wtorek, 12 lutego 2013

Łódź. Kościół polskokatolicki przy ulicy Limanowskiego 60.


Polskokatolicki kościół pw. Świętej Rodziny funkcjonuje w dawnym kościele baptystów. Skromna architektura świątyni nawiązuje wyglądem do budownictwa barokowego, ale jej fasadę zdobi tylko trójkątny szczyt z wolutowymi spływami i pary pilastrów.


Kościół polskokatolicki powstał w Ameryce Północnej w środowisku polonijnym w odpowiedzi na ekspansywną politykę narodowościową kapłanów irlandzkich i niemieckich. Przechodzili do niego Polacy uprzednio należący do Kościoła rzymskokatolickiego. Nowy kościół należał do Unii Utrechckiej Kościoła Starokatolickiego, posługiwał się w liturgii językiem polskim, dbał o ludzi ubogich, propagował miłość ojczyzny i świadczył bezpłatne usługi duszpasterskie. Po odzyskaniu niepodległości przeszczepiono ideę narodową w katolicyzmie na ziemie polskie.


Kościół funkcjonował pod nazwą Polski Kościół Narodowy, jego struktury powstały w Łodzi w 1927 roku i dzięki podkreślaniu miłości do Polski, propagowaniu ubóstwa Kościoła, otwarciu się na potrzeby wiernych, zdobył w Łodzi duże rzesze wyznawców.


Pierwsze nabożeństwa odbywały się przy ulicy przejazd 73 (dziś ul. Tuwima), a potem przy ulicy Radwańskiej 54. Pierwszą dużą świątynię przejęli od Kościoła baptystów przy ulicy Limanowskiego 60, a później kolejną po braciach morawskich przy ul. Żeromskiego 56 (była tu parafia pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy).


Dzisiaj parafia używa tylko kościoła przy ulicy Limanowskiego. I widzę po stanie elewacji kościoła, że idee otwarcia na potrzeby biednych, ubóstwa Kościoła  i świadczenia bezpłatnych posług duszpasterskich są nadal tutaj aktualne - niestety, cieszą się chyba mniejszą popularnością wśród łodzian...

Fot. Monika Czechowicz

źródło:
Ryszard Bonisławski, Joanna Podolska. Spacerownik łódzki.

niedziela, 10 lutego 2013

Fabryka Schweikerta i... Politechika Łódzka


Urodzony w Pabianicach Fryderyk Wilhelm Schweikert w roku 1865 przeniósł się do Łodzi i taka data została umieszczona na winiecie jego przedsiębiorstwa. W 1872 roku założył pierwszą tkalnię przy Piotrkowskiej 147 zatrudniającą 9 pracowników. W 1882 roku wybudował fabrykę, która mieściła się przy ulicy Głównej 18, gdzie funkcjonowała ręczna tkalnia chustek. W 1893 roku kupił nieruchomość przy ulicy Wólczańskiej 215 (dawniej 199).

"Łodzianin", kalendarz informacyjno-adresowy, rok 1899.


 Do 1900 roku wzniesiono tu trzypiętrową tkalnię, apreturę, magazyny, maszynownię wraz z kotłownią oraz farbiarnię.


"Czas", kalendarz informacyjno-adresowy na rok 1900.



Znaczącą datą w dziejach przedsiębiorstwa było przekształcenie go w 1898 roku w spółkę akcyjną o nazwie: Towarzystwo Akcyjne Manufaktury Wełnianej Fryderyka Wilhelma Schweikerta. Po śmierci założyciela firmy dzieło ojca kontynuowali synowie: Robert i Oskar.



Pomiędzy rokiem 1903 a 1908 dokonano powiększenia terenów należących do spółki, kupując między innymi nieruchomość przy ulicy Wólczańskiej 223, na której przed 1914 rokiem wzniesiono okazały magazyn.

Jubileuszowe wydanie "Lodzer Zeitung", 1863-1913.


Firma specjalizowała się w produkcji tkanin na ubrania i płaszcze damskie oraz męskie, a także chustek i pledów wełnianych. W 1928 roku rozpoczęto wytwarzanie wyrobów gumowych, takich jak: kalosze, śniegowce i tenisówki.

Jednodniówka "10-lecie Stowarzyszenia Urzędników Skarbowych Okręgu Łódzkiego 1918-1928".

"Głos Kupiectwa", rok 1929.


"Głos Kupiectwa", rok 1929.

"Echo", rok 1929.

Produkcję tę zlokalizowano w obiekcie przy Wólczańskiej 223. 


Pociągnęło to za sobą zmianę nazwy przedsiębiorstwa na Towarzystwo Akcyjne Wyrobów Wełnianych i Gumowych F.W. Schweikerta. 

"Głos Poranny", rok 1929.

"Głos Poranny", rok 1936.

"Głos Poranny", rok 1938.

"Litzmannstädter Zeitung", 1941.


Po nacjonalizacji istniały tu Zakłady Przemysłu Wełnianego im. Ludwika Waryńskiego.
"Dziennik Łódzki", rok 1947.
Po 1966 roku połączono je z Zakładami Przemysłu Wełnianego im. Waleriana Łukasińskiego, tworząc Zakłady Przemysłu Wełnianego  „Lodex”. W obiekcie przy Wólczańskiej 223 funkcjonowały Łódzkie Zakłady Obuwia i Wyrobów Gumowych, z późniejszymi dodatkami „Stomil” i „Fagum-Stomil”.
Obecnie kompleks dawnej fabryki Schweikerta zajmuje Politechnika Łódzka. Znajduje się tu między innymi Wydział Inżynierii Środowiskowej i Ochrony Środowiska (Wólczańska 215) oraz biblioteka (Wólczańska 223). W pałacyku Schweikerta znajduje się między innymi Katedra Systemów Inżynierii Środowiska i Dziekanat.
Przeczytaj jeszcze w baedekerze:
OFICJALANA STRONA POLITECHNIKI ŁÓDZKIEJ:
http://www.p.lodz.pl/index.htm
Fot. współczesne Monika Czechowicz
Fot. archiwalne ze zbiorów Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Łodzi
i inn.

piątek, 8 lutego 2013

Księżniczka z północy

... czyli historia pierwszych osadników Retkini

łońce wschodziło już późno i zachodziło wcześnie. W dni pogodne, takie jak ten, oświetlało przekwitłe wrzosowiska, poduchy zielono-srebrnych mchów i kępy złotordzawych traw. Ogień wyrwał kiedyś puszczy ten skrawek przestrzeni. Otaczał go krąg drzew, których rozrośnięte ku światłu konary zdawały się chronić tajemnice i bogactwa kniei. Okraszony odcieniami złota, brązu i czerwieni las przypominał, że niezadługo nadejdą jesienne szarugi, a za nimi - zima. Jaśniejąca światłem zachodzącego słońca polana kusiła możliwością niczym niezmąconego odpoczynku.
I tak widocznie ocenił tą przestrzeń przybysz, który nagle ukazał się na skraju puszczy i równie szybko skrył w leśnej głuszy. W jakiś czas później polanę zajęli bowiem zmęczeni ludzie. Konie i woły niosły lub ciągnęły cały ich dobytek.
Ledwie kryte plecionką wozy utworzyły krąg, a już w jego środku rozpoczęła się zwykła krzątanina. Wyprzęgnięte i rozkulbaczone zwierzęta napojono i nakarmiono. Rozniecono ogień i przygotowano legowiska na nocny odpoczynek. Nim zgasły ostatnie promienie słońca, ludzie mogli pogrążyć się we śnie pod czujnym okiem rozstawionej straży. Mało kogo jednak zmorzył sen, a i wszystkim wcześniejszym pracom towarzyszyła pełna napięcia cisza. dzieci nie dokazywały, kobiety nie wiodły swych codziennych pogawędek, mężczyźni zaś nie rozmawiali o trudach minionego dnia ani też nie zastanawiali się, czy miejsce, do którego przybyli, będzie odpowiednie na zimowe leże - bo za takim należało się już rozglądać.
Przyczyną tego przygnębienia była złożona niemocą córka wodza. Leżała teraz z dala od obozowiska, na starannie wymoszczonym skórami posłaniu. Jej jaśniejąca w świetle gorejącego ognia twarz przypominała siedzącemu obok ojcu dawno zmarłą żonę. Czyżby i tę miał stracić? Pozbawiona matki ledwie chodzić zaczęła, wychowywała się u boku ojca inaczej niż rówieśnice. Pamiętając o niezwykłym uczuciu wodza do żony, ludzie wybaczali mu to niestosowne dla córki wychowanie, bardziej bowiem winna wprawiać się do prac niewieścich, niż uczestniczyć w naradach mężów, na które i wyrostkom przecież wstęp był zabroniony. A że i śliczna była, i rozumna, z rozbawieniem przyglądano się jej poważnej twarzyczce, z uwagą śledzącej rozmowy. Ile z tego pojąć mogła, nikt nie dociekał. Wyrosła na piękną i postawną dziewczynę, niezwykle poważną, ale i serdeczną. Wybaczano jej, że woli z oszczepem na polowanie iść, niż warzyć przy palenisku strawę dla ojca. Stałe przebywanie u jego boku i wśród starszyzny dało jej mądrość bardziej przydatną synowi wodza niż potrzebną córce. Nie był to jednak dar skazany na roztrwonienie.
Choć nigdy o tym nie rozprawiano, pewnego dnia stało się oczywiste, iż ten, którego poślubi, zostanie w przyszłości wodzem, mimo że w zwyczajach tego ludu nie było przyjęte, by dziewczyna wybierała sobie męża, a władza była dziedziczona po kądzieli.
Zasypiając, wspominał ojciec dzieciństwo córki w osadzie na dalekiej i niegościnnej północy, gdzie lato trwało krótko, a zimie, zdawało się, nigdy nie będzie końca. Wspominał jej dorastanie podczas lat wędrówki, którą rozpoczął pewnej wiosny wraz z najwierniejszymi druhami, w poszukiwaniu na południu bardziej przyjaznej ludziom ziemi. Słońce rozpraszało już mroki nocy, gdy zbudził się z ciężkiego snu. Przez chwilę i wydarzenia ostatnich dni brał za senne majaczenia. Podążali niezwykle malowniczą okolicą, zasobną zarówno w wodę, jak i zwierzynę, także i tę najgrubszą. Trafiali na siedliska niedźwiedzia, widzieli tury i żubry. Polowania na sarny, jelenie i dziki zapewniały syte posiłki. Strzec się musieli drapieżnych wilków i rysiów, choć o tej porze roku nie były jeszcze dla nich tak niebezpieczne. Kierując się ku południowi, co rusz musieli wspinać się na wzniesienia, bądź z nich schodzić. Droga nie była więc monotonna, ale nie była też łatwa. Szczególnie przyjemnie podążało się położonymi w najwyższych miejscach świetlistymi dąbrowami, w których i modrzewie można było spotkać. Różnorodność drzew była zresztą ogromna. Na obszarach suchszych mijali lasy bukowe lub bukowo-jodłowe, na podmokłych rosły wierzby, topole, jesiony, wiązy i olsze. Spotykali także, choć rzadziej, świerki, graby, kruche brzozy i wonne latem lipy. Najwięcej jednak było drzew sosny. Szlak, który obrali, choć niełatwy, był jednak najdogodniejszy. Na wschodzie bowiem wzniesienia przecinały liczne i głębokie, stromo ścięte dolinki wartko płynących rzeczek i strumieni. Po stronie zachodniej wody, choć już powolniejsze, rozlewały się, tworząc często otwarte bagna. I tu właśnie dotknęło ich nieszczęście. Podążając za jeleniem, córka wodza dotarła do mokradeł. Nie zrezygnowała jednak z pościgu. Klucząc wśród bujnej roślinności, nie przejęła się drobnym skaleczeniem. Z polowania, jak zawsze zresztą, wróciła zwycięsko, jednak choroba rozpoczęła swoje niszczące działanie. Przewrotny i okrutny los; nie drapieżne zwierzę, nie trudy wędrówki, lecz maleńka, zbyt późno dostrzeżona, nieoczyszczona rana odbierała córce siły i zdrowie. Jedno spojrzenie na leżącą obok rozwiewało wszelkie nadzieje. Była przytomna, ale rozpalona. na pewno nie mogła ruszyć w dalszą drogę.
Nastąpiły dni ciężkiej i wytężonej pracy, mającej przygotować ludzi i zwierzęta do przetrwania zimy. Z uwagą wszakże i niepokojem obserwowano chorą. Dbano o jej spokój i opiekowano się starannie, wykorzystując wszelkie znane sposoby i dostępne środki, najpierw, by odpędzić chorobę, później, by ulżyć cierpieniom chorej. Krótkotrwałe okresy lepszego samopoczucia dziewczyny budziły nadzieję, że jej silny jak dotąd organizm przezwycięży niemoc, która zawładnęła ciałem. Odeszła jednak, nim pierwszy mróz ściął ziemię. Żałobny lament przerwał ciszę i stale już towarzyszył przygotowaniom do pożegnania. Nie tylko dla ojca było to pełne bólu rozstanie, nie tylko on cierpiał...
Złożyli swoją ulubienicę na puszystym posłaniu w wydrążonej w ziemi jamie. Miejsce wiecznego spoczynku otoczyli kamieniami. Leżała w długiej, białej sukni, przepasanej ozdobnym pasem niewieścim. Złociste włosy okalały głowę. Obok córki złożył ojciec to, co gromadził dla niej latami: ozdoby niewieście i naczynia, którymi cieszyłaby się, gdyby okrutny nie przeciął jej krótkiego życia. Były piękne i cenne, lecz komu miały dłużej służyć, jeśli nie tej, dla której były przeznaczone? Komu innemu mógł je ofiarować? *
Odeszli wczesną wiosną, nim słońce rozpuściło ostatnie śniegi. Niedługo potem puszcza na powrót objęła w posiadanie wydartą jej przez ogień ziemię i przyjęła jako naturalny dar złożoną w niej dziewczynę.
Dziesięć stuleci później powstała tu wieś nazwana Retkinią, jakoby od słów "ret" i "kin", co miało znaczyć "sieć zarzuć" albo "porzuć". Jej mieszkańcy mieli bowiem, prócz pracy na roli, zajmować się także połowem ryb w płynącej tu, zwanej Stawkiem, rzeczce albo też zarzucać sieci na zwierzynę, w którą obfitowały tutejsze lasy.
Grób odkryto przypadkiem w roku 1935, niedługo przed przyłączeniem Retkini do ciągle rozrastającej się pobliskiej Łodzi. Ci, którzy badali bogate dary złożone zmarłej, grób nazwali książęcym, a pochowaną w nim kobietę - księżniczką z Retkinii.
--------------------------------------------------
* Zabytkowe przedmioty z grobu odkrytego na Retkini znajdują się w Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi.

źródło:
Jolanta Fiszbak. Łódź w baśni i legendzie.

Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi. Plac Wolności.
Fot. Monika Czechowicz