia i osoby powyżej 65 lat.



Murale przedstawiające autentyczne postaci dzieci żydowskich powstały na ścianach trzech starych kamienic na ul. Organizacji "WiN" i ul. Łagiewnickiej na łódzkich Bałutach, gdzie w czasie okupacji Niemcy utworzyli getto oraz obóz dla dzieci polskich.
"Kamienice są niemymi świadkami wydarzeń sprzed 70 lat. Naznaczyliśmy je malując postaci dzieci, które prawdopodobnie nie przeżyły. Nie znamy historii naszych bohaterów, ale chcemy uczcić ich pamięć odwzorowując ich sylwetki w najbardziej realistyczny sposób, na kamienicach z terenów getta" - powiedziała dziennikarzom współorganizatorka akcji Katarzyna Tośta.
Wkrótce w ramach projektu "Dzieci Bałut - murale pamięci" mają powstać także murale przedstawiające dzieci z obozu dla dzieci polskich przy ul. Przemysłowej. 1 grudnia tego roku przypada 70-ta rocznica utworzenia obozu dla dzieci na terenie łódzkiego getta.


Autorem murali jest Piotr Saul - artysta graffiti, absolwent Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, a organizatorem projektu Stowarzyszenie "Na co dzień i od święta"; został on dofinansowany ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach programu "Patriotyzm Jutra".
70 lat temu, 5 września 1942 r., Niemcy rozpoczęli w łódzkim getcie akcję wywożenia do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem nieprzydatnych do pracy - dzieci poniżej 10 lat, osób starszych i chorych. Akcja nazwana Wielką Szperą trwała do 12 września 1942 r.
Dzień wcześniej, 4 września, przełożony Starszeństwa Żydów w łódzkim getcie Mordechaj Chaim Rumkowski wygłosił przemówienie, w którym wezwał mieszkańców zamkniętej dzielnicy, by oddali swoje dzieci dla ratowania innych.

 „Na widok starego tłum rozstępuje się jak woda. Prezes (Rumkowski) nie kroczy, jak to ma w zwyczaju, z głową i laską hardo podniesioną, tylko ze skulonymi ramionami, wzrokiem wbitym w ziemię. W mgnieniu oka zapada na dziedzińcu głucha cisza. Jest tak cicho, że można nawet słyszeć świergot ptaków po drugiej stronie muru.
Za podium służy tym razem chwiejny stolik. Na tym stoliku ktoś postawił krzesło, tak aby mówca choć o głowę przewyższał resztę tłumu. Dawid Warszawski wchodzi pierwszy na tę prowizoryczną trybunę. Ponieważ mikrofony zamontowano nieco dalej, musi wychylać się, by ich dosięgnąć, przez co wygląda cały czas, jakby miał zaraz upaść. Jednak za bardzo zbliża się do mikrofonów i z każdym słowem, jakie wypowiada, echo przetacza między głośnikami, tak jakby ciągle próbowało wpaść mu w słowo.
Warszawski mówi o ironii losu, która sprawia, że to właśnie Prezes musi podjąć tę ciężką decyzję. Wszak tyle lat przewodniczący getta poświęcił wychowaniu żydowskich dzieci. (DZIECI! – odbija się echo od ścian). W końcu próbuje apelować do zebranych o zrozumienie:
-Trwa wojna. Nad głowami codziennie wyje nam alarm lotniczy. Wszyscy musimy biec, szukać schronienia. W tej sytuacji dzieci i starcy są tylko zawadą. Dlatego lepiej będzie ich stąd zabrać.
Po tych słowach, które wśród zgromadzonych wywołują tylko niepokój i zdenerwowanie, na stół wchodzi Prezes i nachyla się do mikrofonu. Także po głosie ludzie teraz słyszą, że się zmienił. To już nie ten krzykliwy, lekko histeryczny ton komendy. Zdanie pada po zdaniu powoli, z upartą, głuchą, metaliczną nutą; tak jakby każde słowo sprawiało mu mękę:
-  Na getto spadł ogromny smutek. Żądają od nas, byśmy oddali, co mamy najdroższego – dzieci i ludzi starych. Ja nie miałem tego szczęścia, aby mieć własne dzieci, dlatego poświęciłem najlepsze lata mego życia dzieciom cudzym. Nigdy nie przypuszczałem, że to moje ręce będą składały taką ofiarę na ołtarzu. Przypadło mi w losie, że muszę dziś wyciągnąć do was ramiona i błagać: bracia i siostry, ojcowie i matki – wydajcie mi swoje dzieci…!
(…)
Miałem przeczucie, że nam coś zagraża, oczekiwałem jakiegoś ciosu i stałem dzień i noc na straży, by mu zapobiec. Nie udało mi się to, nie wiedziałem, z której strony on padnie, nie wiedziałem, co nas czeka. Nie przewidywałem, że wyniosą naszych chorych ze szpitali, macie najlepszy dowód, że moi najbliżsi i najdrożsi byli pośród nich i nic dla nich zrobić nie mogłem. Myślałem, że na tym będzie koniec, ze nas potem zostawią w spokoju. Okazuje się, że wyłoniła się nowa groźba. Taki jest żydowski los – coraz to nowe i sroższe cierpienia.
Wczoraj po południu dostaliśmy rozkaz, aby deportować 20 tysięcy ludzi z getta. Jeśli nie – powiedziano nam – „zrobimy to sami”. Stanęliśmy przed dylematem: czy zrobimy to my, czy zostawimy to im. Z myślą o tym – nie ilu zginie, ale ilu potrafimy uratować, ja i moi najbliżsi współpracownicy doszliśmy do wniosku, że jakkolwiek jest to dla nas straszne, musimy wziąć na siebie odpowiedzialność za wypełnienie tego dekretu. Ja muszę przeprowadzać tę krwawą operację. Ja muszę amputować członki, aby ratować ciało. Ja muszę odebrać wam dzieci, bo inaczej inni zgina wraz z nimi.
Nie przyszedłem, by was pocieszać, nie przyszedłem, by wam ulżyć na sercu – jestem tu, by dzielić ogrom wasze żałoby. Przyszedłem jak złodziej, by ukraść, co macie najdroższego. Nie szczędziłem sił, by ten dekret unieważnić. Gdy to okazało się niemożliwe, starałem się go złagodzić. Kazałem zrobić rejestr dzieci dziewięcioletnich i starszych, który je wyjmie spod dekretu.
Nie chcieli na to przystać. Jedyna rzecz tylko mi się udała – dzieci od lat dziesięciu wzwyż nie podlegają dekretowi. Niech to nam będzie jakąś pociechą.
Mamy w getcie wielka ilość chorych na gruźlicę, którym pozostaje tylko parę dni, może tygodni życia. Nie wiem, może ten plan jest diabelski, muszę zwrócić się do was z zawołaniem: wydajcie tych chorych, aby na ich miejsce ratować zdrowych. Ja wiem, jak każda rodzina troszczy się o swych chorych. Ale w obliczu takiej groźby musimy rozważyć i zadecydować: kto może, kto winien być uratowany? Zdrowy rozsądek dyktuje, aby ratować tych, których się da, którzy mają szansę przeżycia, a nie tych, którzy umrą tak czy owak…
Żyjemy w warunkach, gdzie nie ma dosyć środków żywności dla zdrowych, nie mówiąc już o chorych. Każdy z nas utrzymuje chorego przy życiu kosztem własnego zdrowia. Dajemy choremu naszą rację chleba, naszą kostkę cukru, nasz kęs mięsa – w rezultacie jego to nie ratuje, a my sami zapadamy na zdrowiu. Rozumiem, takie ofiary są szlachetne. Ale gdy stoi przede mną wybór, czy ratować chorych, czy zdrowych, nie mogę się długo wahać. Nakazałem lekarzom, aby wydali wszystkich nieuleczalnie chorych, aby w ich miejsce uratować tych, którzy chcą i mogą żyć…
Ja was rozumiem, matki. Widzę wasze łzy. Czuję smutek waszego serca, ojcowie, którzy jutro, gdy wam wasze dzieci zabiorą, pójdziecie jak codziennie do pracy. Wiem to wszystko i serce mi pęka. Od godziny czwartej wczoraj po południu, gdy mi obwieszczono ten dekret, jestem załamany, dzielę wasz ból, nie wiem, skąd wziąć resztki sił, by to przeżyć. Jedną rzecz wam powiem – żądanie było na 24 tysiące ofiar, 3 tysiące dziennie przez osiem dni, ale udało mi się wytargować tę cyfrę do 20 tysięcy, a może i nieco mniej, ale tylko pod warunkiem, że pójdą wszystkie dzieci do dziesiątego roku życia. Dzieci powyżej lat dziesięciu pozostają. Ponieważ dzieci i starców jest tylko 13 tysięcy, musimy dopełnić kwoty, wydając ludzi chorych.
Trudno mi mówić, siły mnie opuszczają. Zwracam się do was z apelem: pomóżcie mi wykonać tę akcję. Drżę na myśl, że broń Boże, inne ręce tę akcję przeprowadzą…
Widzicie przed sobą ruinę człowieka. To jest najtrudniejszy moment mojego życia. Wyciągam do was ramiona i błagam was: oddajcie w me ręce te ofiary, chroniąc nas od większych ofiar, chroniąc społeczność stu tysięcy Żydów… Mam obiecane, że jeśli sami dostarczymy nasze ofiary, będzie spokój.
(Okrzyki z tłumu:
„Lepiej idźmy wszyscy” i:
Panie Prezesie, nie bierzcie wszystkich dzieci; weźcie po jednym z tych rodzin, co mają więcej!”)

To puste słowa. Nie mam siły z wami dyskutować. Jak przyjdzie tu ktoś z władz, to nikt z was nawet nie piśnie. Wiem, jak to jest, kiedy się żywcem wyrywa członki z ciała. Wczoraj błagałem na kolanach, ale to się na nic nie zdało. Z miasteczek, gdzie mieszkało siedem, osiem tysięcy Żydów, tutaj przybyło żywych ledwie tysiąc. To co jest lepsze? Co wolicie, żeby przeżyło 80-90 tysięcy Żydów czy żeby wszyscy, nie daj Boże, zostali unicestwieni?... Myślcie, co chcecie. Moim obowiązkiem jest uratować tylu, ilu się da.
Nie mówię teraz do zapalczywych głów – przemawiam do waszego rozsądku i sumienia. Zrobiłem wszystko i nadal będę robić wszystko, żeby nie dopuścić do wyprowadzenia na ulicę i rozlewu krwi… Nie byłem w stanie zapobiec temu nieszczęściu, mogłem je tylko złagodzić.
Trzeba mieć serce złodzieja, żeby żądać tego, czego od was chcę. Ale postawcie się na moim miejscu i myślcie logicznie, a zrozumiecie, że nie mogę postąpić inaczej, bo liczba tych, którzy zostaną ocaleni, jest dużo większa od liczby tych, których trzeba poświęcić…”
W wyniku Wielkiej Szpery do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem (Kulmhof) wywieziono z Litzmannstadt Getto 15 - 20 tysięcy osób, w tym niemal wszystkie dzieci poniżej 10 roku życia oraz osoby powyżej 65 roku życia.
Niemcy utworzyli getto w Łodzi w lutym 1940 r. jako pierwsze na ziemiach polskich włączonych do Rzeszy. Łącznie przebywało tam ok. 220 tys. osób. Do getta trafiło wielu żydowskich intelektualistów z Polski, Czech, Niemiec, Austrii i Luksemburga. Przez pięć lat z głodu i wyczerpania zmarło w nim prawie 45 tys. osób.
W styczniu 1942 roku rozpoczęły się masowe deportacje Żydów z łódzkiego getta do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem. Całkowita likwidacja getta nastąpiła w sierpniu 1944 roku. Ostatni transport odjechał z Łodzi do obozu Auschwitz-Birkenau 29 sierpnia 1944 r. Według różnych źródeł, z łódzkiego getta ocalało od 7 do 13 tysięcy osób.
1 grudnia 1942 roku  na terenie getta łódzkiego utworzono obóz dla dzieci polskich przy ul. Przemysłowej. Zgodnie z założeniami Niemieckiego Generalnego Planu Wschodniego miał on być wzorcowym obozem karnym dla dzieci i młodzieży. Do stycznia 1945 roku przez obóz przeszło kilkanaście tysięcy polskich dzieci w wieku od 2 do 16 lat.
Źródło: PAP, fragmenty książki: „Biedni ludzie z miasta Łodzi”. Steve’a  Sem-Sandberga.
Fot. Monika Czechowicz